Po latach syn opowiada tragiczną historię matki

​Jest 29 maja 1995 roku. 25-letnia ciężarna Tasha Williams zostaje postrzelona przez tajemniczego mężczyznę. Pogotowie przewozi kobietę do szpitala, jednak ta dostaje wylewu krwi do mózgu i umiera. Lekarze ratują natomiast jej synka. Poruszającą historię sprzed lat przypomina "The Washington Post".

Dziś, 19 lat później, Tyshon jest już prawie dojrzałym mężczyzną. W jego życiu miało właśnie miejsce ważne wydarzenie - skończył szkołę średnią. Obok nie ma jednak najważniejszej osoby w jego życiu - matki.   

Reklama

Jak czytamy w "The Washington Post", Tyshon dorastał w Filadelfii pod okiem babci. To jedyna bliska mu osoba. Ojca nigdy nie poznał.

Ojciec nieznany

Kiedy młoda Tasha wstępuje do wojska, podejmuje decyzję o zajściu w ciążę. Nie chce jednak wiązać się na stałe. Jest pewna, że sama świetnie poradzi sobie z wychowaniem synka. Gdy kobieta dopina swego, nikomu nie wspomina, kto jest ojcem dziecka.

Na dwa miesiące przed planowanym porodem Tasha spędza wieczór ze swoją 12-letnią siostrzenicą w jej rodzinnym mieszkaniu. Wychodząc, wraca jeszcze, by powiedzieć jej: "kocham Cię". To były ostatnie słowa kobiety. Po kilku sekundach rozległy się strzały.

- Prawdopodobnie kobieta najpierw postrzelona została w nogę. Oprawca pchnął ją w kierunku ściany i oddał kolejny strzał - opowiada o wydarzeniach sprzed lat stanowa policja.

Lekarze uratowali dziecko

Tasha została natychmiast przewieziona do szpitala, gdzie próbowano ratować ją i dziecko. Lekarze nie wierzyli, że im się uda. Strzały spowodowały wylew krwi do mózgu i kobieta wkrótce zmarła. Dziecko udało się jednak uratować. 

Amerykańska policja do dzisiaj nie odnalazła sprawcy ataku. Podejrzenia kierowane są jednak w stronę nieznanego ojca Tyshona. Poszlaki wskazują, że mógł być to wysoko postawiony mężczyzna, któremu zależało, aby ojcostwo zachować w tajemnicy.

19-latek ma nadzieję, że oprawca pewnego dnia zostanie zatrzymany. Na co dzień nie rozpamiętuje śmierci matki. Grób wraz z babcią odwiedzają regularnie. Często sam przychodzi na dłużej. - To miejsce pozwala mi przemyśleć wiele spraw - mówi w rozmowie z "The Washington Post". - Babcia zrobiła dobrą robotę wychowując mnie na faceta, jakim jestem. Jestem jej za to niesamowicie wdzięczny - dodaje.


JB

Dowiedz się więcej na temat: śmierć | postrzelenie | dziecko | USA

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje