Prawdziwa historia dziewczyny, która nie chciała być medium

Sobota, 27 kwietnia 2013 (22:03)

​"Mama przez długi czas trwania małżeństwa nie mogła zajść w ciążę, dlatego obydwoje rodzice leczyli się wszelkimi sposobami - także tymi 'szamańskimi', jak mi o tym powtórzono. Decydujący w tym przypadku wydawał się być zabieg akupunktury, wykonany przez Chinkę, absolwentkę tamtejszego uniwersytetu medycyny ludowej" - czytamy w książce Rose Mary i ks. Aleksandra Posackiego "Nie krocz za mną". To "prawdziwa historia dziewczyny, która nie chciała być medium"...

Zdjęcie

. /©123RF/PICSEL
.
/©123RF/PICSEL

Prezentujemy fragmenty książki, która jest pierwszym, obszernym świadectwem osoby poddawanej egzorcyzmom.

Reklama

* * *

Chinka leczyła mamę na problemy ze strunami głosowymi i podczas jednej ze swoich czynności powiedziała, że istnieje taki punkt, który może uruchomić i który po chińsku nazywa się: "chcę mieć dziecko". Mama nie wierzyła już w skuteczność żadnego leczenia, ale zgodziła się na te nakłucia. I rzeczywiście, zaszła w ciążę, co zostało potem włączone do arsenału ojca w argumentacji o bezsilności oficjalnej medycyny w pewnych przypadkach.

Niewątpliwie mojemu urodzeniu się towarzyszyło dziwne wydarzenie. Kiedy mama była w siódmym miesiącu ciąży, bez zapowiedzi odwiedził nas w domu mało znajomy człowiek, który po chwili rozmowy wyjaśnił, że podstępem zdobył od kogoś nasz adres, ponieważ miał jakiś sen dotyczący mojej mamy. Opowiedział go z kolei swojej matce i ta poradziła mu, aby szybko odnalazł moją mamę i sprawdził, co się dzieje, bo jeśli kobieta ciężarna śni się w ten sposób, to może jej coś zagrażać. Mama podziękowała mu za wzruszającą postawę i zapewniła, że czuje się dobrze. Człowiek ten miał już wychodzić, kiedy zorientowała się, że na podłodze jest krew i zaczyna się z nią dziać coś bardzo niedobrego. Wezwał on pogotowie (nie było wówczas w domu telefonu i trzeba było iść daleko do budki), więc można powiedzieć, że ta dziwna wizyta uratowała nam życie. (Chrześcijanin interpretowałby to wydarzenie następująco: to mój Anioł Stróż przysłał tego człowieka, Pan Bóg swoimi planami to sprawił, jest to przejaw opieki Boga nad nami i On, który jest dawcą życia, zechciał to okazać bezpośrednio.)

Środowisko "szamanów", które bywało w naszym domu, nadało zdarzeniu wszakże swoją interpretację. Miało być ono dowodem na międzywcieleniowe zależności karmiczne między duszami, a ja miałam być osobą szczególną, która otrzymała dar życia od osób, z którymi w poprzednich wcieleniach pozostawałam w mocnej relacji i sama kiedyś będę zobowiązana jakoś odwdzięczać się ludzkości. Mama generalnie nie kolegowała się zbytnio ze znajomymi ojca i w jej mniemaniu pozostawała neutralna względem tego, co oni robili, na przykład nie zmieniając diety jak zalecali. Niemniej tę historię, wraz z jej orientalną interpretacją, słyszałam od niej wielokrotnie, jako  "ciekawą", mówioną przez "tych, którzy się znali". Jako niemowlę dostawałam też od tych ludzi różnego rodzaju prezenty, które w trakcie wyzwolenia i w miarę ich odnajdywania starałam się wszystkie zniszczyć. Były to na przykład odręcznie malowane portrety jakichś Hindusów, mające chronić przed "złym okiem", koraliki, których jakość i kolejność wyznaczał jasnowidzący Tybetańczyk, astrologiczne wykresy a także kasety magnetofonowe z komponowaną dla mnie hipnozą służące do mojego usypiania.

Zdjęcie

Okładka książki /INTERIA.PL
Okładka książki
/INTERIA.PL

"Szamani" nie podobali się mamie jeszcze z tego względu, że zbyt mocno interesowali się moją osobą. Niektóre ich spostrzeżenia uważała jednak za całkiem sympatyczne, na przykład gdy twierdzili, że jestem kimś wyjątkowym i że miałam przed tym życiem wiele wcieleń, a wśród nich same najlepsze, książęce. Która matka nie lubi, jak jej dziecko chwalą, niezależnie z jakiego powodu? Jeżeli ludzie uważają je za wyjątkowe, a jej kochające serce to potwierdza, wtedy ona uważa to za słuszne. Mama poniekąd się z tego podśmiewała, ale później mi wszystko powtórzyła. Nie podobało jej się natomiast, kiedy usiłowali na mnie wpływać, mówiąc na przykład: "Nie jedz mięska, nawet jak ci mama zrobi kotlecik, bo zwierzątka mają dusze, one są naszymi braćmi z poprzednich wcieleń. Taka świnka, z której jest szyneczka, być może kiedyś urodzi się jakiejś mamusi jako dziewczynka taka jak ty". Tego typu rady były już ingerencją w moje wychowanie. Było to po prostu niepedagogiczne, bo jeśli matka coś daje dziecku, to ono powinno jeść, autorytet nie powinien być podważany. Czy mama wierzyła w to, że nie ma reinkarnacji? Nie pamiętam, żeby się na ten temat wypowiadała; może i jakoś trzymała stronę katolicyzmu, ale z mojego punktu widzenia to brzmiało tak, że nie było wyraźnego podziału na prawdę i nieprawdę.

Ojciec miał dziką pasję do eksperymentowania medycznego wbrew oczywistemu niebezpieczeństwu. Testował ciągle na sobie, pogarszając stan swojej i tak już biednej wątroby. Nas również uważał za obiekty doświadczalne. Podobno pewnego razu, podczas mamy nieuwagi, posmarował powieki moich oczu wysokoprocentową nalewką na jakichś ziołach, gdyż rzekomo miało to zapobiegać tworzeniu się żyłek na powiekach. On sam miał problemy z żylakami i chciał mnie wówczas wyleczyć, czy też raczej wypróbować coś własnej roboty na kimś - ja byłam najbliżej. Mama zadzwoniła wtedy do znajomej lekarki a ta kazała przekazać ojcu, żeby "sam sobie coś delikatnego posmarował, a nie eksperymentował na dziecku". Ustaliły, że ojciec "medycznie oszalał" i trzeba mnie przed nim chronić, "bo nie wiadomo, co mu jeszcze do łba strzeli". Napięcie w rodzinie zdecydowanie narastało.    

Nasze wspomnienia sprzed piątego roku życia przeważnie nie są wyraźne - to raczej pojedyncze obrazy, rzadziej sceny, niemniej to zdarzenie pamiętam na pewno, gdyż wiązało się z silnymi wrażeniami: ojciec z którymś z kolegów biegali za mną po pokoju zaopatrzeni w namalowane przez siebie na papierze kolorowe koła, których ja miałam dotykać rączkami. Na szczęście nie byłam chętna, aby to robić, gdyż odciągali mnie od jakiegoś ciekawszego zajęcia. Dlatego uciekałam przed nimi, głośno przy tym piszcząc, co z kolei usłyszała mama i zrobiła straszną awanturę (moi rodzice raczej się nie kłócili, jednak przy tej okazji było to na serio). Ojciec z kolegą tłumaczyli się, że chcieli zrobić "ciekawy eksperyment", bo słyszeli o jakiejś dziewczynce, która miała zdolności medialne i dotykiem potrafiła odróżniać kolory. Twierdzili, że wszystkie dzieci mają "otwartą świadomość", a skoro w rodzinie mamy przejawiały się te zdolności w poprzednich pokoleniach, to ja również będę je miała, jeżeli tylko wcześnie zostaną one uruchomione. "Zatem oni się o to starają i jeśli się im uda, to w przyszłości będę dużym dorosłym medium". Ich zdaniem bycie medium miało być czymś bardzo dobrym. Każdy z nich pragnął widzieć aurę ludzką a także posiadać inne specjalne zdolności - medytowali w tym celu, ale nic nie osiągali. Mama tłumaczyła im krzykiem, że właśnie dlatego, iż te zdolności mogą być uruchomione, nie można tego z dzieckiem robić. Zabroniła się do mnie w tym celu zbliżać argumentując (co akurat było rozsądne), że nie wolno tego ruszać, "bo nie wiadomo, jakie siły za tym stoją".

Obowiązkowym atrybutem "otwartego na nowe doświadczenia" inżyniera z późnego PRL-u było wahadełko. Każdy miał własne, niektórzy inżynierowie sami je projektowali wytwarzali; różdżek, wahadeł i odpromienników dotyczyła ich oficjalna literatura. Mieli przy tym również swoją "komisję weryfikacyjną" złożoną także z inżynierów, i to działającą nie byle gdzie, bo w Pałacu Kultury i Nauki. Szukali głównie wody pod ziemią, jednak prywatnie pytali też o przyszłość, płeć nienarodzonych dzieci, stan dusz zmarłych.

Zdjęcie

. /INTERIA.PL
.
/INTERIA.PL

Regulamin konkursu

Artykuł pochodzi z kategorii: Tylko u nas

Więcej na temat:Opętanie | konkurs