"Pomagam innym i sama wiele zyskuję"

To nie działa tak, że wchodzi do slumsu "białas" z plakietką "medical doctor" i ludzie ustawiają się w kolejce. To bardzo długi proces wzajemnej akceptacji i zaufania - mówi INTERIA.PL Agnieszka Dikolenko, wolontariuszka, uczestniczka misji w Afryce.

Monika Jelonkiewicz, INTERIA.PL:Dlaczego zostałaś wolontariuszką?

Reklama

Agnieszka Dikolenko: - Z tych samych powodów, dla których zapisujemy się na kursy językowe, zajęcia sportowe czy do kół zainteresowań. Wolontariat nie jest przejawem twardego altruizmu. To forma rozwoju osobistego, pogłębiania swoich pasji, poznawania ludzi i zyskania nowych umiejętności. Celem nadrzędnym mojej działalności jest oczywiście pomoc mieszkańcom krajów tak zwanego Trzeciego Świata, ale na drodze do jego realizacji sama wiele zyskuję.

Czemu akurat Afryka?

- Od lat interesuję się zagadnieniami związanymi z problemami państw afrykańskich. Kulturą, historią, dawnymi i obecnymi stosunkami i stereotypami na linii Europa - Afryka. Po przyjeździe na studia do Krakowa próbowałam znaleźć organizację, w której będę mogła nie tylko rozwijać swoje zainteresowania, ale i nieść konkretną pomoc dla Afryki. Tak trafiłam do Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego. Na początku odpowiadałam za "edukację rozwojową" i prowadziłam warsztaty dla dzieci i młodzieży dotyczące sytuacji państw rozwijających się oraz wspierałam działania lokalne. Po dwóch latach otrzymałam możliwość wyjazdu na pierwszą misję. Celem głównym projektu była budowa internatu dla dzieci ze szkoły podstawowej w miejscowości Biharamulo w Tanzanii. Moje zadanie polegało na prowadzeniu szkoleń dla nauczycieli i zajęć edukacyjnych dla dzieci.

Przygotowywałaś się w konkretny sposób do tego wyjazdu?

- "Media dla Milenijnych Celów Rozwoju" to kolejny projekt SWM, w którym wzięłam udział. W ramach tego projektu międzynarodowa grupa 16 uczestników przeszła warsztaty z zakresu dziennikarstwa, sztuki operowania kamerą i montażu, a następnie w dwóch zespołach 8-osobowych została wysłana na 3 tygodnie do Peru lub Kenii, aby tam, pod opieką ekspertów, zrealizować materiały audio-wizualne ukazujące problemy, z jakimi boryka się tamtejsze społeczeństwo.

Kto pomagał Ci podczas wyjazdu do Nairobi?

- Od samego początku chciałam się skupić na kwestii opieki medycznej w Nairobi. Już w Polsce rozpoczęłam więc poszukiwania lekarza, który chciałby mi pomóc w tym przedsięwzięciu. Rozpytywałam, prosiłam znajomych z organizacji i okazało się, że ktoś zdobył dla mnie namiary na włoskiego lekarza pracującego w jednym ze slumsów w Nairobi. Drogą mailową udało nam się dokonać wstępnych ustaleń, a przede wszystkim przekonać Paolo do udziału w filmie. Jest on bardzo skromnym człowiekiem i propozycja uczynienia głównym bohaterem filmu jego, a nie mieszkańców slumsu, czy lokalnych lekarzy, wolontariuszy była dla niego zaskakująca.

Kto był pomysłodawcą twojego filmu?

- Jeszcze przed wyjazdem myślałam o realizacji filmu dla studentów medycyny. Filmu, który skupiałby się na konkretnych problemach medycznych i możliwościach leczenia w Nairobi, po to, aby pokazać studentom i młodym lekarzom, jak wielka jest potrzeba niesienia pomocy w tym aspekcie. Miałam nadzieję, że taki film wzbudzi w kimś chęć niesienia pomocy i podsunie pomysł wyjazdu na misję medyczną, a tych, którzy już rozważali taką możliwość, utwierdzi w słuszności tej decyzji.

Paolo jednak popchnął film w nowym kierunku. To naprawdę niezwykły człowiek... Nagrałam z nim całe godziny wywiadów, a potem wielokrotnie odsłuchiwałam, z trudem dokonując selekcji tego, co powinno znaleźć się w 20-minutowym filmie. Ostatecznie "Infekcja" to opowieść o niezwykłym lekarzu i jego pracy pełnej pasji oraz obraz slumsu widziany oczami Europejczyka.

Towarzyszyłaś lekarzowi, który leczył i pomagał ludziom ze "slumsów", nie bałaś się, bo to chyba nie były komfortowe warunki, pomagałaś mu w leczeniu?

- Tym razem musiałam się skupić na zadaniach związanych z projektem. W ciągu trzech tygodni mieliśmy zebrać materiał na film i kilka audycji radiowych*. Nie było niestety czasu na inne działania. Jest jeszcze jedna kwestia - wdrożenia się w sposób funkcjonowania opieki medycznej w slumsie i zyskania zaufania społeczności. Przecież to nie działa tak, że wchodzi do slumsu "białas" z plakietką "medical doctor" i ludzie ustawiają się w kolejce. To bardzo długi proces wzajemnej akceptacji i zaufania. Paolo współpracuje z lokalnymi pielęgniarkami i wolontariuszami - tzw. pracownikami socjalnymi - przeszkolonymi mieszkańcami slumsu, którzy regularnie odwiedzają chorych i kontrolują ich stan, a w razie potrzeby zgłaszają pogorszenie w ośrodku i prowadzą do chorego lekarza z pielęgniarką. Wejście do tej sprawnie działającej maszyny nowej osoby tylko na kilka dni, zrobiłoby więcej zamieszania niż pożytku, zwłaszcza, że w moim przypadku na samodzielne działania jest jeszcze za wcześnie.

Za rok kończysz studia, czy zastanawiałaś się nad pracą w Afryce?

- Tak. Dotychczasowe wyjazdy nie były ściśle związane z moją ewentualną przyszłą profesją (tak żeby nie zapeszyć, do końca jeszcze trochę). Marzy mi się wyjazd na misję medyczną.

Jak się czułaś po misji, gdy byłaś już w domu, czy ta misja w jakiś sposób Cię zmieniła?

- Cóż... Podróże kształcą - stwierdzenie wręcz oklepane, ale trudno z nim dyskutować. Każdy wyjazd, zwłaszcza w rejony zupełnie odmienne od miejsc naszego codziennego funkcjonowania, uczy pokory, pozwala spojrzeć na życie z innej perspektywy, a nawet odkryć coś nowego o samym sobie, zweryfikować swoje przekonania, a przede wszystkim poznać niezwykłych ludzi. To, co wiem na pewno po tym pobycie, to to, że chcę tam wrócić. Może jako lekarz.

*Projekt, w którym uczestniczyła Agnieszka Dikolenko, został zrealizowany dzięki pomocy finansowej Unii Europejskiej, a partnerem była TVP Kraków

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje