Po co prezydentowi Rada Bezpieczeństwa Narodowego?

Prezydent Andrzej Duda zapowiedział zwołanie pierwszego - za jego kadencji - posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego. - To najbardziej właściwy organ w zakresie szeroko rozumianego bezpieczeństwa narodowego. Jego dalszy brak byłby bardzo niedobry dla bezpieczeństwa Polski - ocenił w rozmowie z Interią gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Dariusz Jaroń, Interia: Wielokrotnie apelował pan do prezydenta Andrzeja Dudy o zwołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Dlaczego uważa pan, że jej spotkania powinny się odbywać regularnie?

Reklama

Gen. Stanisław Koziej: Rada jest organem doradczym prezydenta, przewidzianym w konstytucji. Ponieważ prezydent ma istotną rolę do spełnienia w sprawach bezpieczeństwa militarnego, wewnętrznego i polityki zagranicznej, co pewien czas musi podejmować decyzje i zajmować stanowisko w tych sprawach. Musi wywierać wpływ na decyzje rządowe, musi współpracować z Radą Ministrów, MSZ, MON w zakresie realizacji polityki bezpieczeństwa.

- W związku z tym konstytucja przewidziała, że prezydent w tym procesie decyzyjnym powinien korzystać z Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Z istoty zapisu konstytucyjnego można domniemywać, że bez zasięgania opinii RBN prezydent nie powinien podejmować żadnych istotnych decyzji, skoro konstytucja mu nakazuje, że ma mieć ten organ doradczy. Dlatego uważam za bezwzględną konieczność, aby prezydent taki organ doradczy miał i w każdej ważnej sprawie dotyczącej bezpieczeństwa zasięgał jej opinii.

- To także kwestia nadzoru narodu nad funkcjonowaniem władzy wykonawczej, żeby społeczeństwo wiedziało, czy prezydent uwzględnił stanowisko RBN i dlaczego. To ważne dla dobrego funkcjonowania nie tylko prezydenta jako najwyższego organu władzy wykonawczej, ale też Rady Ministrów.

Za prezydentury Bronisława Komorowskiego RBN zwołano 35 razy. Prezydent Andrzej Duda zapowiedział dopiero pierwsze posiedzenie. Lepiej późno niż wcale?

- Na pewno szkoda, że tak późno, ale rzeczywiście lepiej późno niż wcale. Sytuacja związana z naszym bezpieczeństwem zmienia się bardzo dynamicznie. Każdy z nas chyba czuje, że w otoczeniu Polski jest niebezpiecznie, musimy być zatem czujni, podejmować wyzwania, jakie stwarza nam agresywna postawa Rosji, kłopoty naszych sojuszników na południu, a także terroryzm czy kryzys migracyjny. Konieczne było zajmowanie stanowiska przez państwo polskie w zakresie bezpieczeństwa. Pan prezydent od samego początku urzędowania powinien uruchomić RBN i korzystać z jej opinii.

Szef BBN Paweł Soloch potwierdził na antenie radiowej Trójki, że zwołanie RBN to kwestia najbliższych dni. Dobry moment?

- Tak, dobrze, że RBN się zbierze teraz, bo wyzwania się kumulują. Zbliża się szczyt NATO, zbliża się - o czym się wiele nie mówi - szczyt Unii Europejskiej poświęcony wspólnej polityce bezpieczeństwa i obrony, który odbędzie się w czerwcu. Rozstrzygane będą strategiczne i kluczowe dla Polski kwestie polityki obronnej dwóch filarów wspierających nasze bezpieczeństwo.

- Teraz pojawia się problem szukania rozstrzygnięcia na flance południowej. Polska musi się zaangażować, a jednocześnie sprawa jest bardzo kontrowersyjna, bo nasze zaangażowanie musi uwzględniać konieczność utrzymywania gotowości na naszym terytorium - wschodniej granicy NATO. Władze państwa stoją przed ogromnym dylematem...

- Dalszy brak RBN, najbardziej właściwego organu w zakresie szeroko rozumianego bezpieczeństwa narodowego, byłby bardzo niedobry dla bezpieczeństwa Polski. Obrazuje to obecny chaos informacyjny wokół wysłania naszych F-16 do Syrii: cztery organy państwowe, czyli szef MON, prezydent, szef BBN i minister w Kancelarii Prezydenta, mówią innym głosem. To jest właśnie skutek tego, że organy państwowe odpowiedzialne za bezpieczeństwo ani ranu nie spotkały się dotąd, żeby uzgodnić strategię, nawet sposób komunikowania się ze społeczeństwem i sojusznikami w przestrzeni publicznej. Dobrze, że prezydent wreszcie zapowiedział zwołanie RBN.

Jak wyglądała współpraca prezydenta Bronisława Komorowskiego z RBN?

- Za czasów prezydenta Komorowskiego RBN była przede wszystkim organem konsultacyjno-uzgodnieniowym. W jej składzie byli wszyscy ministrowie rządowi odpowiedzialni za bezpieczeństwo narodowe, byli marszałkowie Sejmu i Senatu, szefowie partii sejmowych, z wyjątkiem Prawa i Sprawiedliwości, którego kierownictwo po pierwszych posiedzeniach zrezygnowało z dalszego uczestnictwa. Taka formuła pozwalała na przedyskutowanie problemów zgłaszanych przez MON, MSZ, MSW i koordynatora służb specjalnych z prezydentem i opozycją. Zadawano pytania, zgłaszano sugestie, zastrzeżenia, z tego ucierało się wspólne stanowisko.

Jakie znaczenie miało to stanowisko?

- Rada nie jest organem decyzyjnym, nie ma takiej mocy, ale spotkania pozwalały na skorygowanie niektórych pomysłów, z jakimi przychodziły poszczególne ministerstwa. Dlatego ważne jest, aby posiedzenia RBN dotyczyły kwestii strategicznych i przyszłościowych. Niezbyt słuszne jest argumentowanie przez przedstawicieli pana prezydenta, że zwołanie rady dotąd nie było potrzebne, ponieważ - kiedy coś się stało - prezydent komunikował się z ministrami. To jakieś nieporozumienie.

- RBN nie jest organem reagowania na bieżącą sytuację. Od tego są ministrowie, ciała takie jak: Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, instytucje wykonawcze. RBN jest od strategicznych i przyszłościowych wyzwań w dziedzinie bezpieczeństwa kraju, od ustalenia kierunku, w jakim Polska będzie działać.

Ważną decyzją z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski jest zapowiadane wysłanie F-16 do Syrii. Platforma Obywatelska apeluje, żeby RBN zajęła się zaangażowaniem Polski w walkę z Państwem Islamskim. Powinniśmy wysłać te samoloty?

- To zależy od tego, jaki charakter będzie miała ta operacja. Jeśli miałaby to być operacja NATO i dotyczyła obrony terytorium i przestrzeni powietrznej Turcji, to tak, bo jesteśmy zobligowani do obrony członków NATO. Wówczas powinniśmy wysłać nie tylko te cztery samoloty, może też inne siły i środki.

- Jeśli nie mamy natomiast do czynienia z operacją NATO, a tak jest obecnie, to dla mnie wysyłanie F-16 z jednoczesnym zastrzeżeniem, że nie będą brały udziału w operacjach bojowych, jest wątpliwe.

Dlaczego?

- Trudno sobie wyobrazić, aby nasze samoloty operowały w Syrii czy Iraku, miejscach gdzie toczą się działania wojenne, bez wykonywania zadań bojowych. Dzisiaj nawet misja rozpoznawcza, rozpracowywanie celów, monitorowanie skutków uderzeń lotniczych, to jest udział w operacjach bojowych.

- Dlatego zastrzeżenie, jakie słyszymy, jest w mojej ocenie nielogiczne. Dopóki nie jest to operacja NATO, byłbym bardzo wstrzemięźliwy, tym bardziej, że nasi sojusznicy, o czym jestem przekonany, rozumieją naszą sytuację. Leżąc na wschodniej flance NATO, o czym wspominałem, musimy w pierwszej kolejności skupiać naszą uwagę na gotowości do jej ochrony.

- Wysłanie nawet czterech samolotów nad Syrię to uszczuplenie naszych zdolności na wschodniej flance. W mojej ocenie, nasi sojusznicy nie oczekują zatem takiego wsparcia bojowego. Jest inne: humanitarne, transportowe, logistyczne, szkoleniowe. Można dla przykładu szkolić armię iracką, walczącą z ISIS. Sposobów alternatywnego wsparcia koalicji jest sporo, trzeba się ich trzymać, a zdolności wojskowe koncentrować priorytetowo na ochronie wschodniej flanki NATO.

Rozmawiał Dariusz Jaroń

Obserwuj autora na Twitterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje