Prof. Stanisław Bieleń: Żeby Polska nie przegapiła szansy na dialog z Rosją

Czy Rosja jest wrogiem Zachodu i odpowiada za "całe zło" na Ukrainie? Na czym polegają największe bolączki i zaniechania w stosunkach polsko-rosyjskich? Czy Polacy powinni się bać dalszych kroków Moskwy? Na te i wiele innych pytań w długiej rozmowie z Interią odpowiada profesor Stanisław Bieleń, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Dariusz Jaroń, Interia: Śledząc narrację prowadzoną przez niektórych polityków i ekspertów można odnieść wrażenie, że Rosja jest najpoważniejszym wrogiem Zachodu. Czy tak jest w istocie?

Reklama

Prof. Stanisław Bieleń: - Współczesny świat jest zbudowany na zasadzie współzależności. Z tego powodu nawet w okresie konfrontacji zimnowojennej nawoływano do "pokojowego współistnienia", co uratowało Wschód i Zachód przed eskalacją wrogości. Amerykanie utrzymywali swoich dyplomatów w Moskwie od czasu nawiązania stosunków dyplomatycznych z ZSRR w 1933 r., choć z polityką Stalina się nie godzili. Gdy jednak światu zagroziły faszystowskie Niemcy, Stany Zjednoczone stworzyły wraz z ZSRR Wielką Koalicję Antyfaszystowską, bez której trudno byłoby sobie wyobrazić pokojowy porządek międzynarodowy ostatnich kilkudziesięciu lat.

- USA i ZSRR - mimo wzajemnej nieufności, nigdy nie przestawały ze sobą rozmawiać, a to świadczy o tym, że były bardziej gotowe do kompromisu politycznego niż do wypowiedzenia sobie wojny. Tak działo się  w czasach, gdy strony respektowały swoje interesy i  swój stan posiadania, mimo że były wrogami ideologicznymi.

Jak te relacje przedstawiają się współcześnie?

- Obecnie mamy do czynienia z fazą kryzysową w stosunkach międzynarodowych. Obydwa mocarstwa są skłócone, mimo że więcej jest między nimi ideologicznych podobieństw niż różnic. Na naszych oczach następuje "przemeblowanie" sceny mocarstwowej i dynamiczna zmiana stosunku sił. Dominacja Zachodu, zwłaszcza Europy i Stanów Zjednoczonych, ulega erozji, zaś nowe potęgi, przede wszystkim Chiny, Indie, Brazylia i Rosja upominają się o swój udział w zarządzaniu sprawami światowymi. Wyłania się globalny kapitalizm wielobiegunowy, bez naczelnego hegemona. Stany Zjednoczone choć ciągle są hiperpotęgą, znajdują się w odwrocie. Zapewne to jest przyczyną ich ofensywy ideologicznej i ekonomicznej przeciwko Rosji.

Przyklejona Rosji "łatka" przeciwnika Zachodu ma swoje korzenie w okresie "zimnej wojny"?

- Etykieta wroga przyklejana Rosji przez Zachód ma nie tylko rodowód zimnowojenny. Chodzi także i o to, że już po zakończeniu "zimnej wojny" Rosja wytykała NATO i Stanom Zjednoczonym naruszanie prawa w stosunkach międzynarodowych (interwencje zbrojne bez autoryzacji Rady Bezpieczeństwa ONZ przeciw Jugosławii w 1999 r. i w Iraku w 2003 r., proklamowanie niepodległości Kosowa w 2008 r. z naruszeniem integralności terytorialnej Serbii, traktowanie tego tworu geopolitycznego jako największej bazy amerykańskiej w Europie i miejsca przerzutu broni). Opowiadając się wtedy za przestrzeganiem prawa międzynarodowego Rosja sytuowała się w innym systemie wartości niż Zachód. Gdy była słaba, na nikim nie robiło to wrażenia. Gdy jednak pod rządami Władimira Putina okrzepła, okazało się, że odmienne spojrzenie na ład międzynarodowy może skutkować też odmiennym traktowaniem tegoż prawa.

- Aneksja Krymu w 2014 r. pokazuje siłę normatywną faktów dokonanych, a także powrót do rewizjonizmu prawnego, który skutkuje rewizjonizmem geopolitycznym. Te zagadnienia wymagają od liderów Zachodu i Rosji zastanowienia się nad granicami wzajemnego "nakręcania się" przeciwko sobie. Coraz więcej obserwatorów przyznaje, że Zachód świadomie sprowokował Rosję poprzez podsycanie napięcia na Ukrainie, a Rosja skwapliwie wykorzystała sytuację, dokonując rekonkwisty Krymu, który uważała zawsze za rosyjski. Obiektywizm nakazuje zastanowienie się nad źródłami istniejącego zamętu po każdej ze stron. Jeśli awanturnictwo wojenne przypisuje się tylko jednej z nich, to istnieją obawy, że druga strona, która sama nie jest bez winy, ma nieczyste intencje.

Czy Polska powinna bać się dalszych kroków Moskwy?

- Teza polskich polityków i generałów, odpowiedzialnych za strategię bezpieczeństwa, że "wróg stoi u bram" i trzeba szykować się do wojny nie wynika z analizy rzeczywistej sytuacji strategicznej, lecz z obsesji antyrosyjskiej i fatalnego w skutkach zaangażowania się w sprawy wewnętrzne Ukrainy. Krakowski mędrzec Bronisław Łagowski niedawno nazwał obawy przed rosyjską agresją myśleniem w kategoriach psychologicznej patologii. Nie uwzględnia się bowiem żadnych obiektywnych przesłanek, nie dba o myślenie logiczne i oparte na rzeczowych argumentach, nie analizuje się tego, co ma do powiedzenia sama Rosja. Uproszczone i jednostronne interpretacje brzmią jak kategoryczne osądy, z których przebija moralna arogancja i brak zrozumienia drugiej strony. Zdaniem wielu komentatorów, wystarczy nazwać politykę Rosji imperialną, by znaleźć wytłumaczenie wszystkich jej zachowań międzynarodowych i usprawiedliwienie dla swoich maniakalnych obsesji.

- Ostatnie miesiące pokazały, że polska polityka wobec Rosji jest całkowicie uzależniona od polityki euroatlantyckiej. Jednocześnie histeria i emocjonalność polskiej dyplomacji w ocenie zjawisk zachodzących na Wschodzie pozbawiły Polskę wiarygodności jako potencjalnego mediatora w konflikcie ukraińsko-rosyjskim. Najbardziej bolesne dla polskich polityków okazało się to, że także strona ukraińska nie widzi możliwości skorzystania z dobrych usług Polaków przy szukaniu rozwiązań pokojowych. Jest to lekcja pokory, z której należy wyciągnąć wnioski, a nie udawać, że nic się nie stało.

- Nie od dziś wiadomo, że mediator musi być stonowany i zdystansowany wobec stron i przedmiotu konfliktu. Radykalne zaangażowanie Polski na rzecz Ukrainy pozbawia ją szans udziału w jakichkolwiek rozwiązaniach dyplomatycznych. Z kolei nawoływanie do rozprawienia się z Rosją przy użyciu siły (wspólnym wysiłkiem NATO i Unii Europejskiej) u wielu sojuszników, choćby w najbliższym sąsiedztwie, wywołuje konfuzję.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje