Rudobrody dżihadysta i policzek wymierzony Putinowi

Czeczeni walkę mają we krwi. Dziś walczą na dwóch, jakże odmiennych od siebie, frontach. Jedni przelewają krew dla Państwa Islamskiego, inni na Ukrainie. - Ogromna większość walczących w Syrii robi to z powodów ideowych, chcą walczyć pod sztandarem islamu. Z kolei bojownicy obecni na Ukrainie walczą tak naprawdę o niepodległą Czeczenię i pragną zemsty na Putinie – podkreśla w rozmowie z Interią dr Mairbek Waczagajew, historyk i analityk polityczny, rzecznik byłego prezydenta Czeczenii Asłana Maschadowa.

Dariusz Jaroń, Interia: Dlaczego bojownicy z Czeczeni walczą w Syrii i Iraku?

Reklama

Mairbek Waczagajew: Należy spojrzeć na problem przez pryzmat burzliwej historii Czeczenii. Dzieje tego kraju przepełnione są wojnami, atakami sąsiadów, którzy pragnęli zdobyć czeczeńskie ziemie. Czeczeni wojnę mają we krwi. Ich dzisiejsza obecność w Syrii jest skutkiem drugiej wojny czeczeńskiej. Wielu Czeczenów w wyniku działań wojennych opuściło ojczyznę i osiedliło się na Bliskim Wschodzie. Młodzi ludzie studiowali w Syrii, Iraku, Egipcie, Arabii Saudyjskiej czy Jordanii. Kiedy zaczęła się wojna, to właśnie studenci chwycili za broń, występując przeciwko reżimowi Baszszara al-Asada.

Ci studenci byli weteranami wojny z Rosją?

- Tak, dlatego ich udział był tak ważny dla Arabów. Mieli reputację dobrych wojowników, w końcu Czeczeni bili się z Rosją i nawet zwyciężyli w 1996 roku. W miarę rozwoju konfliktu do kraju zaczęli zjeżdżać studenci z sąsiednich państw, w pierwszej kolejności z Egiptu i Turcji. Dla Czeczenów to była już nie tyle walka z syryjskim reżimem, ile policzek wymierzony Putinowi. Chcieli uderzyć w jego interesy w Syrii.

Wielu czeczeńskich ochotników trafia dziś do Państwa Islamskiego. Czym kuszą ich dżihadyści? Chodzi o ideologię czy pieniądze?

- Nikt tam nie jedzie po pieniądze, to propagandowe hasła Putina. Na początku konfliktu motywacją była pomoc i wsparcie współwyznawców, tak obecnie ochotnicy opętani są wizją zbudowania potężnego Państwa Islamskiego. Istnieje wiele islamskich legend związanych z Syrią. Mówią o szczególnym znaczeniu tego regionu świata dla muzułmanów, o przełomowych zmianach, jakie nastąpią na tych ziemiach. To dlatego czeczeńscy bojownicy przed kamerami mówią, że właśnie tam rozegra się bitwa, która doprowadzi do nowego, arabskiego porządku na świecie.

Czeczeni rzeczywiście w to wierzą?

- Wielu z nich jest rozczarowanych tym, co zastaje na miejscu i z różnych przyczyn opuszcza swoje oddziały. Inna sprawa, że główna fala ochotników z Czeczeni, którzy chcą walczyć u boku islamistów dopiero przed nami.

Mający czeczeńskie i gruzińskie korzenie Tarchan Batiraszwili dorobił się wręcz statusu gwiazdy wśród dżihadystów. Na czym polega fenomen jego popularności?

- Batiraszwili, znany też jako Omar al-Shishani, służył w gruzińskich siłach specjalnych. Jest znakomicie wyszkolonym żołnierzem, doskonale zna techniki stosowane przez NATO, przez co o głowę przewyższa swoich towarzyszy na polu bitwy. Warto wspomnieć też o jego charakterze, jest człowiekiem spokojnym, wnikliwym i nigdy nie odpuszcza, dając dobry przykład innym wojownikom. Przez długi czas był jedynym dżihadystą w otoczeniu lidera ISIS al-Baghdadiego, który nie ukrywał swojej twarzy.

Dzięki temu stał się rozpoznawalny. Ruda, długa broda stała się znakiem firmowym Batiraszwilego. Dlaczego tak chętnie pokazywał swoją twarz przed kamerami?

- Udowadniał w ten sposób, że jest gotowy na wszystko, nawet na śmierć. Na tle innych dżihadystów, zasłaniających twarze, on wyrósł na symbol Państwa Islamskiego. Jego popularność wśród wojowników jest ogromna, chyba nawet przewyższa pod tym względem al-Baghdadiego.

Obecność Czeczenów wśród islamistów to sygnał ostrzegawczy dla Putina?

- To jest ostrzeżenie dla wszystkich, nie tylko dla Putina. Ochotnicy czeczeńscy napływają do Syrii i Iraku nie tylko ze swojego kraju, ale z całej Europy. Nie sądzę, że zagrażają oni Rosji i Putinowi. Rosjanie kontrolują każdy ruch przy granicy, nie tylko islamistów, ale i innych Czeczenów wracających do kraju. Niedawno jeden z powracających Czeczenów został skazany na dwa lata więzienia, sprawa innego toczy się w sądzie, a przeciwko kilku następnym prowadzone jest śledztwo.

Czy uważa Pan, że ewentualna wspólna konfrontacja z Państwem Islamskim to sposób na ocieplenie stosunków Rosji z Zachodem?

- To może stać się pretekstem, ale naprawdę nie sądzę, żeby Rosjanie zaproponowali Zachodowi jakieś wsparcie w tej sprawie. Putin nie ukrywa, że jest sojusznikiem prezydenta Syrii al-Asada, więc nie zrobi nic, żeby wywrzeć presję na jego reżim.

Czeczeńscy bojownicy walczą dziś na Bliskim Wschodzie, ale też na Ukrainie. Znacznie bliżej Putina...

- Czeczeni walczą na Ukrainie z przyczyn ideologicznych. To wojownicy, którzy przeszli wojenną szkołę w pierwszej i drugiej wojnie czeczeńskiej. Walka na Ukrainie to dla nich okazja, żeby odpłacić się Moskwie. Są gotowi walczyć do ostatniej kropli krwi, bo dla nich to jest walka wymierzona w Putina. Broniąc Ukrainy, wiedzą, że bronią jej właśnie przed nim. Każde zwycięstwo Ukrainy oznacza klęskę Rosji i Putina. Walczący tam Czeczeni doskonale o tym wiedzą.

Ilu Czeczenów walczy na Ukrainie?

- Dwa bataliony, w każdym szacuje się, że jest od stu do dwustu osób, ale dokładnej liczby nie sposób podać. Chętnych można liczyć w setkach, ale ukraińska władza obawia się masowego napływu czeczeńskich bojowników. Kijów sądzi, że większość z nich zostanie potem w kraju.

Czy czeczeńscy bojownicy walczący pod sztandarami Państwa Islamskiego mogą wspomóc rodaków na Ukrainie, tym samym poważniej zagrozić Putinowi, czy ideowo nie mają ze sobą wiele wspólnego?

- To mało prawdopodobne. Jeżeli przyjadą, to tylko ci rozczarowani islamistami. Ogromna większość walczących w Syrii robi to z powodów ideowych, chcą walczyć pod sztandarem islamu. Z kolei bojownicy obecni na Ukrainie walczą tak naprawdę o niepodległą Czeczenię i pragną zemsty na Putinie. To dwa odmienne obozy czeczeńskich wojowników.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje