Polski naukowiec za Oceanem

Stany Zjednoczone zaskakują otwartością ludzi. Rozmawiają z tobą, jakbyś był ich znajomym od dawna. To bardzo miłe, ale i zwodnicze czasami, bo okazuje się, że taka "zażyłość" wcale nie oznacza, że od razu są twoimi przyjaciółmi - mówi w rozmowie z INTERIA.PL ​Dariusz Piwowarczyk, językoznawca specjalizujący się w językoznawstwie indoeuropejskim i łacińskim.

Na przełomie 2011/2012 roku Dariusz Piwowarczyk spędził dziewięciomiesięczny staż badawczy w na uniwersytecie Cornella w Stanach Zjednoczonych, przygotowując tam swoją rozprawę doktorską poświęconą językowi łacińskiemu oraz odkrywając amerykański kontynent. W rozmowie z INTERIA.PL opowiada o czasie spędzonym w Stanach, życiu naukowym i prywatnym oraz o amerykańskim społeczeństwie.

Reklama

Katarzyna Jasińska, INTERIA.PL: Dlaczego wybrał Pan właśnie Stany Zjednoczone na odbycie swojego stażu badawczego?

Dariusz Piwowarczyk: Chyba dlatego, że Ameryka ukazywała najlepsze perspektywy badawcze - zarówno zaplecze naukowe, wiedza uczonych zajmujących się językoznawstwem, jak i wyposażenie bibliotek są tam doskonałe.

Kierował się Pan tylko względami naukowymi w wyborze?

- Naukowe względy miały oczywiście pierwszeństwo ze względu na fakt, że celem mojego pobytu było zebranie materiału do pracy doktorskiej oraz przedyskutowanie tematu z amerykańskimi badaczami. Kwestie pozanaukowe oczywiście też grały rolę - chciałem wybrać ośrodek, z którego można dotrzeć do innych miejsc w Stanach, pozwiedzać czy odwiedzić centra kultury i sztuki.

Jaki temat opracowywał Pan w ramach swojego doktoratu?

- Dość techniczna sprawa, pochodzenie łacińskiej piątej deklinacji, tego typu odmiany w rzeczownikach łacińskich. W skrócie rzecz ujmując, są dwie teorie dotyczące piątej deklinacji w łacinie - niektórzy uczeni twierdzą, iż jest ona cechą tylko i wyłącznie łacińską, innowacją na jej gruncie, inni znów uważają, że jest archaizmem i pozostałością tego typu odmiany w prajęzyku, tzw. praindoeuropejskim, z którego wywodzą się wszystkie języki indoeuropejskie jak polski, angielski, rosyjski, hindi czy francuski.

Spędził Pan tam około roku czasu, tak?

- Mniej więcej. Właściwie dziewięć miesięcy od połowy sierpnia 2011 roku do końca maja 2012 roku.

Czy Ameryka spełniła Pana oczekiwania?

- Jeśli chodzi o warunki naukowe?

Naukowe i życie prywatne.

- Jeśli chodzi o warunki naukowe to zdecydowanie tak. Udało mi się dzięki pobytowi tam dokończyć swoją rozprawę doktorską, uaktualnić wiele rzeczy i zaznajomić się z nowinkami z mojej dziedziny przy pomocy doskonale wyposażonej biblioteki oraz świetnych naukowców, którzy hojnie dzielą się z innymi swoją wiedzą. Do tego w Stanach kładzie się bardzo duży nacisk na nauczanie, więc nawet najbardziej skomplikowane teorie czy zajęcia są tam w bardzo prosty i przystępny sposób przedstawiane.

A co jeśli chodzi o codzienne życie? Czy tak wyobrażał sobie Pan Amerykę?

- Szczerze mówiąc, myślałem, że Ameryka znacznie bardziej przypomina zachodnią Europę. Nic z tego. Wielkie było moje zaskoczenie jak bardzo odmienna jest ona od naszego kontynentu... W Europie miałem okazję przebywać w Niemczech czy Holandii przez dłuższy okres czasu, ale w żaden sposób nie było to podobne do Stanów.

Co takiego było tam inne?

- Stany Zjednoczone zaskakują otwartością ludzi. W Europie ludzie są dosyć otwarci, ale, przynajmniej w krajach typu Niemcy czy Holandia, nie aż tak. To oczywiście też kwestia języka i fakt, że we współczesnym angielskim nie istnieją osobne formy grzecznościowe, a "you" odpowiada zarówno polskiemu "pan/pani" jak i "ty". Niemniej jednak w Wielkiej Brytanii, pomimo angielskiego, dalej widać różnicę. W Stanach natomiast ludzie rozmawiają z tobą, jakbyś był ich znajomym od dawna. Bardzo mnie to zaskoczyło na początku pobytu, było bardzo miłe, ale i zwodnicze czasami, bo po czasie okazuje się, że taka "zażyłość" jest po prostu cechą Amerykanów, ale wcale nie oznacza ona, że od razu są twoimi przyjaciółmi.

Czy są jeszcze jakieś różnice?

- Różnic można by wymieniać dużo. Poza dużymi samochodami (śmiech), fakt, że kraj rzeczywiście jest ogromny i bardzo różnorodny. Ja miałem okazję spędzić trochę czasu w stanie Nowy Jork, w samym mieście Nowy Jork oraz w Kalifornii. Podróżowanie po samym stanie zajmowało sporo czasu, ale miałem okazję przekonać się jak wygląda amerykański transport publiczny. Do Kalifornii trzeba było się oczywiście wybrać samolotem, sama podróż z jednego krańca Stanów na drugi zajmuje sześć godzin. Tutaj też widać różnice - w Los Angeles praktycznie nie istnieje transport publiczny, pomimo faktu, że jest to tak ogromne miasto, po prostu każdy jeździ tam samochodem i ludzie wydają się zdecydowanie bardziej zrelaksowani. Z drugiej strony, w Nowym Jorku transport publiczny jest doskonały, ale ludzie znajdują się cały czas w pośpiechu i zatrzymanie się na ulicy grozi tym, że ktoś na nas wpadnie.

Zwiedził Pan jeszcze jakieś inne miejsca w Stanach poza wymienionymi?

- Oczywiście, że tak. Odwiedzałem dalszą rodzinę w okolicach Nowego Jorku oraz znajomych w Rochester niedaleko granicy kanadyjskiej. Poza tym byłem jeszcze w Filadelfii oraz w Bostonie. Każde miejsce oczywiście ma swoje charakterystyczne cechy: Los Angeles zadziwia swoją rozłożystością i oczarowuje klimatem i egzotyką, Nowy Jork przytłacza ogromem i masywnością Manhattanu, Filadelfia jest spokojnym miasteczkiem, w którym nowoczesność miesza się z historią, Boston podobnie.

Jest jeszcze Pana zdaniem coś charakterystycznego dla Ameryki?

- O, tak. Fakt, że wszystko musi być duże. Porcje w restauracjach dostaje się duże, napoje również, no i zawsze do tego jest za darmo woda. Na dodatek dolewki napojów również można dostać bez opłaty. Denerwuje za to fakt, że ceny wszystkich produktów są podawane tylko i wyłącznie netto, podatek jest naliczany dopiero przy kasie. Wymagało to trochę przyzwyczajenia. Napiwki w restauracjach są obowiązkowe, to jak niepisane prawo.

I na koniec - jakie ma Pan ogólne wrażenia z całości pobytu?

- Jak najbardziej pozytywne. Oczywiście mieszkanie przez dłuższy okres czasu w obcym kraju ma swoje wady i zalety, ale tutaj zdecydowanie było bardzo dużo pozytywów - można było poznać mnóstwo ciekawych ludzi, zobaczyć interesujące miejsca no i przede wszystkim skorzystać naukowo z pobytu, w końcu taki był cel mojego stażu badawczego, dzięki któremu udało mi się ukończyć pracę doktorską, a również zebrać materiały do dalszych prac.

Dowiedz się więcej na temat: USA

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy