Polska nie chce przyjąć uchodźców? Ekspert o kryzysie migracyjnym

- Nasza niechęć do przyjęcia uchodźców oparta jest na lękach, uzasadnianych problemami Francji czy Wielkiej Brytanii z ludnością muzułmańską. Trzeba być mądrzejszym od tych krajów i wyciągnąć wnioski z ich błędów - podkreśla w rozmowie z Interią dr hab. Marcin Lasoń z Wydziału Nauk o Bezpieczeństwie Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.

Dariusz Jaroń, Interia: Czy Polska powinna przyjąć 11,5 tys. uchodźców?

Reklama

Dr hab. Marcin Lasoń: Tak.

Dlaczego?

- Z kilku powodów. Polska ze względu na swoją wielkość i przekonanie o własnej sile, ma ambicje odgrywania poważnej roli w UE. Jeżeli nie będzie brała udziału w rozwiązywaniu tego typu problemów jak ten, kluczowy dla wielu państw unijnych, to ta ambicja pozostanie tylko ambicją. Polska stale oczekuje unijnej solidarności w wielu kwestiach, począwszy od pomocy sadownikom po politykę energetyczną czy stosunek wobec Rosji...

I sytuację na Ukrainie. Prezydent Andrzej Duda tłumaczy niechęć do przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki "falą uchodźców z Ukrainy".

- Załóżmy, że ta fala nadejdzie. Wyobraźmy sobie, że do Polski docierają tysiące uchodźców z Ukrainy. Czy Polska sama udźwignęłaby ciężar przyjęcia, dajmy na to, stu tysięcy Ukraińców? Nie, wystąpiłaby o pomoc i solidarne wsparcie całej UE. Smutne, że trzeba to przypominać, ale przyjęcie uchodźców nam się zwyczajnie opłaca, bo jest rodzajem ubezpieczenia na wypadek eskalacji konfliktu na Ukrainie.

Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker przypomniał w środę, że poza granicami naszego kraju - w wyniku emigracji politycznej i ekonomicznej -  mieszka ponad 20 mln potomków Polaków. Szantaż emocjonalny czy głos rozsądku?

- Polacy wielokrotnie byli uchodźcami, byli nawet w tych samych miejscach, gdzie teraz przebywają uchodźcy z Syrii i innych krajów. Polska ma więc zobowiązanie do pomocy, do rewanżu za to, że ktoś kiedyś pomógł Polakom, chociażby uciekającym z PRL-u. Lubimy odwoływać się do historii, szukać argumentów historycznych, dowodząc swoich racji. Bądźmy zatem konsekwentni.

- Odmawiając przyjęcia uchodźców powinniśmy pamiętać, że około dwa miliony naszych rodaków przebywa poza krajem, wyemigrowało czasowo lub na stałe z przyczyn ekonomicznych a więc, proszę wybaczyć to słowo, nawet nie są uchodźcami. Nawiasem mówiąc, eksperci wskazują, że sprowadzenie uchodźców to szansa na poprawę sytuacji demograficznej i pozyskanie rąk do pracy, w zamian za osoby, które wyjechały z Polski. Właściwie przeprowadzony proces sprowadzania uchodźców pozwoli na przybycie takich, którzy będą mogli łatwiej zintegrować się ze społeczeństwem i będą posiadali pożądane kwalifikacje.

- Oburzamy się na protesty niektórych mieszkańców krajów przyjmujących polskich imigrantów, a sami nie chcemy widzieć u siebie uchodźców.

Hipokryzja?

- Hipokryzja. Oparta na lękach, uzasadniana problemami Francji czy Wielkiej Brytanii z ludnością muzułmańską. Trzeba być mądrzejszym od tych krajów i wyciągnąć wnioski z ich błędów. Pamiętając jednocześnie, że wielu Polaków ze wschodu chciałoby powrócić do kraju i wielką porażką III RP jest to, że im tego nie umożliwia w takim stopniu, w jakim powinna. Pamięć o tym nie oznacza jednak wykorzystywania tego problemu instrumentalnie w toczącej się kampanijnej debacie wyborczej.

Wielu polityków nie widzi w przyjęciu uchodźców szansy dla Polski.

- Kryzys migracyjny jest wykorzystywany w kampanii wyborczej, podsyca się lęki Polaków dla zdobycia dodatkowych głosów. Są partie, które z jednej strony odwołują się silnie do wartości chrześcijańskich i stoją na straży boskich praw, także w parlamencie, a z drugiej strony w przypadku problemu uchodźców zdają się nie słyszeć głosu Kościoła. W wymiarze ludzkim konieczność pomocy temu, kogo życie jest zagrożone, powinno być czymś oczywistym. W przeciwnym razie należałoby każdemu tonącemu sprawdzać dokumenty i dopiero wtedy decydować, czy warto mu pomagać czy nie. Chyba, że dla kogoś problem uchodźców to tylko statystyka...

Nie uciekniemy od liczb i zagrożeń. Według prognoz UNHCR w tym roku do Europy dotrze 400 tys. osób, w przyszłym może być ich jeszcze więcej - nawet 450 tys.

- Oczywiście, zagrożenia istnieją. Już teraz widzimy trudności z przyjmowaniem uchodźców. Co, jak będzie ich dużo więcej? Czy nie doprowadzi to do radykalizacji nastrojów na Starym Kontynencie i jeszcze większego wzmocnienia ruchów populistycznych i skrajnie prawicowych? Dodam do tego zagrożenie bezpieczeństwa społecznego i ekonomicznego, przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej i - bez żadnych wątpliwości - rozwój zorganizowanej przestępczości międzynarodowej, która zarabia na przerzucaniu ludzi do Europy, dodatkowo może rekrutować wśród uciekinierów osoby chętne do współpracy.

Przerzucając, obok uchodźców, potencjalnych terrorystów?

- Często osoby przeciwne przyjmowaniu uchodźców wskazują na ten argument. Zastanówmy się, czy to dla organizacji terrorystycznych rzeczywiście najlepszy sposób na sprowadzenie swoich ludzi do Europy? Czy nie łatwiej dotrzeć w inny, z pominięciem procedury sprawdzającej, rejestracji, jakiej przynajmniej powinni być poddawani uchodźcy.

- W Polsce wiele zagrożeń i możliwych negatywnych konsekwencji pozwoli zminimalizować odpowiednie rozlokowanie przybyszów. Wystarczy rozmieścić ich w dużym rozproszeniu. Można też założyć, że ci ludzie nie pozostaną w Polsce, tylko będą próbowali dostać się do bogatszych krajów, przez co problem rozwiąże się sam. Chyba, że zostaną wprowadzone ograniczenia w kwestii przemieszczania się uchodźców, a państwa członkowskie będą zobowiązane do kontroli ich stałego pobytu. To przywołuje jeszcze jedno zagrożenie: możliwość zmian w systemie Schengen.

Tysiącom uchodźców, którzy już są w Europie, trzeba udzielić pomocy, ale wszystkich poszkodowanych lub zagrożonych wojną mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki na Starym Kontynencie nie przyjmiemy. Jak uspokoić sytuację w regionie? Militarnie? Pokojowo?

- Kryzys migracyjny można zażegnać bez interwencji zbrojnej pod warunkiem, że dojdzie do porozumienia stron, zaangażowanych w wojnę domową w Syrii. Precyzując, chodzi o siły, które w trakcie konfliktu realizują własne interesy, a reżim Baszara al-Asada jest w tej rozgrywce tylko przedmiotem. Mowa tutaj o USA, Federacji Rosyjskiej, Iranie i krajach Zatoki Perskiej. To rozgrywka daleko wychodząca poza Bliski Wschód, związana z globalnym układem sił i preferowanym miejscem zajmowanym przez te państwa na arenie międzynarodowej.

Co może zrobić Unia Europejska?

- Państwa UE również musiałyby zaangażować się w zakończenie wojny. Ponadto powinny zabezpieczyć granicę zewnętrzną Unii. Obecnymi działaniami zachęcają tylko kolejnych uchodźców i imigrantów do przybywania do Europy. To co się teraz dzieje można traktować jako zdarzenie wyjątkowe i zastosować wyjątkowe procedury, ale trzeba pomyśleć o ich konsekwencjach w przyszłości i się przed nimi zabezpieczyć. A wyzwaniem czy też zagrożeniem z tym związanym, jest właśnie przybywanie kolejnych fal uciekinierów i imigrantów.

Mówimy o wojnie w Syrii, ale na Syrii problem uchodźców się nie kończy...

- Dlatego zakończenie wojny domowej w Syrii nie rozwiąże problemów uchodźców. Przecież bramą dla nich jest także Libia. Zresztą, o tym, do czego może doprowadzić obalenie Kadafiego, mówił sam libijski dyktator, wskazując właśnie na falę uciekinierów, jaka będzie wędrowała przez kraj ogarnięty chaosem do Europy. Pojawiały się także opinie, że Libia będzie drugim Afganistanem, z tą różnicą, że o wiele bliżej Europy. I to jest przyczynek do jeszcze jednej refleksji. Zachód przez lata nie rozwiązał problemów, do których powstania sam przyłożył ręce. W wypadku libijskim dotyczy to w szczególności państw Zachodniej Europy, dokładniej Francji i Wielkiej Brytanii, w wypadku Syrii, Iraku i Afganistanu: Stanów Zjednoczonych Ameryki. Cenę za to płacą właśnie teraz Europejczycy. Ale nie jest to cena najwyższa, bo tą, niestety, płacą mieszkańcy wszystkich krajów dotkniętych bezpośrednimi skutkami wojen.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje