Rosja straci gigantyczne tereny na wschodzie?

Coraz to kolejny obserwator wróży, że Syberia i rosyjski Daleki Wschód już niedługo odpadną od Rosji. I Rosja, faktycznie, może przegrać te regiony. Ale nie dlatego, że zaleją je hordy Chińczyków czy amerykańskie dolary, tylko raczej z powodu własnego nieogarnięcia.

Mit oderwania się Dalekiego Wschodu i Syberii od Rosji znany jest już od dawna, a ostatnio coraz częściej omawia się go w mediach. Nawet "Weekly World News" poinformował ostatnio z wielką pompą, że Syberia już niedługo oderwie się od Rosji i stanie częścią Stanów Zjednoczonych. "WWN", co prawda, to bardzo znany w Stanach tytuł, który informuje o takich hitach, jak pojmanie Lucyfera w Iraku czy poparcie udzielane Obamie przez kosmitów, ale informacja o syberyjskim separatyzmie nie jest do końca wyssana z palca.

Stany Zjednoczone Syberii

Reklama

Notabene, projekt Stanów Zjednoczonych Syberii naprawdę kiedyś zaistniał. I wiele mieli z nim wspólnego Polacy.

Pomysł oderwania wschodniej części kraju od Moskwy nie jest nowy. W latach sześćdziesiątych XIX wieku Polacy powstańcy styczniowi zesłani na Sybir, wspomagani przez lokalnych niepodległościowców nazywających się "syberyjskimi patriotami" planowali przeprowadzić na Syberii rewolucję. W jej wyniku Syberia i rosyjski Daleki Wschód miały wybić się na niepodległość i stać czymś w rodzaju syberyjskich Stanów Zjednoczonych, z którymi, zresztą, Waszyngton miał blisko współpracować.

Stany Zjednoczone Syberii, według "ojców sybirskiej niepodległości", miały się stać czymś dokładnie przeciwnym niż to, czym Syberia była w carskim państwie: ojczyzną wolności. Carskie władze położyły mrzonkom kres w 1865 roku. Bardzo możliwe, że położywszy rzeczony kres, stanęły przed poważnym problemem - gdzie by tu zesłać tych syberyjskich separatystów? Bo raczej nie na Syberię...

Wyroki na sybiraków nie zakończyły jednak antymoskiewskiego ruchu. Już w XIX wieku powszechna była opinia, że Rosja eksploatuje Syberię i Daleki Wschód w kolonialny sposób. W czasie wojny domowej białych z bolszewikami na wschodzie Rosji istniały efemeryczne niepodległe państwa: Republika Syberyjska, Republika Dalekiego Wschodu i Kraj Przyamurski.

Kto nie daje, a odbiera...

Rosja sama sobie grabi. Poczucie syberyjskiej odrębności regionalnej jest w regionie spore, ale niekoniecznie musiałoby się ono przekładać na separatyzm. Tyle, że Syberia czuje się eskploatowana. Jej mieszkańcy siedzą na surowcach, a rzadko widzą z tego choć kopiejkę. To właśnie na Syberii znajduje się zdecydowana większość rosyjskiego gazu, za pomocą którego Moskwa próbuje rozstawiać po kątach swoich europejskich sąsiadów. To tu jest zdecydowana większość węgla, ropy i aluminium. Większość pieniędzy z tych surowców znika w Moskwie jak w czarnej dziurze.

Do Rosji - bo coraz więcej mieszkańców mówi po prostu o "Rosji", gdy mają na myśli tereny położone na zachód od Uralu - jest daleko. Samoloty są drogie, w dodatku całkiem często spadają, m.in. dlatego, że poradzieckiemu sprzętowi masowo kończą się właśnie terminy przydatności do użytku. Jazda pociągiem? Ciągnie się wiekami. O wyprawie do Moskwy samochodem, szczególnie zimą, lepiej nie mówić. Zresztą - nie bardzo jest po co. Co, Lenina zobaczyć w mauzoleum? Nie zostać wpuszczonym do Kremla? Poza tym - drogo w Moskwie. Syberia i Daleki Wschód żyją trochę osobno, we własnym sosie, własnymi problemami. A Moskwa jest jednym z tych problemów. Powszechna jest opinia, że Kreml wampiruje na Syberii i nie daje nic w zamian.

Bo żyje się ciężko. Bo państwo nie pomaga, a jeszcze rzuca kłody pod nogi. Bo infrastruktura jest w dramatycznym stanie. Wszędzie w Rosji tak jest, wiadomo: to zatonie statek, to zawali się budynek, żałoba narodowa co chwila, ale we wschodnim, gigantycznym odwłoku Rosji naprawdę nie dzieje się dobrze.

Szopka w żółtej ładzie

Dopiero w 2010 roku połączono Daleki Wschód z resztą kraju asfaltem, a tę nowo wybudowaną jednojezdniową szosę oddawano z gigantyczną pompą: w mocnej asyście i przy błysku fleszów przejechał po niej Putin żółtą ładą. Wyszła z tego niezła kompromitacja, bo okazało się, że łady tak naprawdę były trzy (jedna już zdążyła się zepsuć i jechała na lawecie), a nagranie, na którym kilku stojących przy drodze facetów nagrywa cały szwindelek stało się hitem rosyjskiego internetu.

Poza tym to huczne oddanie jednojezdniówki jest w gruncie rzeczy manifestacją rosyjskiej niemocy, niż potęgi. Co to za mocarstwo, które chwali się jedną asfaltówką w regionie, gdzie normalne jest zakopywanie się po drzwi w błocie? Bo wszyscy znamy te filmiki z serii "Only in Russia", na których ogląda się samochody zmuszone do brnięcia w błotnistych rzekach, a rzeki te noszą numery, które w innych częściach świata noszą zazwyczaj drogi.

Rosja nie ogarnia

A jest tak, że na Syberii i Dalekim Wschodzie komunikacja nabiera szerszego oddechu dopiero zimą, bo wtedy marznie błoto, a jako bonus pojawia się możliwość jeżdżenia po zamarzniętych korytach rzek. Powstałe w ten sposób ciągi komunikacyjne nazywają się "zimnikami".

W niektórych miejscach załatwia się w ten sposób większość transportu. Droga asfaltowa do mniejszych osiedli i wsi to wizja tak nierealna, że aż zabawna.

Poza tym rosyjskie państwo jest dalekie od bycia państwem przyjaznym wobec obywatela. Biurokracja i czepialstwo urzędników, nadużywanie władzy i wymuszanie łapówek przez milicję to codzienność, z którą można się albo pogodzić, albo próbować walczyć - tyle, że walczyć nie ma jak.

W sądach, pokutuje opinia, sensu nie ma. Więc jak - zbrojnie? Byli tacy na Dalekim Wschodzie, w regionie Ussuryjska, którzy wydali wojnę milicji zarzucając jej funkcjonariuszom, że "okupują Rosję". Dobrze się ta historia nie skończyła: zginął jeden milicjant, a w wyniku obławy wystrzelano część, jak ich nazywano, "primorskich partizanow". Reszta dostała się w ręce policji, która wówczas, w 2010 roku, nazywała się jeszcze milicją.

Sybirakom i mieszkańcom Dalekiego Wschodu opadają ręce. Ostatni raz opadły, gdy Moskwa wjechała się do Władywostoku z gigantycznymi pieniędzmi, jakich nigdy wcześniej tam chyba nie widziano. W 2012 roku odbył się w tym mieście międzynarodowy szczyt APEC, trzeba więc było pokazać się z czymś imponującym. I się pokazano.

Mowa o moście pomiędzy Władywostokiem a Wyspą Rosyjską. To najdłuższy most podwieszany na świecie. I historia prosto z Barei. Most kosztował ponad miliard dolarów, a wyspie żyje około 5000 osób. Żeby było weselej, asfalt dociągnięty jest tylko do nowo wybudowanego kompleksu budynków, w których odbywał się szczyt. A mieszkańcy osad na wyspie nie mają bieżącej wody, kanalizacji i stacjonarnych telefonów.

Rosja nie ogarnia regionu. Nie jest w stanie. Symbolem tego niech będzie powszechny widok sprowadzanych z Japonii samochodów z kierownicą po prawej stronie. Samochody te jeżdżą po rosyjskich drogach, przystosowanych do ruchu prawostronnego. Jest to - było nie było - pewna fikcja, bo prawda jest następująca: Rosja na Dalekim Wschodzie ani nie jest w stanie egzekwować stworzonych przez siebie praw, ani nie jest dość elastyczna, by dostosować swe prawa do sytuacji faktycznej. Owszem, próbowała: całkiem niedawno próbowano wprowadzić na te sprowadzane maszyny zabójcze cło. Skończyło się na najgwałtowniejszych protestach, jakie ten region widział od dawna. Moskwa dała sobie spokój.

Regionalizm czy separatyzm?

Rosyjska Federalna Służba Statystyczna alarmuje, że coraz więcej osób określa się przede wszystkim jako Syberyjczycy (Sybirjaki), a dopiero później jako Rosjanie. "Sybirjaki" twierdzą, że mają inny charakter, niż Rosjanie. Że są twardsi, surowsi, bardziej uczciwi. "The Economist" twierdzi, że ma to wiele wspólnego z "bandyckim kapitalizmem" lat 90-tych, który porównuje do amerykańskiego dzikiego zachodu: to właśnie w związku z nim Sybiracy mieli wyrobić w sobie "mało rosyjski" instynkt polegania na sobie.

Rosja zwraca się na wschód, w stronę Azji. Już parę lat temu Chiny stały się głównym handlowym partnerem Rosji, detronizując Niemcy. Jest całkiem sporo takich na Syberii i rosyjskim Dalekim Wschodzie, którzy uważają, że Syberia sama może zrobić to szybciej i sprawniej. Nie oglądając się na Rosję.

Najbardziej znanym syberyjskim separatystą jest były OMON-owiec Aleksander Budnikow. Uważa on, że "Syberia gotowa jest stać się podmiotem prawa międzynarodowego".

" align="center" enlarge="0"/>

Trudno traktować Budnikowa do końca poważnie. Zdarzy mu się na przykład stwierdzić, że dla Syberyjczyka czapy lodowcowe mogą sobie topnieć w najlepsze: Syberii i tak nie zaleje.

Mimo to FSB regularnie go przesłuchuje. Rosja zdaje sobie sprawę, że nie jest atrakcyjna dla własnych obywateli jako organizacja państwowa. Boi się własnej słabości i woli dmuchać na zimne.

Na regionalistycznej stronie Sibpower.com przeczytać można wywiad z Budnikowem . Budnikow twierdzi w nim, że Syberia to "niewiarygodnie bogaty kraj", powołuje się na Oswalda Spenglera, który przepowiadał powstanie odrębnej kultury rosyjsko-syberyjskiej. Nazywa "Moskowię" więzieniem narodów". Skądś to znamy.

Sama retoryka strony "Sibpower" jest dość zabawna. Jej motto brzmi "Wolność, Duchowość, Sprawiedliwość", a autorzy na niej piszący zżymają się, że "Rosja staje się tunelem, za pomocą którego na Syberię docierają idee ze zgniłego Zachodu".

Ale na Syberii - czemu nie - może kiedyś faktycznie i całkiem na serio powstać osobny naród. Czemu nie? Tak to się właśnie dzieje: najpierw mówi się o różnicach regionalnych, później podkreśla różnice w języku, a następnie region manifestuje osobną tożsamość. Tam, gdzie jest powszechna wola, powstaje naród. Tam, gdzie obok woli jest wystarczająca siła - powstaje państwo. Tego drugiego na Syberii, póki co, nie ma. Ale zalążki pierwszego już kiełkują. Jego nawozem jest brak atrakcyjnej oferty składanej przez Rosję własnym obywatelom.

Twierdza Syberia

A Rosja wie, że nie jest atrakcyjna. Uznawane dawniej za "dzikie", "niecywilizowane" i "nieeuropejskie" Chiny i Japonia już dawno ją prześcignęły. Najlepiej widać to w rosyjskim Błagowieszczeńsku, mieście nad granicznym Amurem. Błagowieszczeńsk jest mieściną, w której trudno nie dostać ciężkiej depresji, a po drugiej stronie rzeki demonstracyjnie sterczą w górę wieżowce centrum miasta Heihe.

Fajerwerki w Heihe widziane z Błagowieszczeńska.

Wiele z tych budynków to pustostany, co nasuwa podejrzenie, że zostały wybudowane w jednym celu: by kusić. Zresztą - w centrum Heihe roi się od cyrylickich napisów, cyrylicą wypisana jest nazwa gigantycznego centrum handlowego na samym brzegu: wielkie, czerwone litery widać dobrze z rosyjskiego brzegu.

Tak wygląda Heihe...

Chińskim ukłonem w stronę Rosjan były również kosze na śmieci zaprojektowane tak, by przypominały rosyjskie matrioszki. Był to krok niespecjalnie udany: Rosjanie się obrazili. Że niby co, ich kultura - to do śmieci?

...a tak - Błagowieszczeńsk.

Ale i tak jeżdżą do Heihe. Z Rosji kursują autobusy, ale tylko zimą: po zamarzniętym Amurze. Mostu nie ma.

Wszyscy w Rosji wiedzą, że rowzłóczony i nędzarski krajobraz rosyjski na granicy rosyjsko chińskiej jest kontrowany przez chiński rozwój. Graniczne miasta wyglądają jak granica polsko-niemiecka dziesięć lat temu. Chiny się efektownie rozwijają - buduje się autostrady, i wieżowce. Biedna syberyjska głubinka nie może się doczekać nawet asfaltu na drogach, i to często federalnych. I za nic ma tłumaczenia władz, że Heihe to wioska potiomkinowska, a legendy o chińskim rozwoju są przesadzone. Mimo, że faktycznie są, to trawa i tak jest o wiele bardziej zielona po drugiej stronie rzeki.

Rosjanie panicznie boją się Chińczyków. Poza wszystkim, Rosjan na Dalekim Wschodzie jest raptem 6 milionów, a Chińczyków w przylegających regionach - 111 milionów. Rosjanie odrzucają chińskie oferty wybudowania mostów łączących oba kraje. O ile w chińskich przygranicznych miastach widać rosyjskojęzyczne napisy, to ze świecą szukać w Rosji napisów po chińsku. Chińczycy pozwolili Rosjanom przyjeżdżać do siebie bez wiz - Rosja nawet nie myśli o wzajemności. Rosjanie coraz bardziej ograniczają przygraniczny handel, zmniejszając dozwoloną ilość przewożonych towarów.

Rosja pozbywa się chińskich rolników. Nie wolno już im uprawiać ziemi w okolicach Czelabińska i Krasnojarsk ani w regionie amurskim. Oficjalny powód: Chińczycy używają nawozów, które powodują wysychanie ziemi i w Rosji są zakazane. A poza tym obwód amurski woli o wiele bardziej bezpieczną współpracę z Koreą Północną, bo to rolnicy z tego kraju zastąpią Chińczyków. Korea Północna to jednak słabszy soft power, co by nie mówić.

A Chińczycy nawet specjalnie nie muszą się starać. Ostatecznie - jak twierdzi Marcin Kaczmarski z Ośrodka Studiów Wschodnich - Rosja nie jest dla nich aż tak wielkim rynkiem zbytu. Wystarczy kusić. Heihe to jedno, ale w Chinach istnieją też atrakcyjne programy dla rosyjskich studentów. Niedaleko Chabarowska powstaje chińskie lotnisko międzynarodowej, które ewidentnie nastawione jest na Rosjan, bo w pobliżu większych chińskich miast nie ma. We Władywostoku popularne są nie tylko japońskie samochody i chińskie produkty, ale i chińska kuchnia: po chińsku gotuje się nawet w domu.

W walce z azjatycką dominacją ekonomiczną pomóc Rosji może potworna rosyjska biurokracja tak samo, jak polskie błoto zatrzymało w alternatywnej historii Macieja Parowskiego niemieckie czołgi w 1939 roku. I widać, że Rosjanie na to liczą. Chińscy inwestorzy narzekają, że są to chaszcze nie do przejścia i kłody pod nogi na każdym kroku. Tyle, że to nie jest rozwiązanie. To jest liczenie na fart i próba przekucia własnej niewydolności w broń.

Tyle, że nic więcej nie może zrobić.

Ziemowit Szczerek

Dowiedz się więcej na temat: Nie | Daleki Wschód | wschód | Rosja | Ziemowit Szczerek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje