"Potrójny Agent" - szpiegowski thriller oparty na faktach

Joby Warrick, laureat Pulitzera, w swojej najnowszej książce "Potrójny Agent" przedstawia fakty, które nie miały nigdy ujrzeć światła dziennego... Książka to szpiegowski thriller w najlepszym wydaniu.

"Potrójny Agent" to historia jednego z najgroźniejszych ataków Al-Kaidy od czasu 11 września. Jest grudzień 2009 roku. Przenosimy się do Chost w Afganistanie...

Reklama

"Zespół CIA czekał na tajemniczego Jordańczyka dziesięć dni. Od ponurej połowy grudnia do przygnębiających świąt Bożego Narodzenia oficerowie dygotali z zimna pod kocami, opowiadali oklepane kawały, żłopali galony kiepskiej kawy i sączyli alkohol ze styropianowych kubków. Liczyli odległe wybuchy z moździerzy, studiowali raporty o szkodach poczynionych przez bomby, wsłuchiwali się w dudnienie helikopterów Black Hawk przewożących rannych. I czekali.

Nastał dokuczliwie wietrzny ranek Bożego Narodzenia, a oni siedzieli dalej. Skubali resztki pierników z paczek przysłanych z domu i przyglądali się ceramicznym postaciom z jasełek, które jeden z oficerów porozstawiał zamiast choinki.

Wreszcie, 30 grudnia, na szarym końcu starego roku i w piętnastym dniu oczekiwania, podano, że jordański agent jest w drodze. Zmierzał na zachód samochodem przez góry skalistych północno-zachodnich rubieży Pakistanu, w plemiennym stroju i ciemnych okularach, omijając patrole talibów wzdłuż zdradliwej autostrady prowadzącej do granicy afgańskiej.

Żaden z amerykańskich oficerów nie widział jeszcze tego człowieka, owego widmowego informatora zwanego "Wolf ", którego prawdziwe personalia znał ponoć niecały tuzin osób; tego krnąbrnego podwójnego agenta, który spenetrował Al-Kaidę i przysyłał Amerykanom zaszyfrowane komunikaty elektryzujące ludzi w centrali CIA. Około godziny 15.00 lokalnego czasu Humam Chalil al-Balawi wyłonił się z mroku i przekroczył bramy zbudowanej ze zbrojonego betonu tajnej bazy CIA znanej jako Chost.

Na wiadomość o jego rychłym przybyciu analitycy w pośpiechu zabrali się za ostatnie przygotowania. Nowo przybyła szefowa bazy Jennifer Matthews, zaledwie od trzech miesięcy na swojej pierwszej afgańskiej placówce, od wielu dni zajmowała się szczegółami, a teraz zleciła współpracownikom sprawdzenie sprzętu wideo, wysłanie depesz oraz przećwiczenie poszczególnych etapów sesji sprawozdawczej, która miała trwać do wieczora.

Obserwowała ich przy pracy, zdenerwowana, ale pewna siebie. Krótkie kasztanowe włosy miała zaczesane na bok i rozdzielone praktycznym przedziałkiem. Czterdziestopięcioletnia Matthews była weteranką prowadzonych przez Agencję wojen z terroryzmem i rozumiała Al-Kaidę oraz jej aktorów, fanatycznych czcicieli śmierci, lepiej niż chyba ktokolwiek inny w CIA - a do tego lepiej nawet niż członków komitetu rodzicielskiego w szkole swoich dzieci we Fredericksburgu w Wirginii.

Matthews, kobieta trzeźwo myśląca i poważna, była jedną ze wschodzących gwiazd w Agencji, ulubienicą kierownictwa. Skwapliwie skorzystała z szansy wyjazdu do Chostu, mimo wątpliwości zgłaszanych przez jej bliskich przyjaciół, którzy przekonywali ją, że to szaleństwo, zostawić rodzinę i wygodne życie na przedmieściach dla tak ryzykownej misji.

Fakt, będzie musiała się wiele nauczyć; nigdy nie pracowała w strefie działań wojennych, nie prowadziła operacji inwigilacyjnej ani nie kierowała rutynową sprawą informatora, zwłaszcza tak skomplikowaną jak sprawa jordańskiego agenta. Nie brakowało jej jednak inteligencji ani pomysłowości, poza tym mogła liczyć na wydatną pomoc kierownictwa CIA, które pilnie śledziło rozwój wypadków z głównej siedziby Agencji w Langley w Wirginii. Na razie szefowie radzili: traktuj al-Balawiego jak znakomitego gościa.

Szefowa bazy zrezygnowała z uczestnictwa w opracowywaniu planu zabezpieczenia wizyty, co nie spodobało się niektórym weteranom Sił Specjalnych w jednostce ochroniarzy. Bała się nie tyle o fizyczne bezpieczeństwo agenta, ile o zabezpieczenie jego tajnej tożsamości. CIA nie mogła sobie pozwolić na to, aby zobaczył go którykolwiek z dziesiątek Afgańczyków zatrudnionych w bazie, z wyjątkiem zaufanego kierowcy, który właśnie po niego jechał. Nawet strażnicy przy bramie głównej mieli na rozkaz odwrócić się plecami, by żaden nie dostrzegł twarzy al-Balawiego choćby w przelocie.

Matthews wybrała bezpieczne miejsce na spotkanie: szary betonowy budynek w części bazy służącej CIA za schron, oddzielony wysokimi murami i strzeżony przez prywatnych zakontraktowanych ochroniarzy z karabinami szturmowymi. Budynek został zaprojektowany specjalnie na spotkania z informatorami i był osłonięty z jednej strony sporą markizą, mającą dodatkowo chronić tajnych agentów przed niepożądanymi spojrzeniami, gdy wchodzili i wychodzili.

Tutaj, otoczony przez agentów CIA i pewny, że nie wykryją go szpiedzy Al-Kaidy, Jordańczyk miał zostać przeszukany na obecność broni lub urządzeń podsłuchowych oraz zlustrowany pod kątem ewentualnych oznak podstępu. Następnie miał przedstawić szczegóły swojej z gruntu nieprawdopodobnej opowieści, historii tak niesamowitej, że niewielu dałoby jej wiarę, gdyby agent nie poparł jej zaskakującym dowodem: Humam al-Balawi widział się z nieuchwytnym człowiekiem numer dwa w Al-Kaidzie - egipskim lekarzem Ajmanem az-Zawahirim, jednym ze skrzywionych mózgów odpowiedzialnych za dziesiątki akcji terrorystycznych, między innymi ataki z 11 września 2001 roku. Teraz miał doprowadzić CIA wprost pod drzwi Zawahiriego.

Po zakończeniu sprawozdania al-Balawi miał zostać przebadany przez lekarza wojskowego i wyposażony przez ekipę techniczną w sprzęt niezbędny do wykonania niebezpiecznej misji. Później wszyscy będą mogli się odprężyć, wrzucić coś na ząb, może nawet wypić drinka. A na koniec niespodzianka - tort urodzinowy.

Jordańczyk w Boże Narodzenie skończył trzydzieści dwa lata - Matthews była autentycznie zadowolona, kiedy odkryła tę ciekawostkę. Właściwie za sprawą wyjątkowej daty urodzin o mało nie dostał na imię Isa - po arabsku Jezus - lecz rodzice ostatecznie zdecydowali się na Humam, co oznacza "dzielny". Teraz ten właśnie Humam pędził do Chostu z czymś, co zapowiadało się na najwspanialszy prezent bożonarodzeniowy dla Agencji od wielu, wielu lat, gratkę tak niespodziewaną i spektakularną, że nawet powiadomiono o niej wcześniej prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Czekając na Jordańczyka, Matthews zadawała sobie niezliczone pytania. Kim był ten człowiek? Jak komuś udało się tak zbliżyć do az-Zawahiriego, jednego z najbardziej samotniczych i pilnie strzeżonych ludzi na ziemi? W sprawie al-Balawiego było tak wiele niewiadomych. Matthews miała jednak rozkazy i nie zamierzała zawieść ani cofnąć się przed ich wykonaniem.

Al-Balawi miał zostać przyjęty z honorami. W bazie CIA w ogarniętym przemocą wschodnim Afganistanie nie było świeczek urodzinowych, ale Jordańczyk dostanie swój tort. O ile w ogóle się zjawi".

Tyle tytułem wstępu. W rozdziale pierwszym autor zabiera nas do Wirginii. Cofamy się w czasie o jeden rok.

"Miejsce pobytu Osamy Bin Ladena i jego najważniejszych zauszników było od prawie trzech lat codzienną obsesją Michaela V. Haydena, pulsującą migreną, która natarczywie przypominała o sobie w dziwnych nocnych porach. Gdy jednak powoli kończył swój ostatni miesiąc na stanowisku dyrektora CIA, sen z powiek spędzał mu nie Osama, lecz niejaki Usama. Do końca pierwszego dnia nowego roku będzie musiał zdecydować, czy człowiek ów zginie czy przeżyje.

Usama al-Kini był obiektem coraz bardziej gorączkowych poszukiwań. Ten pochodzący z Kenii były piłkarz o chłopięcym wyglądzie piął się po szczeblach kariery w Al-Kaidzie - zaczynał jako kierowca ciężarówki i konstruktor bomb, a teraz awansował do rangi czołowego planisty operacji z zamiłowaniem do spektakularnych wyczynów.

Właśnie gdy opracowywał listę celów fali ataków w całej Europie Zachodniej, CIA dopisało szczęście. Pod koniec grudnia Agencja zauważyła jednego z najwyższych zastępców al-Kiniego w miasteczku w północno-zachodnim Pakistanie i śledziła go teraz na ziemi i w powietrzu, za pomocą krążących bezgłośnie w górze samolotów robotów.

Kamery rejestrowały, jak przechadzał się po bazarach, zasiadał do herbaty albo wspinał się stromą ulicą do opuszczonego budynku szkoły dla dziewcząt, gdzie czasem zostawał na noc. Agenci obserwowali go całymi godzinami, a później całymi dniami, żeby ustalić, z kim się spotykał. Gdy w pierwszych minutach 2009 w siedzibie CIA w Langley w Wirginii rozpoczynała się nocna zmiana, obserwatorzy nie mogli oprzeć się wrażeniu, że wreszcie zbliżają się do celu.

W Nowy Rok Hayden próbował cieszyć się rzadkim przywilejem wolnego dnia. Próbował zrelaksować się z rodziną i nawet poszedł na kilka meczów futbolu amerykańskiego, ale został telefonicznie wezwany z powrotem na polowanie. W swoim biurze w suterenie, pilnowanym dwadzieścia cztery godziny na dobę przez ochroniarzy i wyposażonym w bezpieczne połączenie telefoniczne z kwaterą główną, rozmyślał nad najświeższymi komunikatami z Pakistanu.

- Obserwujcie dalej - polecił. Wreszcie, kiedy nadszedł późny wieczór, a wiadomości ciągle nie było, zdecydował się skończyć na dzisiaj. Włączył telewizor i usiadł na łóżku. Transmitowano mecz Orange Bowl z Miami; Virginia Tech dawało wycisk Cincinnati. Wyciągnął się na łóżku i spróbował skupić się na meczu.

Sześćdziesięciotrzyletni Hayden bynajmniej nie wyglądał na zabójcę. Ten emerytowany czterogwiazdkowy generał służył najpierw jako zawodowy oficer wywiadu w siłach powietrznych i awansował na szefa Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, gdzie nadzorował rozległą zagraniczną sieć wywiadowczą swojego kraju. W 2006 roku został mianowany przez prezydenta George'a W. Busha trzecim dyrektorem CIA w ciągu dwóch lat, przejmując cierpiącą na spadek morale agencję szpiegowską, której potrzebny był mądry wujek, ktoś, kto wyciągnie ją z kłopotów i naprawi szkody.

Najprościej mówiąc, zadaniem Haydena było przywrócić CIA stabilność, a nawet swego rodzaju biurokratyczną monotonię, po wielokrotnych skandalach związanych z domniemanymi porwaniami oraz torturowaniem podejrzanych o terroryzm. Jednym z jego jasno określonych celów na wejściu było zrobić wszystko, żeby CIA zniknęła z pierwszych stron gazet. 'Agencja musi zniknąć z serwisów prasowych, czy to jako źródło, czy jako temat' - tłumaczył w wywiadzie dla "Th e Washington Post".

Hayden urodził się w rodzinie irlandzkich katolików w Pittsburghu i nie zerwał związków z tym miastem klasy robotniczej. W jesienne weekendy wracał do domu, żeby kibicować Steelersom albo drużynie futbolu swojej Alma Mater - Duquesne University. Lubił posługiwać się analogiami sportowymi i jako dyrektor CIA z przyjemnością gawędził w agencyjnej kawiarni z młodymi analitykami, a jego łysina i niewymuszony uśmiech sprawiały, że młodsi podwładni czuli się w jego towarzystwie raczej spokojni niż onieśmieleni.

Techniki określania i eliminowania konkretnych zagrożeń terrorystycznych w naturalny sposób przypadały głównemu zastępcy Haydena Stephenowi R. Kappesowi, legendarnemu oficerowi prowadzącemu, który w przeszłości odznaczył się jako rywal intelektualny sowieckiego KGB w Moskwie.

Teraz jednak, w trzecim roku dyrektorowania, Hayden kierował najbardziej bezlitosną, zabójczą kampanią w historii Agencji. Po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 CIA była pochłonięta tropieniem Bin Ladena oraz jego stronników, a jej głównym celem było wyłapywanie ich, osadzanie w więzieniach i poddawanie przesłuchaniom. Teraz miała inny priorytet: zabijać terrorystów i ich sojuszników wszędzie tam, gdzie się znajdą. Stworzyła krok po kroku flotę samolotów bezzałogowych zwanych predatorami, wystrzeliwujących zdalnie naprowadzane pociski.

W połowie 2008 roku, w ostatnich miesiącach urzędowania Busha, CIA rzuciła do akcji samoloty potocznie określane jako drony - zaczęła się totalna wojna z Al-Kaidą. Pociski CIA tydzień po tygodniu pustoszyły kryjówki terrorystów i ich obozy szkoleniowe, a palec na spuście trzymał Hayden.

Ta transformacja szykowała się od lat. W połowie dekady, kiedy administracja Busha wysyłała masowo żołnierzy i sprzęt do Iraku, Al-Kaida dała o sobie znać w górach północno-zachodniego Pakistanu. Zdemoralizowane grupy arabskich bojowników, którzy masowo opuścili Afganistan pod koniec 2001 roku, przegrupowały się pod komendą swoich starych przywódców: Bin Ladena i jego prawej ręki Ajmana az-Zawahiriego, a kolejne pokolenie agresywnych dowódców zastąpiło tych, którzy zostali zabici lub schwytani.

W nowych schronieniach na skalistych terenach ziemi niczyjej między dwoma krajami zaczęli po cichu otwierać na nowo obozy szkoleniowe, zbierać pieniądze i planować dalsze ataki na Stany Zjednoczone i Europę Zachodnią. W przechwyconych przez Agencję trzeszczących komunikatach była mowa o niejasnych, ale złowieszczo brzmiących misjach zwiadowczych albo próbach generalnych ataków na samoloty pasażerskie, centra handlowe, kurorty turystyczne czy hotele. Większość Amerykanów nigdy nie usłyszała o tego rodzaju groźbach.

Do 2007 roku zdolność Al-Kaidy do siania spustoszenia prawie dorównała tej z kulminacyjnego okresu przed 2002. Pod pewnymi względami zagrożenie było jeszcze większe: Al-Kaida połączyła się z pewnymi grupami ekstremistów z Pakistanu, jednocześnie dając początek nowym filiom w Afryce Północnej, Iraku oraz na Półwyspie Arabskim. Propagandyści Al-Kaidy zaprzęgli do swoich celów imponujące możliwości przekazywania kipiącej nienawiścią doktryny milionom muzułmanów za pośrednictwem stron internetowych i chatroomów.

Do północno-zachodniego Pakistanu i oddziałów regionalnych od Jemenu po Azję Południowo-Wschodnią zaczęły napływać strumienie gotówki oraz chętnych do walki. Wielu nowo przybyłych, którzy zgłosili się do udziału w dżihadzie, legitymowało się paszportami państw zachodnich i mogło dostać się do stolicy amerykańskiej i stolic europejskich niepostrzeżenie. Niektórzy mieli blond włosy i jasną karnację.

To, co widział Hayden, przyglądając się światu na początku 2008 roku, przerażało go nie na żarty. Dlatego na początku roku, podczas cotygodniowych briefi ngów w Białym Domu, zaczął przedstawiać swój punkt widzenia prezydentowi Bushowi.

'Jest to obecnie jedno z największych zagrożeń dla naszej ojczyzny' - powiedział prezydentowi podczas jednej z wizyt w Gabinecie Owalnym. Dodał, że kolejne uderzenie terrorystów podobne do tego z 11 września jest nieuniknione i że dokonają go ludzie z plemiennych regionów Pakistanu.

- Aby mu zapobiec - kontynuował Hayden - Stany Zjednoczone muszą przenieść walkę na terytorium wroga. Innymi słowy - zaatakować Al-Kaidę na jej własnym terenie, w obrębie granic Pakistanu, odcinając jej łączność, zabijając jej przywódców oraz dowódców polowych, a także pozbawiając ją kryjówek. Tylko CIA miała legitymację prawną do tego, aby dosięgnąć celów w samym sercu Pakistanu, i już teraz posiadała idealną broń w postaci predatora. Pora spuścić z uwięzi należącą do CIA flotę bezzałogowych samolotów tropicieli-zabójców - przekonywał Hayden.

Bush i jego doradcy słuchali życzliwie. Wszyscy wiedzieli, że problemem jest Pakistan. Islamabad był niezmiernie ważnym sojusznikiem USA i oficjalnie sprzeciwiał się zagranicznym atakom rakietowym na swoim terytorium, bez względu na ich cel. Pakistańscy oficjele dowodzili, że amerykańskie naloty tylko pogorszą problem terroru, radykalizując zwykłych Pakistańczyków i skłaniając jeszcze więcej z nich do przyłączenia się do ekstremistów - tę obawę podzielali zresztą niektórzy z amerykańskich ekspertów do spraw terroryzmu.

W prywatnych rozmowach pakistańscy wysocy urzędnicy wywiadu ganili Amerykanów za ich zdaniem dwie niebezpieczne obsesje: nadmierne uzależnienie od drogich nowinek technicznych oraz absurdalną fiksację na osobie Osamy Bin Ladena.

'Al-Kaida nie jest jakoś wyjątkowo silna, to wy zrobiliście z niej trzymetrowego olbrzyma - miał powiedzieć delegacji administracji Busha podczas jej wizyty w Pakistanie jeden z wyższych rangą urzędników pakistańskiego rządu. - Jak garstka przywódców Al-Kaidy może stanowić poważne zagrożenie dla największego imperium na świecie?'.

Ostatecznie przywódcy Pakistanu pozwolili na ograniczoną liczbę ataków predatorami, a Waszyngton i Islamabad miesiącami brały udział w niezręcznych targach o termin ataku. Jeśli CIA wykryła potencjalny cel, mogła pociągnąć za spust dopiero po otrzymaniu pozwolenia od obu rządów. W praktyce zdarzało się to rzadko. "Jeśli musiałeś prosić o zgodę, dostawałeś jedną z trzech odpowiedzi: "Nie", "Myślimy o tym" albo "Ojej, gdzie ten cel się nam podział?"" - wspominał były amerykański urzędnik do spraw bezpieczeństwa narodowego, który brał udział w tamtych wydarzeniach. Minął cały rok bez jednego znaczącego sukcesu w walce z Al-Kaidą na jej własnym terytorium. "Stan na rok '07 wynosi zero" - skarżył się Białemu Domowi Hayden.

Po wielomiesięcznych debatach w lipcu 2008 roku Bush zdecydował się dać CIA to, czego chciała. Doniesienia medialne określały później tę zmianę polityki jako nieformalną zgodę Pakistanu na naloty amerykańskie w odległych plemiennych rejonach znajdujących się w znacznej części poza kontrolą rządu w Islamabadzie. W rzeczywistości zmiana miała prostszy charakter: CIA przestała prosić o zgodę.

Nowa linia w polityce, przedstawiona pakistańskim oficjelom na spotkaniu w tym miesiącu, przewidywała jedynie "jednoczesne powiadomienie" w momencie ataku. Na przestrzeni kolejnych sześciu miesięcy predatory wykonały trzydzieści nalotów na cele w Pakistanie - ponad trzy razy więcej niż sumarycznie w ciągu minionych czterech lat.

Wybory prezydenckie w listopadzie 2008 roku oznaczały rychły koniec kontroli Republikanów nad Białym Domem i najprawdopodobniej także pracy Haydena na stanowisku dyrektora CIA. Jednak w ostatnich tygodniach, gdy trwało odliczanie do końca prezydentury Busha, liczba ataków predatorów gwałtownie wzrosła, dając początek wewnętrznym spekulacjom w Agencji, czy aby Hayden nie próbuje wykurzyć samego Osamy Bin Ladena z kryjówki w ramach ostatecznego rewanżu administracji Busha za 11 września. To właśnie podczas kłótni o priorytetowe cele w ostatnich dniach 2008 roku w jednej z podsłuchanych przez Agencję rozmów telefonicznych pojawiło się znajome nazwisko.

Pochodzący z Afryki Wschodniej szejk Ahmed Salim Swedan był tajnym agentem średniego szczebla w Al-Kaidzie, zamieszanym w kilka terrorystycznych zamachów bombowych. Interesował CIA przede wszystkim ze względu na to, dla kogo pracował. Był bowiem podwładnym Usamy al-Kiniego, byłego piłkarza, obecnie wysokiej rangi dowódcy Al-Kaidy w Pakistanie. Obydwaj od dwóch lat oddawali się krwawemu szaleństwu, zabijając setki ludzi w serii coraz bardziej spektakularnych ataków w pakistańskich miastach. 1 stycznia 2009 roku szykowali się do zabrania swoich metod masowego zabijania w świat.

Sam Swedan zasługiwał na to, żeby stać się celem. Kiedy wpadł w sieć inwigilacji CIA, znajdował się na listach najbardziej poszukiwanych za terroryzm zarówno przez CIA, jak i FBI, a w Nowym Jorku postawiono go w stan oskarżenia za współudział w dokonanych w 1998 roku zamachach bombowych na ambasady Stanów Zjednoczonych w Kenii i Tanzanii. Jego domniemana kryjówka pod koniec 2008 roku - opuszczona szkoła dla dziewcząt na obrzeżach wioski Karikot - także stała się obiektem żywego zainteresowania. Informatorzy CIA zidentyfikowali ten budynek jako obóz szkoleniowy dla konstruktorów bomb z Al-Kaidy.

Hayden rozważył dostępne możliwości i postanowił zaczekać. Swedan, jakkolwiek ważny, był tylko zastępcą, poza tym nigdzie się nie wybierał. Rankiem 1 stycznia znajdował się pod ciągłą obserwacją, nie tylko tajnych agentów CIA na lądzie, lecz również dwóch krążących nad wioską predatorów. Prędzej czy później będzie musiał porozumieć się z szefem, a wtedy Haydenowi dostanie się dużo cenniejszy łup.

CIA czekała na taką możliwość od przeszło dekady. Usama al-Kini był, podobnie jak jego zastępca, kojarzony z zamachami bombowymi w Afryce i za jego głowę wyznaczono pięć milionów dolarów nagrody. Szczupły i wysportowany, z mocno kręconymi włosami, al-Kini należał do świty Bin Ladena od pierwszych dni i w drodze awansu został szefem planowania operacji.

W 2007 roku był już najwyższym regionalnym dowódcą Al-Kaidy na obszar całego Pakistanu i dobrze wykonywał swoją robotę. Jego komórka terrorystyczna pomogła pakistańskim talibom zamordować byłą premier Benazir Bhutto i przeprowadziła zamachy bombowe i ataki samobójcze na posterunki policji, obozy wojskowe, sąd cywilny oraz akademię marynarki wojennej.

We wrześniu 2008 roku al-Kini dokonał czegoś znacznie ambitniejszego - potężnego zamachu z użyciem samochodu pułapki na luksusowy hotel Marriott w Islamabadzie. Wybuch zabił ponad pięćdziesięciu pracowników i gości, ranił dwustu innych i wylądował w czołówkach serwisów informacyjnych na całym świecie.

Al-Kini wdzierał się przebojem do elity Al-Kaidy, a jednocześnie odciskał na organizacji swoje osobiste piętno. Jako człowiek agresywny i charyzmatyczny, był lubiany przez młodszych członków grupy i zaczynał stanowić wyzwanie dla bardziej doświadczonych przywódców Al-Kaidy, zwłaszcza szejka Saida al-Masriego6, okrutnego Egipcjanina, który trzymał pieczę nad kiesą grupy i uważał się za najważniejszego po az-Zawahirim.

Najbardziej niepokoiło to, że al-Kini szykował się do umiędzynarodowienia swojej działalności i wyprawiał niektórych ze swoich najzdolniejszych praktykantów do Europy Zachodniej. Wysocy urzędnicy CIA doszli do wniosku, że Kenijczyk próbował stworzyć podwaliny pod sieć komórek terrorystycznych w całej Europie - sieć, która mogłaby rozpocząć planowanie ataków na większe hotele i inne charakterystyczne miejsca. Właśnie ta groźba ciążyła Mike'owi Haydenowi najbardziej, kiedy 1 stycznia czekał na wieści z północno-zachodniego Pakistanu.

Dyrektor CIA nie zdążył jeszcze zasnąć, kiedy o 22.30 zadzwoniono do niego z najświeższymi wiadomościami z polowania. Zwlókł się z łóżka i poszedł ciężkim krokiem do swojego biura w suterenie, żeby skorzystać z szyfrowanego połączenia. W Pakistanie było już po wschodzie słońca i jeden z predatorów CIA krążył w pobliżu, kiedy Swedan wyszedł ze swojej kryjówki w opuszczonej szkole, żeby udać się na poranne spotkanie. Obserwowany przez CIA, spotkał się z kimś, kogo najwyraźniej znał, i obaj przeszli z powrotem do szkoły dla dziewcząt. Twarzy drugiego mężczyzny nie było widać, ale pod każdym względem pasował on do opisu przywódcy terrorystów poszukiwanego przez CIA.

Oficer dyżurny w Centrum Antyterrorystycznym ocenił sytuację i zadzwonił do Haydena z pytaniem o zgodę.

- Możemy uderzać?

Hayden miał standardowy zestaw pytań w tego typu sytuacjach i skorzystał z niego.

- Jak długo obserwujecie to miejsce? Co o nim wiecie i ile razy się mu przyglądaliście? Czy kiedykolwiek widzieliście w tym kompleksie kobiety i dzieci?

Główny predator, który śledził obu mężczyzn z punktu obserwacyjnego osiemset metrów nad wsią, już namierzył budynek szkoły za pomocą systemu śledzenia wizyjnego i czekał na dalsze instrukcje. Ta dziwnie wyglądająca maszyna o wąskim kadłubie i rozpiętości skrzydeł równej długości alejki do kręgli zataczała leniwe koła nad miejscowością, poruszając się z prędkością niewiele większą od ruchu ulicznego. Z pełnym zbiornikiem i standardowym zestawem pocisków mógł jeszcze krążyć w powietrzu bez przerwy przez czternaście godzin. Jednak po subtelnej zmianie wysokości tonu silnika zatoczył szerszy łuk, żeby zrównać kadłub z budynkiem w dole.

W Langley na dwóch płaskoekranowych telewizorach w centrum dowodzenia pojawił się transmitowany na żywo przekaz wideo, a tymczasem dwaj operatorzy samolotu przebywający w innym budynku korygowali nieznacznie ruchy maszyny za pomocą joysticków i kliknięć myszką.

Hayden zastanowił się chwilę. Swedan znajdował się w budynku; to pewne. Jego towarzysz to bez wątpienia jego wspólnik, bardzo możliwe, że nawet sam al-Kini. Budynek był znanym obiektem szkoleniowym Al-Kaidy, prawdopodobnie mieścił materiały wybuchowe i był położony wystarczająco daleko od wsi, aby można było mieć pewność, że nikomu innemu nie stanie się krzywda. Trzy rzeczy za cenę jednej, pomyślał Hayden.

Jeden albo dwa pociski rakietowe Hellfire na wyposażeniu predatora zapewne by wystarczyły, ale Hayden chciał być stuprocentowo pewny. Użyjcie GBU - polecił. Po otrzymaniu rozkazu operatorzy predatora zignorowali ponadsześciokilogramowe pociski Hellfire i uruchomili znacznie większą broń ukrytą w komorze uzbrojenia, dwustudwudziestopięciokilogramową, naprowadzaną laserowo bombę GBU-12 Paveway.

Oficer odpowiedzialny za broń sprawdził system naprowadzania, wprowadził jedną, ostatnią poprawkę i nacisnął guzik. Odliczał, a pocisk spadał w kierunku miasteczka z prędkością nieco większą od dźwięku. Trzy, dwa, jeden... - odliczał operator - "Cel!".Budynek na czarno-białym ekranie wybuchł ogromną kulą ognia.

Dron krążył w górze godzinami, rejestrując wydobywanie z gruzów dwóch zmasakrowanych ciał. Miejscowy urzędnik talibów potwierdził śmierć dwóch mężczyzn, których określił jako zagranicznych bojowników oraz "bliskich przyjaciół". Operatorzy drona zdążyli już skończyć swoją zmianę, wsiąść do samochodów i wyruszyć w drogę do domów. Dojazd, z powodu święta, był dzisiaj przyjemnie łatwy jak na waszyngtońskie warunki.

Hayden usiał na łóżku, żeby obejrzeć ostatnie minuty meczu futbolu, po czym zapadł w głęboki sen. Nazajutrz rano podsłuchana rozmowa telefoniczna w Pakistanie potwierdziła śmierć Usamy al-Kiniego, ostatniego ważnego przywódcy Al-Kaidy zabitego z rozkazu administracji Busha.

Miejsce pobytu Osamy pozostawało nieznane".

Dowiedz się więcej na temat: "Fakt" | Afganistan

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje