Polkowskiego rozmowa z Polakami

Poniżej prezentujemy fragment powieści napisanej przez znakomitego polskiego poetę Jana Polkowskiego. "Ślady krwi" to sensacyjnie rozwijająca się opowieść o czterech pokoleniach rodziny, której dzieje poznajemy wraz z głównym bohaterem odzyskującym i odkłamującym pamięć. Premiera książki 25 kwietnia 2013 r.

Napisana z rozmachem powieść Jana Polkowskiego to niezwykła próba rozmowy z Polakami o ich współczesnej kondycji - rozmowy odwołującej się do ważnych składników narodowej tożsamości: zmagania z niemieckim i rosyjskim totalitaryzmem, doświadczenia absurdalnej rzeczywistości PRL, walki o niepodległość, dramatu kolaboracji, pamięci Kresów, problemu wiary w Boga, ale i bogatej tradycji kulturowej. Mamy tu wielką, polifonicznie opowiedzianą przygodę polskiego losu. I chociaż odkryta prawda boli jeszcze mocniej, daje szansę na jednostkowe i wspólnotowe ocalenie.

Reklama

Czytelnicy, którzy poszukują w literaturze poważnej próby zmierzenia się z polskością na serio, a dla których styl, piękno języka i ciągłość kultury nie są obojętne, na pewno się nie zawiodą.

Oto fragment "Śladów krwi":

(...)

Mecenas Ksawery de Vernon

27 września

Z plecakiem w ręce brnął powoli, podnosząc głowę w poszukiwaniu znaku postoju taksówek. W hotelowym pokoju, zarezerwowanym przez kancelarię, zdjął buty, spodnie i położył się na szerokim, miękkim łóżku. Gdy z westchnieniem przewracał się na bok i wtulał głowę w sprężystą, obco pachnącą poduszkę, zadzwonił telefon.

- Ńdobry. Mówi Ksawery de Vernon. Jest pan?

- Ta... taaa... przyleciałem... właśnie.

- Będzie pan jutro wieczorkiem? Wcześniej, niestety, mam ważną rozprawę.

- Tak, panie... mecenasie. Millennium Plaza, które piętro? Mam zapisane, tak, tak, siódme. Będę.

- Albo wie pan co - zreflektował się adwokat - przyjadę po pana. Przejedziemy się razem. Warszawę widział pan jeszcze za starego reżimu, prawda?

Adwokat, jak szampon dwa w jednym, był krwisty i jednocześnie mocno wysmażony na złoto-brązowy kolor. Raczej w solarium niż w Afryce. Okazji do opalania mogła mu również dostarczyć wizyta na wysepce o łagodnym klimacie, gdzie przy okazji odwiedził niewielki bank chroniący troskliwie klientów przed europejskimi, żarłocznymi urzędami skarbowymi. Dyskretnym bankierom o smagłych obliczach nie przeszło nawet przez myśl, że gdzieś, w sercu Europy, istnieją formularze PIT-5 lub VAT-7 oraz całkiem sporo ich nienasyconych odmian. Żony bankierów, oplecione wieńcami kwiatów, w towarzystwie rosyjskich miliarderów, tańczyły na cytrynowej plaży, w krótkim cieniu palm, potrząsając sprężystymi brzuchami i drobnymi piersiami. Między tańcami miliarderzy leniwie strzelali do siebie z różnych modeli kałaszy, wykrzykując jednocześnie nazwy gigantycznych korporacji wydobywających ropę, gaz lub metale kolorowe.

Jeden z nich wykrzykiwał ogromne kwoty w dolarach, gdyż jako bierny inwestor finansowy, nie zarządzał żadną firmą wydobywczą. Na zatłoczonym lotnisku ich prywatne odrzutowce grzały silniki, na wypadek gdyby w Madrycie lub Londynie zaczął się jakiś ciekawy mecz piłki nożnej albo sekretarce prezydenta Rosyjskiej Federacji skończyła się kawa lub poszło oczko w rajtkach. Bankierzy od czasu do czasu, przez dźwiękoszczelne okna, rzucali okiem w stronę plaży. Uśmiechali się do siebie, widząc nieme, barwne korowody, bezdźwięczne fajerwerki i ciche, biało-błękitne fale w tle. Nie przestawali uprzejmie obsługiwać klientów. Było im wszystko jedno, czy Rosjanie strzelają do siebie z powodu wyborów do Dumy, dekadencji, konkurencji, rozpadu lub odbudowy imperium, dyskusji o obsadzie baletu Jezioro łabędzie w Teatrze Bolszoj, czy trwającego od kilkuset lat pijaństwa. Zresztą jeden z nich był Czeczenem, drugi Ukraińcem, trzeci Żydem, czwarty Baszkirem, piąty Ormianinem i tak dalej. Tylko odległa Rosja była czystej krwi Rosjaninem i właśnie wstąpiła do cerkwi, by zapalić świeczkę przed obrazem Aleksandra Newskiego i przy okazji z niepokornej, bojarskiej piersi zrzucić tatarski safianowy but.

Kolor skóry adwokata atrakcyjnie kontrastował z jego włosami, siwymi jak lutowa szadź. Skóra i włosy należały do twardego ciała, które nie grzeszyło nawet odrobiną nadwagi lub zbędnych urządzeń. Sportowa sylwetka oprószona była szczyptą pikantnego zblazowania i przesiąknięta zapachem dyskretnego dystansu do tych miałkich problemów, których nie da się precyzyjnie opisać za pomocą któregoś z kodeksów. Mecenas ubrany był w ciemnoniebieski garnitur od Zegny i wspierany przez dyskretne suflowanie platynowej omegi, zawieszonej na szczeciniastym przegubie. Ksawery de Vernon znany był tylko niewielu osobom jako jeden z akuszerów nowej rzeczywistości po 1989 roku. Ekspert, doradca, depozytariusz dokumentów i gotówki w zachodnich i wschodnich walutach, świadek ustnych uzgodnień, których przestrzegały szwajcarskie banki oraz wysocy oficerowie. Mecenas był również autorem i sygnatariuszem sporego pakietu umów obowiązujących na zawsze i w każdych warunkach, nawet dzieci i wnuki podpisujących. Bywał czasami kurierem przekraczającym nieciekawe granice, nigdy wszelako nie budził najmniejszego zainteresowania celników, a tym bardziej pograniczników. Bywał przyjmowany przez wysokich funkcjonariuszy niektórych państw, raczej w prywatnych niż służbowych apartamentach.

De Vernon uważał, że od lekarzy i prawników nikt nie oczekuje wrażliwości, wskazówek, jak odróżniać dobro od zła, psychoterapeutycznych seansów czy matczynego pocieszania. Jego samego zaufaniem obdarzano już tyle lat, że mógłby nabrać zadufanej skłonności do traktowania klientów z rutynową nieuwagą, lekceważeniem, a nawet pogardą gracza o stawki wyższe od najwyższych. Stało się odwrotnie. Mecenas był coraz bardziej czuły na najbłahsze szczegóły, chłonął informacje drugorzędne, przekazywane przypadkiem, przez roztargnienie czy pomyłkę, z uwagą wysłuchiwał zbyt długich zwierzeń ludzi zupełnie pozbawionych znaczenia. Twierdził, że w sprawach, które prowadzi, nie może być żadnych przypadków, niespodziewanego deszczu, śmierci, końca dnia czy historyjek opowiedzianych li tylko dla rozśmieszenia pań przy kieliszku bladozielonego martini lub bursztynowej whisky. Był saperem o wyjątkowo rozwiniętej intuicji i języku czułym jak u żmii. Zdarzało się, że ku zaskoczeniu wszystkich odmawiał kategorycznie prowadzenia łatwej i dobrze rokującej sprawy. Nikt, włącznie ze wspólnikami, nie rozumiał decyzji adwokata. Do chwili, w której ta lekka, lukratywna i przyjemna sprawa wybuchała jak półtonowa bomba, rozrywając na strzępy nowicjuszy, może i niewinnych, ale chciwych, gruboskórnych i niecierpliwych. Wybuch następował zazwyczaj wtedy, gdy de Vernon oddalił się już na bezpieczną odległość i oświetlony łuną pożaru i kurzem krwi bratniej, patrzył z pełnym półwspółczucia półuśmiechem na dramat głupszych od dwuzłotówki narwańców. Nad głową adwokata przelatywała czyjaś ręka ciągle próbująca mu wygrażać pięścią, ze zrozumiałych przyczyn zaciśniętą dość słabo. Inna, urwana w okolicy łokcia, z zachowanym w dobrym stanie fragmentem rękawa i wystającym mankietem koszuli spiętym drogą spinką, usiłowała wręczyć adwokatowi gruby plik banknotów. Pozbawiona tułowia męska głowa obiecywała solennie zemstę, choć z sytuacji można było wnosić, że chodzi raczej o zemstę zagrobową. Znikoma część głowy dojrzałej damy posyłała uśmiech, z konieczności krótki, ale bez wątpienia zalotny. Starannie pomalowane usta, pozostające wytrwale we fragmencie czaszki, szeptały uwodzicielsko:

- Panie mecenasie, niech pan to zrobi. Tylko dla mnie, proszę. Potrafię się odwdzięczyć.

Mecenas wątpił, ale cierpliwie przyjmował zażalenia, zaloty, pretensje i żale, jednym słowem wszystko, z wyjątkiem nieuzasadnionych korzyści majątkowych. Następnie przepraszał i udawał się na rozprawę w Najwyższym Sądzie Administracyjnym. Sprawa, którą się tam zajmował, była nudna i wyglądała na niewartą wstania z krzesła. Strony sporu, zdaniem mecenasa, były jednak smakowite. Stary sądowy wyga wciągał w nozdrza, niewyczuwalną dla zwykłych dobiegaczy sądowych, mieszankę zapachu krwi, armaniaku, wirtuozerskich interpretacji konstytucji, potrawki z serca rekina, zaduchu korytarzy kancelarii premiera, gier operacyjnych kontrwywiadu i ogromnych pieniędzy majaczących w sejfach nieistniejącego jeszcze banku.

De Vernon niezawodnie przewidywał przyszłość i być może dlatego troskliwie starał się pamiętać o przeszłości. W biurze wydał zakaz niszczenia jakichkolwiek dokumentów, a te tworzone z adnotacją natychmiastowego zniszczenia przechowywał poza kancelarią, w wynajętej skrytce. Mówił:

- Pamięć to najlepsza inwestycja, zwłaszcza w czasach przemian. Zawsze powtarzam: w czasach rewolucji strzeżcie się sklerozy! Dzięki temu, że pamiętam tak wiele, tylu ludzi mogę uszczęśliwić, mówiąc: nie ma sprawy, zapomnijmy o tym. Tak, szanowni państwo, wszyscy mamy długą listę spraw, o których chcielibyśmy zapomnieć! A ja... zawsze jestem gotów, by o czymś zapominać, wspólnie, po partnersku.

Ksawery de Vernon mocno uścisnął Henrykowi dłoń.

- Zabieram pana do siebie - powiedział tonem przełożonego, ojca i jednocześnie przyjaciela. Henryk zauważył z niesmakiem, że odczuł wyraźną przyjemność, gdy kierowca, a zdarzyło mu się to pierwszy raz w życiu, otworzył przed nim drzwi samochodu.

Patrzył na miasto bez zaciekawienia. Raczej odruchowo, w uprzejmej odpowiedzi na zadowolenie bijące z twarzy adwokata.

- Widzi pan, ile zmian, dobrych zmian. Polska rośnie.

- Tak, to widać - szybko potwierdził Henryk. Jechali przez Warszawę, na którą wolno opadał gęsty, połyskujący wieczór. Światło konkurowało ze strzępami ciemności krążącymi jak kawałki spalonych papierów podrzucanych do góry przez gorący dym. Pochlapane neonami ulice łowiły ciemność reflektorami i umieszczoną w chodnikach iluminacją budynków. Samotne latarnie pracowały, drżąc. Światła odbijały się od okien i błyszczących karoserii samochodów, mieszały ze sobą, wkładały maski, przedrzeźniały przechodniów.

Wieżowce stały w jakimś porządku czy były bezładnie rozrzucone? Henryk nie mógł się zdecydować. Już w czasach gdy wyjechał do Krakowa na studia, patrzył na rodzinne miasto raczej bez zrozumienia niż z oczekiwaniem. Raczej z żalem niż zaciekawieniem. Wcześniej go nie zauważał. Potem beztroskie lekceważenie, tak charakterystyczne dla dorastających chłopców, przerodziło się w nerwową podejrzliwość. Zapewne pewien wpływ na stosunek do Warszawy miały dwuznaczne relacje z ojcem. Także kilkuletni pobyt w Krakowie i rzadkie, ale pełne napięcia wizyty u rodziców spowodowały, że chłodna od przeciągów stolica przedzierzgnęła się w jego oczach w miasto odpychające i obce, przepełnione nieszczerą, nowobogacką atmosferą. Teraz również nie czuł najlżejszego śladu sentymentalnych wzruszeń, choć patrzył przez przyciemnione szyby na ulice, po których biegał kiedyś jako mały brzdąc, wywijając workiem z kapciami i niemiłosiernie hałasując.

- To miasto samo siebie nie rozumie. Nie wie, czym jest, czym było, a już najmniejszego pojęcia nie ma, czym będzie. Przed wojną mieszkał w nim podobno duch niepokorny, buntowniczy. Miatieżnik (ros. buntownik) z rogatą duszą. Ci, co pamiętają przedwojenną Warszawę, zapewniają, że wtedy było inaczej. Wszystko się splatało, sklepiki Nalewek, tańce na Bielanach, flirty w Adrii, ostatni żyjący powstańcy styczniowi, piosenki Hemara, pepeesowcy w kolejarskich mundurach, kresowi ziemianie, dowcipy Tuwima, oficerski szarm i wyplute w wynajętym pokoju płuca Uniłowskiego. Po czterdziestym piątym pochodzić z Warszawy to jak urodzić się na przeciekającym Dworcu Centralnym. Albo na skrzyżowaniu. Ale broń Boże Azji i Europy. Skrzyżowaniu smrodu od wschodu z dobrze płatną zdradą. Ubeckiego kołtuństwa z subtelnymi kominternowskimi janczarami, których ciała zajmowały apartamenty na alei Róż, lecz dusze pozostały na zawsze w moskiewskim hotelu Lux. W tle wyją syreny przypominające 1 sierpnia 44 i młodzi, zadowoleni i bezdzietni, niechętnie wyjmują minutę ze swoich agend, zmartwieni, że jej zabraknie w podsumowaniu dnia, sprawozdaniu rocznym i bilansie życia. Gdyby się lepiej przypatrzeć, można by pod ozdobioną tatuażami skórą dostrzec ich rodziców, chłopów z kieleckich czy rzeszowskich wiosek, wyprężonych na baczność, pękających z dumy, że to z ich krwi i kości czerpie siłę fantom miasta. Nie rozumieją, jak głęboko się mylą? W najnowszym wydaniu narodu dzieci będą pochodzić z biurowców b-klasy, ich kulturowym matecznikiem będą sterylne osiedla, gdzie trudno trafić do domu, a każdy mieszkaniec bloku ma inny akcent, intonację, obyczaj, a właściwie ich nie ma. Gdzie ludzie milczą, bo gardzą sobą nawzajem. Łączy ich jedynie zawiść i nie są w stanie zaśpiewać wspólnie żadnej piosenki - mówił.

- Ale ma pan humorek - rzucił zdziwiony adwokat.

- Czy to wina Niemców? - kontynuował Henryk złym, zawziętym głosem. - Może z takich zniszczeń da się miasto odbudować, w sensie materialnym oczywiście, ale skąd wziąć resztę? Skąd ukraść wywiezioną pamięć, pokolenia losów, gdy została tylko pusta, kręcąca się dla nikogo karuzela? Można czekać z pustym czerepem w ręku przez całe jałowe pokolenia, chlać, bogacić się i rozpuszczać w nicości.

- A zaczęło się od podrabiania słów, bo prawdziwe odrodzenie Warszawy było dla komunistów niebezpieczne. A Warszawa miała być sowiecko-świecką stolicą-świetlicą, muzeum ateizmu i donosu, a nie sercem Polski. Jedna kamienica odbudowana, jedna osoba zamordowana, dziesięć biografii oplutych i losów zakopanych w piwnicy. Pod tym względem Warszawa na pewno jest nowym miastem. Próbuje się podpierać starymi protezami, ale stać przecież można tylko na własnych nogach. A nogi, które wyrosły w czasie Peerelu, to rabstwo, kłamstwo i żłób.

Jechali Marszałkowską, wpadli na plac Konstytucji. Henryk kontynuował:

- To urocze miejsce jest świetnym odbiciem komunistycznej świadomości, pełnej pogardy do potępionej białopolackiej kultury i do wszystkiego, co poddaje się dekretom i ideologii. Ale jednocześnie ci równi spośród równych, wybrani słudzy ludu, tęsknili za mitrą, tronem i polskim chłopem z Matką Boską na piersi, który z religijną czcią pada na twarz przed ich Jaśnie Oświeconym Marksistowsko- Stalinowskim Błagorodijem (ros. ...Wielmożnością). Służba w złotych rękawiczkach nalewała im siwuchę do wanny i szampana do manierek. Robotnicze córki glansowały kible i pucowały czapki z czerwonym otokiem. Profesorowie zamiatali schody i sumienia. Widzi pan, jak się to skopiowane z Moskwy czapajewowskie chamstwo rozpycha i wyleguje w tych ciężkich kolumnadach, sklepieniach i podcieniach i wisi na pokracznych latarniach, plując z góry na mierzwę historii tłoczącą się po karpie i schab?

Henryk zamilkł. Czuł, że się wygłupił. Nie wiedział, czemu wyskoczył z tak namiętnie górnolotną filipiką. Wywyższał się i puszył. I ta stylistyka! Strony spotkały się w innym celu. Powinien używać języka zdrowego żołądka i spokojnego snu. Czy to Polska tak na mnie działa? Kręciło mu się w głowie. Zmywało go z powierzchni zmęczenie podróżą, rozstrajała zmiana czasu, dławił kac.

W kancelarii panowała cisza, jakby pomieszczenia były świeżo zdezynfekowane po epidemii cholery. Gdy wrócił z łazienki, białoskóra brunetka zaprowadziła go do gabinetu de Vernona. Drobna, niewysoka, pachniała dusznymi perfumami, a idąc, potrząsała rozpuszczonymi włosami i trudnymi do policzenia częściami ciała. Gdyby się rozebrała, wyglądałaby skromniej.

Spadek

27 września

- Sytuację mamy, hm, taką... tak... Pan coś wie o majątku ojca? Czyli Józefa Harsynowicza, syna Mieczysława i Salomei z domu Szeryng? - zapytał de Vernon.

Henryk myślał o recepcjonistce. Nie mogła mieć więcej niż trzydzieści lat. Pytanie adwokata wywlekło go za włosy z rejonów erogennych.

- Noo, nic. Z wyjątkiem tego, że ma... miał mieszkanie na Chmielnej. Znam przecież to mieszkanie, to znaczy mieszkałem tam z... rodzicami... no wie pan, to było dawno.

- To jasne, gdzieś mieszkał.

Adwokat przyglądał się Henrykowi. Chciał się upewnić, że wie dokładnie, z kim ma do czynienia, że nie popełni błędu i nic go nie zaskoczy.

- Mieszkanie jest do pańskiej dyspozycji. Zaraz przekażę panu klucze. Zaproponowałem, żeby zatrzymał się pan w hotelu, sądziłem, że na początek tak będzie lepiej. Nie uraziłem pana, mam nadzieję? Czasami takie powroty są trudne, śmierć ojca... ale trzeba z żywymi naprzód iść - dodał szybko. - Może pan pozwolić paszport na minutkę? Skopiujemy, jeśli można.

De Vernon usiadł głębiej w fotelu.

(...)

Jan Polkowski (1953) - pisarz, wydawca i redaktor, ekspert w dziedzinie mediów i komunikacji społecznej. Mieszka w Krakowie. W PRL publikował swoje utwory poza zasięgiem cenzury. Ostatnio ukazał się tom jego wierszy "Głosy". Przed 1989 rokiem redagował i wydawał w podziemiu  książki i czasopisma, po 1989 m.in. wydawca i redaktor naczelny dziennika "Czas Krakowski". Laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich i Nagrody im. Andrzeja Kijowskiego za twórczość poetycką. Z powodu działalności w antykomunistycznej opozycji internowany 13 grudnia 1981 roku. W roku 2008 z tego samego powodu odznaczony przez Prezydenta RP Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dowiedz się więcej na temat: książka | kultura | wydawnictwo | lektura | ksiażka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje