Rzeczpospolita Polska. Państwo, które łatwo sterroryzować

Jak sterroryzować władze państwa polskiego? Nic prostszego. Wystarczy kilkaset osób, pięści i mocne gardła. I kij na posła.

Piątek, 11 maja, późne popołudnie. Wszyscy posłowie (oprócz części tych, którzy sprzeciwili się reformie emerytur) siedzą uwięzieni w Sejmie przez związkowców z "Solidarności".

Reklama

Posłowie są zdenerwowani, psioczą na zły los. Ryszard Kalisz (SLD) dramatycznie apeluje o przestrzeganie jego prawa do swobodnego przemieszczania się. Janusz Palikot chce uciekać jakimś nieokreślonym "przejściem o którym związkowcy nie wiedzą". Zdenerwowana marszałek Ewa Kopacz (PO) zapowiada, że "wyjdzie jak weszła", ale sama wie, że to tylko pobożne życzenia. Posłowie snują się smętnie po sejmowym terenie.

Ogólnie - sytuacja upokarzająca.

Upokarzająca przede wszystkim państwo polskie, które nie jest w stanie zapewnić swoim przedstawicielom ich podstawowych praw. Na przykład do wolności osobistej.

Art. 30 konstytucji RP mówi, że "przyrodzona i niezbywalna godność człowieka i obywatela" jest nienaruszalna, "a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych".

Art. 31. mówi, że "nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje", a "ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie". Kodeks karny w art. 189 par. 1 stanowi, że "kto pozbawia człowieka wolności, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5".

Mimo to posłowie, przedstawiciele władzy ustawodawczej RP, tkwią zamknięci w Sejmie. Na zewnątrz Sejmu - policja, która nie interweniuje. Pomiędzy policją a posłami - związkowcy, którzy wobec posłów, przedstawicieli RP wybranych przez naród, który konstytucja RP zapisuje wielką literą - stosują prawo pięści.

To dla posłów na Sejm RP upokarzające, ale sytuacja staje się dla nich jeszcze bardziej upokarzająca, gdy próbują wyrywać się z oblężenia na własną rękę. Związkowcy nabijają się ze "skoczków", którzy przeskakują przez ogrodzenia. Poseł PO Paweł Suski próbuje przeleźć przez barierki. Dostaje od związkowców kijem przy akompaniamencie gromkiego skandowania: "wy-pier-*****!". "Co też" - jak głosi stary dowcip o milicjantach - "niezwłocznie czyni".

Poseł Ruchu Palikota Wojciech Penkalski prosi o przeprowadzenie przez kordon jednego z posłów PiS - bo tych związkowcy przepuszczali.

Poseł PiS wskazuje Penkalskiemu miejsce, w którym, jak sądzi, przejście będzie bezpieczne. Penkalski próbuje przeskoczyć barierkę, gdy nagle ze strony związkowców (między którymi stał inny poseł PiS) podnosi się krzyk "on jest od Palikota!". Na Penkalskiego rzuca się kilka osób. "Dostałem pięścią w twarz" - opowiada poseł.

Agnieszka Pomaska z PO (czeka na nią w domu trzytygodniowe dziecko, które musi nakarmić) też próbuje się wydostać. Zostaje przez związkowców odepchnięta od barierki.

Tylko Jarosław Kaczyński, uśmiechając się szeroko, odjeżdża czarną limuzyną. Jego górą. Głosował tak, jak chcieli protestujący, to i przepuścili go bez problemu. Podobno wbrew woli szefa "Solidarności" Piotra Dudy, który niedługo potem w "TVN 24" prawie wali się w piersi, że Kaczyńskiego też kazał nie wypuszczać.

Dlaczego nikt z posłów nie zadzwonił na policję? Dlaczego nikt nie kazał policjantom utworzyć korytarza, którym posłowie mogliby z godnością (o której tak często się ostatnio w Polsce mówi) opuścić teren Sejmu?

Dlaczego doprowadzono do sytuacji, w której przedstawiciele władz Rzeczpospolitej byli - w obecności policji - zaganiani do Sejmu jak bydło do zagrody: pięściami, kijami, bluzgami? I przesiedzieli w tej zagrodzie półtorej godziny?

Rzecznik stołecznej policji Maciej Karczyński jest bardzo zdenerwowany. Wszyscy mają do niego pretensje.

- Wie pan na czyim terenie stoi Sejm? - pyta. - Na terenie należącym do Kancelarii Sejmu. Tam działa straż marszałkowska. A my nie uzyskaliśmy od nich prośby o interwencję.

Ale czy w sytuacji w której mamy do czynienia z ewidentnym łamaniem praw obywateli, w dodatku obywateli o specjalnym statusie, policja nie powinna interweniować bez prośby o interwencję? Karczyński odpiera, że zastosowano taką samą strategię jak przy ochronie imprez masowych. Bo to trochę inna sytuacja niż taka, gdy na ulicy do obywatela podchodzi czterech typów i nie pozwala mu się ruszyć.

- Tam były oddziały prewencji, a one wykazały się mocnymi nerwami - uważa Karczyński. - Nikt się nie dał sprowokować. Wytrzymaliśmy, mimo, że sytuacja była bardzo napięta.

Ale dlaczego po policję nie zadzwonił nikt z oblężonych? Czy posłowie powinni pozwolić zamknąć się w Sejmie jak dzieci w kojcu?

Poseł Paweł Olszewski z PO mówi, że gdyby policja interweniowała, to by go dziennikarze pytali, czy to dobrze, że policja weszła w konfrontację ze związkowcami.

Poseł Penkalski z Ruchu Palikota ujmuje sprawę dosadniej:

- Gdyby to któryś z posłów PiS dostał w twarz jak ja, to położył by się na ziemi, kazałby się wieźć na OIOM, a Kaczyński biegałby po Warszawie i ją podpalał - twierdzi.

Rzecznik PSL Krzysztof Kosiński mówi, że nikt na policję nie dzwonił, bo stwierdzili, że lepiej przeczekać.

Posłanka Pomaska twierdzi, że nikt nie chciał ryzykować starcia policji z demonstrantami, bo w tej sytuacji o konflikt obwinionoby policję.

A przecież policja to władza. A władza to PO-PSL.

Dlaczego państwo pozwala się terroryzować?

Posłanka Pomaska ma rację. Oczywiście, że by obwiniono. Ale czy można pozwolić się terroryzować takim obwiniającym? Czy takie przeczekanie, tego typu kompromis, nie jest kapitulacją Sejmu Rzeczpospolitej przed kilkuset łamiącymi prawo demonstrantami? Przed histeryczną retoryką? Czy chęć odgrywania przed wyborcami roli ofiary, a nie "kata" nie sprawiła, że to państwo polskie wygląda przed nimi jak ostatnia ofiara?

Bo w taki właśnie sposób państwo polskie pozwoliło się sterroryzować . Policja nie musiała przecież ruszać na protestujących ławą, wymachując pałami. Mogła - spokojnie, lecz stanowczo - utworzyć korytarz, którym przedstawiciele władz RP wydostaliby się z budynku Sejmu. Mogłaby wreszcie - a nawet powinna - interweniować w każdym jednostkowym przypadku, w którym domagałby się tego więziony poseł.

Ale - jak twierdzi rzecznik policji Karczyński - nie było ani jednego zgłoszenia. Nikt się nie domagał. Posłowie woleli "przeczekać", niż "eskalować", mimo tego, że ci, którzy próbowali przebić się przez kordon byli bici. I mimo, że do "eskalacji" wcale nie musiało dojść. Bo każdy chciał być ofiarą. Bo słupki spadają. Być może w ten właśnie sposób przehandlowano autorytet polskiego państwa za sondaże.

Ofiary po obu stronach. "Dziki kraj"

Wszystko skończyło się tak, jak się skończyło. Straty: Nienakarmione dziecko posłanki Pomaskiej, poszarpane nerwy posła Niesiołowskiego, jedna obrażona dziennikarka. Ale także dwóch pobitych posłów.

Przez półtorej godziny władze polskiego państwa zostały sterroryzowane. Za pomocą prawa kaduka. I oby nikomu nie przyszło do głowy robić z terroryzowania narzędzia broni politycznej. Bo jeśli już bawimy się w niepodległe państwo, to traktujmy je serio.

Ziemowit Szczerek

Dowiedz się więcej na temat: 'Rzeczpospolita'

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje