Polska nie jest tylko jedna

Nasz kraj wcale nie jest taki, jak nam się wydaje. Równina malowana zbożem rozmaitem, wysadzana wierzbą rosochatą, drewnianej wioski słomiany dach zastąpiony ostatnio tynkowanym pustakiem i blachodachówką. Sielskość, swojskość, poczciwi staruszkowie, bociany, gęsi na ulicach, drewniane płociny. Czy taki jest wciąż nasz kraj?

Chłopskie jadło, drewniane łychy, smalec, ksiądz dobrodziej. Od czasu do czasu miasteczko: ryneczek, niziutkie, proste kamieniczki, dwie uliczki na krzyż i koniec. Taki jest wizerunek Polski. I to nie tylko widziany z zewnątrz, bo sami w ten sposób postrzegamy nasz kraj.

Reklama

Ale ten wizerunek to nie jest obraz Polski. To obraz dawnej Kongresówki, zaboru rosyjskiego. Mazowsza, Polesia, Lubelszczyzny.

Mimo że Kongresówka to niejedyna składowa, z której złożono niepodległą Polskę, to ten właśnie wizerunek zdominował obraz naszego kraju, który w całości przecież taki wcale nigdy taki nie był. Ani nie jest.

Trzy Europy w jednym kraju

Można odnieść wrażenie, że Polska jest krajem, w którym spotykają się trzy Europy: Wschodnia, Środkowa i Zachodnia. I nie jest to czcze gadanie. Można te trzy Europy w Polsce w miarę dokładnie wydzielić.

Granice między nimi przebiegają - z grubsza - nadal wzdłuż niegdyś zaborczych linii. Nie ma co się temu dziwić. Właśnie w czasie, gdy formowały się nowoczesne państwa, Polska nie istniała. I jej przestrzeń - a w dużym stopniu i mentalność -uformowano za nas. Na kształt i podobieństwo krajów zaborczych. Polacy, oczywiście, brali w tym procesie udział. Ale nie jako "naród dominujący".

Polska Wielkopolska

Bo czym była w 1918 roku - i w całym międzywojniu - Polska dla poznaniaka? Ta, którą on znał i za którą walczył? Na pewno nie była to ta Polska wiejska, drewniana, bosa i - generalnie - wschodnioeuropejska. Ta, której obraz nadal wpływa na nasze jej postrzeganie.

Polska poznaniaka to Polska z czerwonej cegły, kryta dachówką, nie strzechą. Nie mieszkała tu wschodnioeuropejska mieszanina chłopów-biedniaków, miejskiej inteligencji - żydowskiej i polskiej oraz niespecjalnie licznego polskiego mieszczaństwa.

Wielkopolskę zamieszkiwał lud ukształtowany na o wiele bardziej zachodnioeuropejską modłę. O wiele więcej niż w Kongresówce było mieszczan, przedsiębiorców. O wiele więcej gospodarstw rolnych stosowało tu nowoczesne rozwiązania. Jak na Niemcy, Wielkopolska była regionem względnie ubogim i słabo rozwiniętym, a zamieszkujący ją Polacy ludem pod wieloma względami upośledzonym. Jak na Polskę Wielkopolska stanowiła przyczółek nowoczesności, a Wielkopolanie - społeczeństwo postrzegane jako cywilizowane na zachodnią modłę. Z czego zdawano sobie, oczywiście, w Polsce sprawę.

Dmowski pisał: "Poznańskie było kolebką Państwa Polskiego, krajem najdawniejszej polskiej cywilizacji, a wskutek tego krajem najbardziej posuniętym w swym życiu społecznym. Ludność w swej masie znajduje się na poziomie cywilizacyjnym krajów zachodnich, wykazuje najwięcej energii i zdolności organizacyjnych i bardzo gorący polski patriotyzm. Z powyższych względów kraj ten posiada pierwszorzędne znaczenie dla odbudowanego Państwa Polskiego, które żąda przyłączenia go w całości".

Dokonana przez Dmowskiego analiza powodu, dla którego Wielkopolska była lepiej rozwinięta od reszty kraju, jest tylko częściowo prawdziwa. Owszem, długie lata pokoju, którym cieszyła się Wielkopolska, położona na rubieżach ekspandującej na wschód Rzeczypospolitej, przyczyniły się do rozwoju tego regionu. Ale największy wpływ na jej kształt miały położone nieopodal - a później panujące nad nią - Niemcy.

Intuicyjnie czuło to wielu Wielkopolan. Polacy nie pozwalali się asymilować, ale nie byli w stanie przeciwdziałać podskórnym wpływom cywilizacyjnym i kulturowym. W gruncie rzeczy nie odczuwali nawet takiej potrzeby. Te wpływy osiadały na regionie niezależnie od Kulturkampfu. Płynące z Zachodu wzorce kulturowe postrzegano jako uniwersalne - ale płynęły one przecież z Niemiec.

Dr Mieczysław Orłowicz w swoim przewodniku po Europie, wydanym niedługo przed I wojną światową, opisuje takich Wielkopolan, którzy - choć rozmawiali z nim po polsku i nosili polskie nazwiska - uważali się za Niemców. Po prostu - przyłączali się do bardziej atrakcyjnej oferty cywilizacyjnej.

Dlatego, nawiasem mówiąc, największym błędem Prusaków, chcących zasymilować Polaków w ramy własnego państwa narodowego, była właśnie siłowa germanizacja. Gdyby z niej zrezygnowali, stopniowa asymilacja nie byłaby postrzegana jako zdrada interesu narodowego. I przebiegałaby o wiele bardziej gładko.

Po mazursku to po polsku?

Tak działo się na Mazurach, gdzie chłopi nie mieli mocnego poczucia tożsamości polskiej, toteż przyłączali się do silnie promieniującej niemieckiej kultury. Jeszcze w międzywojniu - jak pisał Melchior Wańkowicz w "Na tropach Smętka" - Mazurzy dziwili się, że przyjezdny "waść" z Polski mówi tym samym językiem co oni sami.

"Toć jo syćko rozumiem, toć jo syćko rozumiem. Nie cyganita? To tak ludzie w Polsce mówzio? Dyć to naso gadko. Toć jo mogę wsendy Polskom reizować" - cieszył się uświadomiony przez Wańkowicza młody Mazur.

Polacy "kongresowi", a często i galicyjscy, kojarzyli się wielu Wielkopolanom głównie z biednymi "obieżysasami", ubogimi robotnikami sezonowymi , których korowody, nierzadko obdarte, przeciągały przez ich ziemie, prezentując sobą mało imponujący widok.

Z tego samego powodu - dodajmy - do integracji z Polską nie palili się specjalnie (wbrew obiegowym opiniom) Serbołużyczanie. Gdy przyszło co do czego, propolskie były intelektualne łużyckie elity, ale wśród ludu idea przyłączania się do "większego słowiańskiego brata" nie była specjalnie popularna.

Dlatego - swoją droga - dr Orłowicz zalecał podróżowanie po terenach niemieckiego zaboru lepiej sytuowanym materialnie Polakom, którzy poprzez manifestację swojego wysokiego statusu podnosiliby obraz Polaków jako takich.

Wielkopolska jak zachodnia Ukraina

Również wśród samych Wielkopolan, gdy przyszło jednoczyć się z resztą Polski i okazało się, że ma ta nowa, rozszerzona ojczyzna taki charakter, jaki ma, pojawiły się odczucia co najmniej mieszane.

Podobne były do tych, które istnieją obecnie na zachodniej Ukrainie. Ta o wiele bardziej zeuropeizowana część kraju nie czuje się bowiem do końca komfortowo ze wschodnią, zrusyfikowaną, w dużym stopniu odmienną kulturowo częścią kraju.

Galicja - inna Polska

Odmienna od tej wschodnioeuropejskiej Polski była również Galicja. Przede wszystkim pod względem krajobrazu. I to tak naturalnego, jak kulturowego.

Patrząc pod kątem architektury, urbanistyki, a nawet i wyglądu terenów wiejskich, Małopolska to Europa Środkowa. Nierzadko bliższa Czechom, Węgrom czy Słowacji, niż - na przykład - Podlasiu czy Mazowszu. Miasteczka i miasta są większe i inaczej zaplanowane.

Dla jednych pół-Azja, dla innych Europa

Owszem, Galicja była najbiedniejszą częścią habsburskiego imperium, "pół-Azją", jak nazywał ją Karl Emil Franzos, jednak nawet ta "pół-Azja" była lepiej rozwinięta, niż część znajdująca się pod Rosją. Przede wszystkim - mocniej zaznaczyła się tutaj polska kultura mieszczańska (będąca w rzeczy samej połączeniem kultury mieszczańskiej i szlacheckiej).

"Rosyjskość" w Polsce

Polska dla Galicjanina (albo - jak przezywali Galicjan "Prywislancy" - "Galileusza") była Polską pagórków i małych miasteczek. Owszem, były i tutaj - jak w Polsce kongresowej - biedne, drewniane chałupiny polskich i rusińskich chłopów, ubogich Żydów, jednak rzeczywistość kulturowa, w której wszyscy oni funkcjonowali - była inna. Wspólna dla habsburskiej części Europy. Mniej było tutaj tej negatywnie postrzeganej "rosyjskości": stupajek, knutów, urzędniczej i policyjnej wszechwładzy, despotyzmu, biurokracji, usankcjonowanego wręcz łapownictwa, fasadowości prawa - wszystkiego tego, co opisywał w swoich "Listach z Rosji" markiz de Custine, i co przez długo utrzymywało (a pod wieloma względami nadal utrzymuje) aktualność.

Słowem - w Galicji znaleźć można było znacznie więcej, niż w Kongresówce tego, co przywykliśmy nazywać "europejskością": rządów prawa, społeczeństwa obywatelskiego, dorabiającej się klasy średniej.

Czemu zwyciężył wizerunek Polski wschodnioeuropejskiej?

Ten wizerunek wschodniej Polski dominuje.

Rdzeń mentalnej polskości, istota tego, co za nią uznajemy, przenosił się równolegle za stolicami: z pierwszej Polski - Wielkopolski, do drugiej Polski - Małopolski, aż w końcu do trzeciej Polski "korzennej" - Mazowsza. Na tereny, które nie tylko za "pierwszej", ale i za "drugiej" Polski leżały na jej rubieżach (Mazowsze od średniowiecza aż do 1526 roku nie było częścią Korony, tylko jej lennem. Do czasu przeniesienia stolicy do Warszawy było raczej marginesem państwa, a na pewno nie jego rdzeniem).

Czy Kongresówka różniła się od Kresów? Niewiele

Poza tym - wschodnia Polska była największa. Szczególnie uzupełniona o Kresy Wschodnie, od których się w gruncie rzeczy niespecjalnie różniła. Tym głównie, że na Mazowszu chłopi mówili w gwarach polskich, a nie w ruskich.

O różnicach pomiędzy "Polską właściwą" a dawnymi Kresami przeczytać można w tej relacji XIX-wiecznego amerykańskiego podróżnika

Polska Kresowa to również - dla Polaków tam zamieszkujących - była Polska, choć zależnie od regionu było to mniej lub bardziej oczywiste.

Polska Kresowa

Krainy, w których mieszkali nazywali - owszem - Białorusią, Litwą, Kijowszczyzną, Mińszczyzną, Ukrainą, Wołyniem, Polesiem, Inflantami , ale krainy te były dla nich polskimi regionami, jak Mazowsze czy Śląsk.

Zdawali sobie, oczywiście, sprawę, że lokalna ludność mówi odmiennym od ich własnego językiem, najczęściej jednak uznawali taki stan za naturalny. Nie kłóciło im się to z tradycją wielokulturowej Rzeczypospolitej. W czasach późniejszych, gdy kwestie narodowe stały się o wiele bardziej istotne, widzieli w lokalnym ludzie potencjał do polonizacji.

Poza tym - nawet, jeśli Białorusini i Ukraińcy nie byli i nie chcieli być Polakami, lokalni Polacy uważali, że nie znaczy to, że są Rosjanami, i że to Rosja ma mieć większe prawa do panowania nad zamieszkanymi przez nich terenami. Dlatego wielu z nich - jak pisał choćby Michał Pawlikowski w świetnie oddającej klimat tamtych środowisk książce "Wojna i sezon" - za zdradę uznawała odrzucenie przez Polskę wielkich połaci dawnych Kresów, które pokonani Sowieci skłonni byli Polsce oddać w ramach pokoju ryskiego. Dla Warszawy zaczęło się już wtedy myślenie kategoriami państwa narodowego (i znalazło to odbicie w późniejszych asymilacyjnych działaniach polskiego państwa). Dla kresowiaków Polska nadal powinna pozostać wielonarodową Rzeczpospolitą.

Słowiański raj? Raczej wschodniosłowiański

Niezależnie od tego wszystkiego - krajobrazy kulturowy i naturalny Kresów bardzo przypominają krajobrazy, które ukuwamy na reprezentatywne dla naszego kraju. W bardzo podobny do naszego sposób prezentują swoje ojczyzyny Białorusini, Litwini, Ukraińcy, a nawet Rosjanie: wszędzie widać bociany, zielone równiny, zboże, lniane chłopskie stroje, drewniane chaty, pyliste gościńce. Tak ma wyglądać słowiański raj.

Zgoda.

Ale ten raj nie jest słowiański, a wschodniosłowiański.

Polska to nie tylko Wschód

Polska, jak już wspomniałem, leży częściowo w kulturowym i cywilizacyjnym obszarze Europy Wschodniej.

Ale leży też w innych częściach Europy. W środkowej i zachodniej.

Największe połacie poniemieckich ziem - a więc o zachodnioeuropejskim krajobrazie kulturowym - zamieszkują obecnie potomkowie przybysze ze wschodu. Którzy - tak naprawdę - dopiero uczą się właściwego użytkowania tej przestrzeni i dbania o nią. Świetnym przykładem rozjazdu formy i treści na tych ziemiach jest gotycki kościół w Jeleniej Górze przerobiony na prawosławną cerkiew.

"Zacofane Niemcy"

Te natomiast polskie ziemie, które od dawna znajdowały się w orbicie wpływów zachodnioeuropejskich (Wielkopolska, po części Pomorze, Kujawy, Śląsk, Warmia) spauperyzowane zostały przez socjalizm. Brakuje poza tym odpowiednich odniesień - żadna część zachodniej Europy (poza hiperdotowaną i odbudowywaną NRD) nie była nigdy socjalistyczna i nie znajduje się w podobnej do naszej sytuacji, dlatego trudno przypinać polskie regiony - które jeszcze w międzywojniu uważano za zachodnioeuropejskie (jak Wielkopolska czy Kujawy) do silnie rozwiniętej współczesnej Europy Zachodniej. W jakimś stopniu przynależą do niej historycznie, ale "wygląda to" -pisał niedawno Andrzej Stasiuk w "Dzienniku pisanym później" - "jak zacofane Niemcy".

W każdym razie - krajobraz kulturowy Wielkopolski, "zacofanych Niemiec", nie jest krajobrazem "żółtego, wiślanego piachu i wioski słomianego dachu" , który zdominował wizerunek tego kraju.

"Przyszyty" Śląsk

Weźmy - na przykład - taki Śląsk, pozornie wbity mocno w polską mentalność.

Ale Śląsk traktowany jest raczej jako coś do Polski "przyszytego", ciało nieco obce z tą swoją kulturową "opcją niemiecką", która każe być bardziej po czesku zapobiegliwym, niż "po polsku" narwanym. Która każe raczej dzielić włos na czworo i rozpatrywać rzeczywistość w wielu jej odcieniach, zamiast "po polsku" oceniać szybko, gwałtownie i czarno-biało.

Ale w ten sposób, dystansując się od śląskiej mentalności, sami odcinamy Śląsk od polskości. A Śląsk to czuje i też powoli zaczyna mieć dosyć reszty kraju. Zaczyna dłubać w swojej kulturowej i historycznej odrębności. Zaczyna mieć dość Wschodu. Ciąży ku Europie Środkowej.

Małopolanie i Wielkopolanie niekoniecznie są skąpi

Tyle, że Śląsk wcale nie jest taki wyjątkowy. Regionów, które mają podobną mentalność jest więcej. I na nich można opierać polską mentalność tak samo dobrze, jak na byłej Kongresówce. Miłująca spokój i porządeczek Małopolska, jej obywatele pielęgnujący swoje małe, przyjemne ogródeczki i "żyćka", którzy stereotypowo wolą swoją całkiem miłą codzienność od wielkich emocjonalnych porywów. Zapobiegliwi i porządni Wielkopolanie ze swoją oszczędnością z perspektywy stereotypowo "wschodniej" rozrzutności nazywanej skąpstwem. A może pora zmienić perspektywę? A może to nie krakowskie centusiostwo czy wielkopolskie dusigoszostwo jest wadą? Może wadą jest ocenianie tego w ten sposób?

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje