Richard Preston: Ebola jest jak katastrofa naturalna

Jesienią 1989 roku w położonym zaledwie 16 km na zachód od Waszyngtonu mieście Reston armia Stanów Zjednoczonych przeprowadziła niezwykle skomplikowaną i niebezpieczną operację. Wojskowi specjaliści zatrzymali epidemię wirusa ebola, który zdziesiątkował zwierzęta w tamtejszej małpiarni.

- Akcja pierwotnie miała mieć nadaną klauzulę tajności, ale ktoś w wojsku zapomniał odbić pieczęć "tajne" na aktach sprawy - przyznaje w rozmowie z Interią Richard Preston, autor "Strefy skażenia", bestsellerowej książki o operacji w Reston i początkach badań nad wirusem ebola, która przed paroma tygodniami - nakładem Wydawnictwa SQN - ukazała się na polskim rynku.

Reklama

Amerykański dziennikarz, ceniony autor z pogranicza literatury grozy i non-fiction, od lat pisze o śmiercionośnych wirusach. Podróż do źródeł eboli zaprowadziła go nawet do położonej na granicy Ugandy i Kenii groty Kitum, uważanej za matecznik wirusów marburg i ebola.

Dariusz Jaroń, Interia: Co pan czuł wchodząc do groty, wiedząc, co kryją jej wnętrza?

Richard Preston: - Byłem przerażony. Pojechałem tam po wywiad z wirusem marburg, bliskim kuzynem eboli. To był czarny charakter mojej powieści: forma życia, która nie jest człowiekiem. Złowroga, potężna i tajemnicza. Chciałem - w cudzysłowie - porozmawiać z bohaterem, który nie ma głosu i jest niewidzialny. Potwora można dostrzec dopiero, kiedy wywoła spustoszenie w ludzkim organizmie. Byłem zdenerwowany, bałem się, że role się odwrócą i to wirus marburg zechce przeprowadzić wywiad ze mną.

Podobnie musieli czuć się wojskowi, biorący udział w operacji w Reston, którą pan ze szczegółami opisał. Armia USA nie zamierzała utajnić tej misji?

- Akcja pierwotnie miała mieć nadaną klauzulę tajności, ale ktoś w wojsku zapomniał odbić pieczęć "tajne" na aktach sprawy. Kiedy usłyszałem o operacji w małpiarni i zacząłem stawiać pytania, wojskowi ze zdumieniem odkryli, że informacje, które chcę uzyskać, nie są tajne. Z tego powodu miałem prawo dowiedzieć się wszystkiego na temat operacji w Reston.

Chętnie odpowiadali na pańskie pytania?

- Spędziliśmy razem wiele godzin, z czasem nawiązaliśmy dobre relacje. Wojskowi zrozumieli, że - biorąc udział w akcji - podjęli heroiczną i prawidłową decyzję. Tak naprawdę cieszyli się, że akta sprawy nie zostały utajnione. Mogli opowiedzieć swoją historię, która w razie utajnienia operacji nie zostałaby ujawniona. Rozmawiałem z młodą szeregową. Kiedy po raz pierwszy ubrała kombinezon ochronny i weszła do małpiarni, była przekonana, że umrze. Bała się, że armia przemilczy jej śmierć, a rodzina i bliscy nigdy nie dowiedzą się prawdy.

Jak zareagowali mieszkańcy przedmieść Waszyngtonu, kiedy dowiedzieli się, że w ich okolicy grasował niebezpieczny wirus?

- Kiedy opublikowałem artykuł na łamach "New Yorkera", który następnie rozwinąłem w książce, wydarzenia w Reston były już historią. Nie było najmniejszego zagrożenia, że wirus ebola wciąż zagraża mieszkańcom, dlatego nie było mowy o panice. Bardzo obawiano się jednak budynku dawnej małpiarni. Przez kilka lat budynek stał opuszczony, nie było chętnych na wynajem ani zakup nieruchomości. W końcu znalazł się inwestor. Chciał otworzyć kręgielnię "Ebola Reston", ale szybko zreflektował się, że absolutnie nikt nie skusi się na grę w tym miejscu. W końcu budynek wyburzono.

Czy jest ryzyko, że pojedyncze cząsteczki wirusa przetrwały w Reston?

- Nie ma na to szans. Wirus poza organizmem gospodarza żyje nie dłużej niż dwa dni. Może przetrwać tylko w wilgotnym środowisku i w ciemności. Promienie słoneczne zabijają wirus ebola bardzo szybko.

Porównuje pan ebolę do tsunami czy trzęsienia ziemi. Katastrof naturalnych nie da się okiełznać. Wirusa również?

- Byłem niedawno w Sierra Leone w szpitalu, gdzie leczono setki pacjentów chorujących na ebolę. Kiedy przyjechałem, epidemia już wygasała, zakażeń było mniej, ale mogłem zaobserwować wpływ wirusa na Afrykę Zachodnią. To, co zobaczyłem, wyglądało jak teren dotknięty katastrofą naturalną - jakby po Sierra Leone dopiero co przeszło tsunami. Ebola pochłonęła tysiące ofiar, zakorzeniła w ludziach strach. Wywołała spustoszenie w życiu gospodarczym i osobistym.

Tragedia dotknęła wiele rodzin. Czytałem relacje ocalonych, którzy potracili bliskich, niekiedy z wieloosobowej rodziny została przy życiu garstka...

- Niezwykle niebezpieczne w eboli jest to, jak łatwo przenosi się z jednej ofiary na kolejną. Żeruje na trosce, miłości najbliższych, oddanej opiece nad chorym. To dlatego tak boleśnie dotyka całe rodziny. Ludzie w Afryce Zachodniej opiekowali się ukochanymi, którzy zachorowali, i wkrótce sami byli zakażani i umierali. Widziałem dzieci, które potraciły wszystkich najbliższych członków rodziny. Ich rodzice nie żyją, bracia i siostry nie żyją. Maluchy zostały same na świecie.

-  Wirus co jakiś czas przenosi się na człowieka ze swojego naturalnego gospodarza. Nie wiemy dokładnie, co to za gatunek, nie wiemy, kiedy pierwsza osoba jest zakażana. Wszystkie dotychczasowe epidemie eboli, a było ich 25, zawsze zaczynają się tak samo: od zaledwie jednego zakażonego człowieka. Wirus jest niezwykle zakaźny. Pojedyncza cząsteczka eboli może spowodować śmiertelną infekcję. Obecna epidemia pochłonęła ponad 10 tys. ofiar, a zaczęła się od jednej cząsteczki wirusa.

Statystyki z ostatnich tygodni napawają umiarkowanym optymizmem. Można mówić o początku końca epidemii?

- To prawda, liczba nowych przypadków spada, ale w głowie mam słowa jednego z naukowców zajmujących się wirusem. Powiedział, że epidemia eboli jest jak pokaz sztucznych ogni. Wydaje ci się, że wystrzelono wszystkie fajerwerki, ale za chwile pojawiają się kolejne wybuchy. Najgorsze jest to, że jeden nosiciel wirusa może zakazić wiele osób. Wydaje się, że epidemia została powstrzymana w Liberii, ale ebola wciąż krąży po Sierra Leone i Gwinei. Znalezienie wszystkich zakażonych osób, a tym samym powstrzymanie wirusa, będzie bardzo trudne.

Co decyduje o tym, że niektórzy zakażeni wirusem wracają do zdrowia, chociaż nie ma skutecznego lekarstwa na ebolę?

- To bardzo dobre pytanie. Na pewno pomaga młody wiek. Z wiekiem śmiertelność gwałtownie wzrasta. Pacjenci 60-letni i starsi mają tylko 5 proc. szans na przeżycie. Najczęściej walkę z wirusem wygrywają młode, zdrowe, silne osoby. Każdy z nas także minimalnie różni się pod względem genetycznym. Niektóre różnice dotyczą układu odpornościowego, zgaduję, że niektórzy ludzie mają naturalnie większą odporność na działanie wirusa niż inni. Ebola to niezwykle zaawansowana maszyna, chociaż pojedyncza cząsteczka wirusa składa się z zaledwie sześciu białek. Potrafią zniszczyć całkowicie system odpornościowy człowieka w 7-10 dni. Dla porównania: wirus HIV potrzebuje na to 10 lat.

Jak zaawansowane są prace nad skutecznym leczeniem pacjentów zakażonych ebolą?

- Medycyna jest blisko dwóch rozwiązań, bardzo obiecujących. Jednym z nich są szczepionki, które mają zatrzymać chorobę nawet u osób zakażonych wirusem. Osoba znajdująca się we wstępnej fazie choroby mogłaby zostać wyleczona po otrzymaniu zastrzyku. Tak działa np. szczepionka przeciwko wściekliźnie. Drugim rozwiązaniem jest ZMapp - lekarstwo eksperymentalne, przygotowywane przez naukowców z Kanady i USA. Wykorzystuje trzy rodzaje przeciwciał: białka wytwarzane w naturalny sposób przez układ odpornościowy człowieka. Po wstrzyknięciu do układu krwionośnego, "koktajl" przeciwciał otacza cząsteczki eboli, a następnie niszczy je. Atakuje też komórki zakażone wirusem, zatrzymując jego amplifikację. 

Jakiej pomocy w walce z ebolą wciąż potrzebuje Afryka Zachodnia?

- Przede wszystkim stojącej na wysokim poziomie opieki epidemiologicznej. Osoby zakażone wirusem muszą zostać zidentyfikowane i odizolowane od reszty społeczeństwa, dzięki czemu wirus nie będzie się rozprzestrzeniał. Istnieje ogromne zagrożenie, że wirus ebola może na stałe zadomowić się wśród mieszkańców Afryki. Ponadto kraje zamożne powinny pomóc biedniejszym w utworzeniu powszechnie dostępnej opieki zdrowotnej, który pozwalałby na szybkie wykrycie wybuchu kolejnej epidemii. W innym wypadku historia będzie się powtarzać, a czarny scenariusz zakłada, że wirus przedostanie się do wielkich miast pokroju Lagos czy Dhaki. Wielomilionowe miasta pozbawione dobrej opieki medycznej to tykająca bomba wirusologiczna.

W krajach rozwiniętych powszechne jest przekonanie, że ebola to problem Afryki, nas nie dotyczy...

- Musimy zrozumieć, że wirusy nie klasyfikują ludzi na bogatych i biednych. Nie patrzą na kolor skóry i pozycję społeczną. Dla wirusa, zwłaszcza tak niebezpiecznego jak ebola, każdy człowiek to nic więcej tylko porcja mięsa do przemielenia.

Widzimy dramatyczne skutki epidemii w Afryce Zachodniej. Jakie straty ebola mogłaby wyrządzić w Europie lub Stanach Zjednoczonych?

- Nie ma wielkiego zagrożenia dla krajów rozwiniętych, przynajmniej dopóki wirus nie przejdzie gwałtownej mutacji, zmieniając nagle swoje właściwości, czego niestety nie jesteśmy w stanie wykluczyć. Czy epidemia zagraża Europie? Weźmy Polskę. Macie naprawdę bardzo dobrą medycynę, co potwierdzają międzynarodowe rankingi, a polscy specjaliści są cenieni w świecie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że szpitale w Polsce poradziłyby sobie z ebolą i powstrzymały ewentualną epidemię, o ile udałoby się zidentyfikować wszystkie zakażone osoby.

Całkowicie przed wirusem kraje rozwinięte jednak nie uciekną.

-  Oczywiście. Zakażenia będą się pojawiać, bo ebola występuje i będzie występować na świecie, a ludzie ciągle się przemieszczają, latają z kontynentu na kontynent. Będą przypadki zakażeń w Krakowie, Paryżu, Chicago czy Singapurze, ale w obecnie formie ebola nie będzie poważnym zagrożeniem dla populacji krajów rozwiniętych. W biedzie wirus rozprzestrzenia się błyskawicznie, na Zachodzie miałby z tym ogromne problemy.

Zobacz konto autora na Twitterze

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje