Sekrety elit PRL

Rzeczywistość PRL-owskiej Polski wcale nie była tak przerażająco szara i wyprana ze smaku, jak zwykło się sądzić. Wielkie namiętności, pikantne zdrady i rodzinne dramaty często rozpruwały garnitury partyjnych bonzów.

Włodzimierz Sokorski  z równym rozmachem zapładniał artystów socrealizmem, jak rozkochiwał kobiety, czym doprowadzał do furii Gomułkę i szokował Stalina. "Krwawy Maciek" z Woronicza z pasją oddawał się alkoholowo-erotycznym orgiom, buszował ze sztucerem w kenijskich lasach i modernizował telewizję z rezultatami, o jakich innym się nawet nie śniło.

Reklama

Jarosław Iwaszkiewicz wodził na pokuszenie młodych i bardzo uzdolnionych artystycznie chłopców, co wcale nie przeszkadzało mu w subtelnej grze prowadzonej  z komunistami. Siermiężna inwazja sterowana przez "długie ramię Moskwy" zderzyła się nad Wisłą z życiem. A ono pisze najciekawsze scenariusze.

W powojennej  Polsce kolportowano kłamstwa, przemycaną prawdę bezlitośnie cięła cenzura, a pałowanie i zabijanie protestujących przeciwko jedynej słusznej władzy zgodnie z nomenklaturą propagandy określano jako "wypadek", albo co najwyżej "przesilenie".  Nadzieje na lepsze jutro pękały jak mydlane bańki, a kolejne podrygi i ukłony Warszawy w kierunku Moskwy nosiły znamiona pocałunków śmierci, podobnie jak kredyty zaciągnięte na Kremlu. 

Kryzys  z coraz większym apetytem zżerał gospodarkę, ale kultury w zupełności zohydzić się nie udało,  podobnie jak okiełznać  natury człowieka. Postulowana jednakowość była w istocie grą pozorów i szybko zaczęła odbijać się czkawką, a żądze i słabości dały o sobie znać ze wzmożoną siłą. Wśród partyjnych sztywniaków brylował obyczajowy skandalista Jarosław Iwaszkiewicz,  legendarny playboy i świetny menedżer Maciej Szczepański czy niepoprawny kobieciarz i plotkarz Włodzimierz Sokorski. 

W pułapce generalizacji

Sekrety z życia elit ówczesnej władzy demolują nasze wyobrażenie o PRL-u. Wiedza o nim nadal  jest wybiórcza i mizerna, a w edukacji szkolnej spychana na margines i lokowana tak nisko, że absolwent wie więcej o piramidzie Cheopsie niż o krwawych wydarzeniach w Ursusie czy kopalni Wujek.

Sławomir Koper, autor książki "Życie prywatne elit władzy PRL" przestrzega przed pułapką generalizacji.

- Komunizm upadł 25 lat temu i od tego czasu bardzo dużo powiedziano o polityce, natomiast bardzo często zapominamy, że to była bardzo ważna epoka , jeżeli chodzi o życie kulturalne. Jestem przeciwny używaniu określenia "PRL", bo to było jednak 50 lat naszej ojczyzny takiej czy innej, ale innej nie było, dlatego nie wszystko , z czym mieliśmy do czynienia w ówczesnej Polsce, należy całkowicie potępić - wyjaśnia pisarz w rozmowie z Interią. 

W elitarnym gronie PRL-owskich bonzów, poza Iwaszkiewiczem, Szczepańskim i Sokorskim, Koper umieszcza  jeszcze szefa PAX-u Bolesława Piaseckiego, Adama Ważyka i Jerzego Putramenta.

- Ci ludzie mieli na sumieniu bardzo złe rzeczy, ale da się dopatrzyć i tych dobrych. Maciej Szczepański zwolnił dziesięć procent załogi telewizji, ale za jego rządów osiągnęła ona europejski poziom. Można uznać w jego przypadku, że cel uświęca środki. To była jedyna telewizja w całym bloku wschodnim, która mogła niemalże równać się z mediami zachodnimi.  Efekty były naprawdę znakomite - opowiada Koper.

- O Iwaszkiewiczu też mówiono, że jest gładkim oportunistą, który kupił spokój w swoim Stawisku za sprzedanie się komunistom. Czesław Miłosz twierdził jednak, że w ówczesnej sytuacji lepszego prezesa Związku Literatów Polskich chyba by nie było. Iwaszkiewicza dobrze dotowano,  sam starał się innym nie przeszkadzać, a jeżeli  mógł, to pomagał. Inną sprawą jest, że przy okazji czerpał z tego korzyści. Po to się należy do elity władzy, żeby z niej czerpać, bez względu na to, co by na ten temat nasi politycy mówili - argumentuje autor książki. 

Konformista doskonały

Przyznać należy, że w prowadzeniu subtelnej gry z komunistami Skamandryta nie miał sobie równych. Puszczał oko do partyjnych towarzyszy, potrafił wić się przed nimi w sytuacjach beznadziejnych i wyższej konieczności, a w istocie robił swoje i mieszczańskich przyzwyczajeń zmieniać  bynajmniej nie zamierzał. Wiódł dostatnie życie w ostatnim szlacheckim dworku w Podkowie Leśnej, do  PZPR nigdy nie należał, swojej twórczości socjalizmem zbytnio nie zaśmiecał i z uwielbieniem promował coraz to młodszych artystów, nierzadko obnosząc się z prawdziwymi zamiarami  i wywołując niejeden obyczajowy skandal.

Żonglowanie konformizmem opanował do perfekcji, a kolejnych prób dostarczało życie. W ramiona dziedziczki fortuny Anny Lilpop popchnęła go bieda, do kariery dyplomaty niechęć teścia, prowadzenie pensjonatu narzuciła wojna, a lawiranctwo - PRL. Otoczenie w ocenach bywało bezlitosne. Skamandryci widzieli w nim prowincjusza ze słabym talentem i złodzieja podkradającego stanowiska, rodzina żony łowcę posagów, a działający w opozycji koledzy po piórze zdrajcę i sprzedawczyka.

Słowem ciął też Leopold Tyrmand nazywając go "globtroterem, pederastą, stalinowcem, dyplomatą, smakoszem, poetą i pionkiem". Ognista pogarda często mieszała się z niemałą zazdrością. Jak opisuje Koper, żelazny prezes nawet z największych dziejowych zakrętów historii wychodził obronną ręką. Druga wojna światowa nie uszczupliła jego majątku, a dzięki niebywałej elastyczności, wyczuciu chwili i doskonałym kontaktom z partyjnym betonem doskonale odnalazł się w Ludowej Polsce. Nazwisko i  sukcesy  artysty stanowiły wyśmienity kąsek w propagandowych zagrywkach, a PRL-owskie władze uczyniły z niej najlepszą zasłonę dymną.

Namiętności wzięły górę

Symbioza kwitła, a Iwaszkiewicz największe profity czerpał z piastowania funkcji prezesa Związku Literatów Polskich oraz redaktora "Twórczości" i bynajmniej nie chodziło o pieniądze. Zyskał nieskrępowany dostęp do mniej lub bardziej obiecujących debiutantów i dawał upust swoim fascynacjom, o których głośno było w całej Warszawie. Skamandryta miał żonę i spłodził dwie córki, ale to mu nie przeszkadzało w zasilaniu "osobliwego klanu pederastów". Co więcej, jak wspominał na  kartach swoich "Dzienników" Stefan Kisielewski, "był nawet ich królem". 

O ekscesach pana Jarosława krążyły legendy, a emocje podsycał sam artysta. W dwudziestoleciu międzywojennym miał obdarzyć afektem m.in. Karola Szymanowskiego oraz malarza Józefa Rejnfelda. Tego ostatniego odbił ponoć koledze po piórze Janowi Lechoniowi. W jego pamięć wryły się też chwile rozkoszy spędzone z późniejszym noblistą Czesławem Miłoszem.

"Każda epoka ma swój styl nawet w drobiazgach i w innej epoce nie można pewnych rzeczy zrealizować. Mogłem w maju  1936 roku chędożyć Czesia Miłosza w mickiewiczowskiej celi Konrada  u Bazylianów w Wilnie. Była cudowna noc z księżycem i słowikami. Rzecz nie do pomyślenia w roku 1824 ani w 1954. Gdzie teraz Mickiewicz? Gdzie Miłosz, a gdzie Iwaszkiewicz? - pisał w swoich "Dziennikach".

Targany namiętnościami  i inspirowany modelem miłości greckiej wprowadzał w życie młodych i zdolnych, a oni doskonale wiedzieli, że protekcja duchowego przewodnika może im bardzo pomóc. Korzyść była zatem obopólna. Na słabościach Iwaszkiewicza - jak dowodzi Koper - najbardziej wybili się Krzysztof Baczyński i Marek Hłasko, choć byli zdeklarowanymi heteroseksualistami.

- Baczyński zginął w Powstaniu Warszawskim, ale upodobanie do niego - Jerzego Andrzejewskiego i Jarosława Iwaszkiewicza  - sprawiło, że  bardzo go promowali. Marek Hłasko też doskonale wiedział, jak panowie - Iwaszkiewicz i Andrzejewski - wariowali na jego punkcie i potrafił to w znakomity sposób wykorzystać. Na zimno - wyjaśnia pisarz.

- Bez poparcia Andrzejewskiego czy Macha nigdy tak naprawdę by nie zaistniał. Co więcej, jak przyglądałem się składowi komisji, która przyznawała mu nagrodę za "Pierwszy krok w chmurach", to tak ciekawie to wyglądało. Naliczyłem kilku panów o skłonnościach męsko-męskich plus Maria Dąbrowska, która pozostawała w tym czasie w związku z Anną Kowalską. W tym wszystkim heteroseksualny Hłasko, wyglądający na absolutnie  klasycznie kochającego -  dodaje.

Największą miłością Iwaszkiewicza nie był jednak żaden artysta, ale  "pospolity chłopak" Jerzy Błeszyński, młodszy od niego o 38 lat. Jak sam przyznawał, zakochał się w nim bez pamięci, a kres ogromnemu uczuciu położyła gruźlica. Śmierć partnera bardzo mocno wstrząsnęła artystą.

Koper zaznacza, że erotyczne podboje prezesa ZLP nie popsuły jego relacji z córkami. Zresztą odnajdywał się nie tylko w roli ojca, ale i męża. Największą próbą dla ich związku była choroba umysłowa Anny, którą wspólnie udało im się pokonać. Dowodem na to, że Iwaszkiewiczowa zaakceptowała słabości i preferencje męża jest fakt, że spędziła u jego boku niemal 60 lat.

Skamandryta nie przestawał zaskakiwać nawet u kresu swoich dni. Zgodnie ze swoją ostatnią wolą został pochowany w trumnie w stroju górnika...

Błyskotliwa kariera "Wuja Chłodka"

Bujny życiorys rozsadzający ogólną szarzyznę PRL-u pozostawił także Włodzimierz Sokorski. Zamiłowanie do komunizmu miał zakodowane w genach i  przejął w schedzie po ojcu. Związki z Komunistyczną Partią Polski szybko wpędziły go jednak za więzienne kraty, za którymi tkwił z przerwami kilka lat. Czas spędzony w odosobnieniu wykorzystał za to znakomicie i nawiązał znajomości z ludźmi z późniejszego partyjnego świecznika, z Bolesławem Bierutem włącznie.

Gdy kraj pogrążał się w wojennym chaosie, towarzysz Włodzimierz sumiennie oświecał i wychowywał oficerów w dywizji Berlinga, a sukcesy, jakie osiągał na tym polu, nie umknęły uwadze komunistycznych władz. Nad błyskotliwą karierą zawisło jednak widmo klęski spowodowane nieoprawnym gadulstwem.

Jak opisuje Koper, z zasłyszanej plotki Sokorski uczynił program polityczny, czym śmiertelnie naraził się Wandzie Wasilewskiej. Oskarżono go o to, że "wyciągał swoje brudne łapy po ziemie ukraińskie i białoruskie", za co groziła śmierć.  Z opresji wyciągnął go ponoć sam Stalin, któremu miał zaimponować przyznaniem się do winy.

W powojennej rzeczywistości Sokorski też odnalazł się znakomicie i zajmował coraz bardziej intratne stanowiska.  Gdy w kraju szalał stalinowski terror, a morderstwa polityczne były codziennością, pełnił funkcję ministra kultury i sztuki. Absolutny dar przekonywania, poczucie humoru i urok osobisty robiły swoje.

"Wuj Chłodek" z  właściwym sobie wdziękiem zapładniał artystów, zaszczepiając socrealizm w literaturze, filmie i w plastyce, a jego naszpikowane nowomową partyjną tyrady przyjmowano za element konieczny błądzącej w oparach absurdu PRL-owskiej rzeczywistości. Narzucone standardy krępowały elastyczność, ale Sokorski potrafił wypracować kompromisy "starając się robić tak, aby innym nie szkodzić", czym zaskarbiał sobie sympatię ludzi z kulturalnego - i nie tylko  - światka.

Król telewizyjnych korytarzy

Teka ministra stanowiła szczyt jego kariery, ale wypłynął też na fali odwilży po śmierci Bolesława Bieruta. Stanowisko przewodniczącego ds. Radia i Telewizji, które objął w 1956 roku, pozwalało mu dalej zaspokajać ambicje i łechtało jego ego. W gmachu na Woronicza, zresztą podobnie jak w życiu, brylował wśród gwiazd i prezenterek, załatwiając im etaty i mieszkania, a w międzyczasie nadzorował pracę nad programami, które miały bawić widzów i zadowalać władzę. Z tym ostatnim nigdy problemów nie miewał, bo doskonale wiedział, jak wkraść się w łaski towarzyszy.

Dzięki chytrze uzyskiwanym protekcjom i telefonom do Komitetu Centralnego przez 30 lat był posłem na Sejm PRL. "Długonosy grabarz kultury polskiej o lisiej twarzy wiejskiego szewca", jak zwykł o nim mówić Leopold Tyrmand, potrafił  jednak przeciwstawić się zarządzeniom góry i stanąć w obronie pracowników, jak miało to miejsce 1968 roku, gdy przeciwstawił się czystkom w Polskim Radiu.

Romans z adiutantem

Największą sławę przyniosła Sokorskiemu nie polityka, a nieprawdopodobne powodzenie u kobiet. Władza, jaką dysponował, pozwalała mu oddawać się słabościom i przyciągała płeć przeciwną. Mógł bez oporu przebierać w pięknych brunetkach i blondynkach, co zresztą z rozkoszą czynił, a panująca swoboda obyczajowa tylko podsycała jego apetyty.

Zanim poślubił lewicową działaczkę Marynę Święcicką, przeżył namiętny romans ze starszą o kilka lat nauczycielką. Kolejnymi podbojami dowiódł zaś, że wierność była jego  najsłabszą stroną. Liczne flirty ukrócił dopiero pobyt w więzieniu, ale i tam znalazł sposób i wykorzystał nadarzającą się okazję. Przymusowy post od kobiet przerwała córka naczelnika więzienia. Mimo wielokrotnych zdrad otwarty związek, jaki tworzył ze Święcicką, trwał. Kres małżeństwu położył dopiero romans, jaki nawiązał ze swoim adiutantem, czym ponoć udało mu się zszokować samego Stalina.

Szybko okazało się jednak, że obsadził na tym stanowisku kobietę, Halinę Snarską, z którą pod Lenino spłodził córkę. Ciąża kochanki skłoniła go do zawarcia drugiego małżeństwa, które - jak dowodzi Koper - w świetle tego, że nie uzyskał jeszcze rozwodu - było zwykłą bigamią. Wybryk usprawiedliwiał fakt, że w wojenno-partyjnych realiach konwenanse plasowały się na szarym końcu i nie zwracano uwagi na zbędne formalności. 

Minister o "naturze dziwkarza"

Imiona kolejnych wybranek Sokorskiego trudno byłoby zapamiętać, bo jest ich całe mnóstwo. Zresztą sam pan minister sumiennie dbał o to, żeby o jego miłosnych podbojach było odpowiednio głośno. Ile w opowieściach o niezliczonych pięknookich było prawdy, a ile przechwałek, trudno dziś ocenić. Pewne jest tylko to, że żenił się jeszcze dwukrotnie, między innymi z aktorką Barbarą Klimkiewicz.

Największe zainteresowanie wzbudziła jednak ostatnia wybranka serca.  Dojrzałe lata towarzysz Włodzimierz postanowił spędzić u boku przyjaciółki córki, Wiesławy Fedorońko. Tym wyborem umocnił swoją pozycję w gronie największych PRL-owskich kobieciarzy i mógł do woli wzbudzać zazdrość partyjnych działaczy. Nagie zdjęcia atrakcyjnej pani Sokorskiej - o czym nadmienia w swojej książce Koper - miały doprowadzać do szału samego Władysława Gomułkę...

Po latach z dumą przyznawał, że pomimo "natury dziwkarza",  zawsze "pojmował za żony najpiękniejsze dziewczyny i zawsze osiemnastolatki. Nawet, gdy miał już 60 lat" .

Człowiek, któremu udało się zszokować Stalina, król telewizyjnych korytarzy, największy adorator prezenterek i miłośnik kobiecych wdzięków w latach siedemdziesiątych przekonał się , czym pachnie życie szarego obywatela. "Wyobraź sobie, jechałem w takim tłoku i smrodzie, że omal się nie porzygałem" - skarżył się Aleksandrowi Wieczorkowskiemu. "Jak wyście to mogli wytrzymać przeszło pół wieku?" - pytał ze zdziwieniem.

Pod rządami "Krwawego Maćka"

Gwiazda następcy "Wuja Chłodka" jaśniała jeszcze bardziej. Z telewizji uczynił imperium, na randki latał samolotem, polował w Kenii, a w zasięgu ręki miał miliony. Zawodowy propagandysta, smakosz doskonałych trunków, kolekcjoner kobiet i genialny menedżer w jednym. Wszystkie te cechy skupiał w sobie Maciej Szczepański.

Wszechwładny zarządca radia i telewizji, zwany wymownie "Krwawym Maćkiem", doskonale wpisywał się w "przerwaną dekadę" Edwarda Gierka. Działał z rozmachem, był nastawiony na cel, skrupuł nie mieścił się w jego słowniku, a kurs z agitacji zaliczył na szóstkę. Na jego korzyść  przemawiał też śląski rodowód.

Gdy w 1972 roku przejął schedę po Sokorskim i stanął na czele Radiokomitetu, miał na swoim koncie niemałe sukcesy. Dzięki  niemu "Trybuna  Robotnicza" stała się drugim tytułem w kraju. Czas pokazał, że gazeta była zaledwie preludium i dopiero w telewizji  ujawnił w pełni swój talent. 

Projekt marzeń wymagał precyzji chirurga i brutalności przestępcy, dlatego rządy na Woronicza zaczął od ostrego cięcia, czyli kadrowego trzęsienia ziemi. W błyskawicznym tempie pozbywał się "zbędnych" elementów telewizyjnej machiny. Drżeli wszyscy, bo wylecieć można było nawet za złamanie zakazu palenia czy żart o Gierku. Na liście ofiar srogiego prezesa znalazły się największe gwiazdy ekranu.

Prowadząca "Wielką grę" Joanna Rostocka naraziła się "krzyżykiem", w którym wystąpiła na wizji, a słynny "Wicherek" , czyli Czesław Nowicki, frazą o "burzy nadchodzącej od Wschodu" i odmową prezentacji korzystnej prognozy pogody na pierwszego maja. Podobny los spotkał znanego dyrygenta Kazimierza Korda oraz Witolda Zadrowskiego, który nieopatrznie nadał na antenie wypowiedź marszałka Piłsudskiego.

"Wielka czystka" zebrała ogromne żniwo. Szczepański zwolnił 10 procent załogi, ale wiedział też, jak zaskarbić sobie jej względy. Rekompensatą za psychozę strachu była bardzo przyzwoita pensja i długa lista przywilejów.  Haczyk połknęli też artyści i działacze z KC -  odpowiednie dotacje i prezenty czyniły cuda. Prezes mógł robić, co tylko chciał, bo otwarty budżet dawał ogromne możliwości.

Rewolucja na szklanym ekranie

Wkrótce osiągnął coś, o czym inni mogli co najwyżej pomarzyć.  Zmysł menedżerski w połączeniu z rozmachem w działaniu sprawił, że przed odbiornikami zasiadły miliony Polaków, a oferta programowa była ucieleśnieniem najśmielszych ich pragnień.

Obok typowych, propagandowych relacji i wstawek z dnia codziennego Gierka, pojawiły się pierwsze programy na żywo, zachodnie filmy i seriale oraz mnóstwo rozrywki firmowanej nazwiskiem Olgi Lipińskiej. Na zaproszenie szefa Radiokomitetu nad Wisłę przyjechała nawet grupa Abba. Widz mógł bawić się do woli, a prezes Szczepański  triumfował, bo walka o rząd dusz  przynosiła znakomite efekty. Sławomir Koper dowodzi, że na szklanym ekranie i w eterze udało mu się dokonać prawdziwej rewolucji.

-To przykład człowieka, który urodził się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Abstrahując od jego wszelkich wybryków erotyczno-alkoholowych, był  genialnym menadżerem.  Wywindował "Trybunę Robotniczą", która z lokalnego pisemka partyjnego stała się drugim tytułem w kraju. To było wielkie osiągnięcie. Oczywiście, miał w tym poparcie Ziętka i Gierka. Natomiast  to, co zrobił z telewizją po przaśnej epoce Sokorskiego, to było naprawdę coś.  Pojawiła się stereofonia w radiu, drugi program telewizji, pierwsze programy na żywo, eksperymentowano też z kwadrofonią - argumentuje Sławomir Koper.

Ekscesy pana prezesa

Zawodowy sukces szedł w parze z wystawnym życiem , a luksusy - wręcz niewyobrażalne  jak na możliwości PRL-u - przyciągały uwagę i nienawistne spojrzenia. Głośno było o ekskluzywnych wczasach, sześciu służbowych autach, lotach odbywanych Piperem Pa-35, safari i rejsach jednostkami marynarki wojennej i zbudowaną na specjalne polecenie "Pogorią".

Największe emocje wzbudzały jednak dwie inne pasje prezesa - alkohol i kobiety. W obu nie znał umiaru, przy czym pierwsza stała się źródłem licznych skandali, a druga obrosła legendą. Doniesienia o kolejnych karierach, które miały początek w łóżkach prezesa i jego dwóch zastępców  - Eugeniusza Patyka i Michała Gardowskiego - rozpalały wyobraźnię Polaków.

Akta IPN, które przywołuje w swojej książce Sławomir Koper, niezbicie dowodzą, że za drzwiami gabinetów i służbowych mieszkań alkohol lał się strumieniami i dochodziło do seksualnych orgii, a panowie nader chętnie przebierali - a zdarzało się nawet, że wymieniali - w urodziwych sekretarkach, redaktorkach i hostessach. Tak narodził się mit o prywatnym haremie "Krwawego Maćka" zasilanym nieprzerwanie uległymi mu kobietami.

Wielki krach

Błogim rozrywkom sprzyjał klimat sukcesu lat 70. Propaganda, kredyty zaciągane na Kremlu i lejąca się ze szklanego ekranu rozrywka usypiała czujność społeczeństwa, ale kolos wsparty na chwiejnych fundamentach zaczął się chwiać. Wydarzenia 1976 roku , które rozegrały się w Ursusie i w Radomiu okazały się początkiem końca Gierka i jego ekipy.

"Nieodpowiedzialne elementy", jak  określano upominających się o swoje prawa robotników, skutecznie rozsadzały podszyty kłamstwami system. "Krwawy Maciek", wzorem innych potępił w tym czasie protestujących, zyskując przydomek "Kieszonkowego Himmlerogoebbelsa" i dalej, nie bacząc na szalejący w kraju kryzys, zajmował się projektem wielkiej telewizji - budował, kupował i modernizował, a ignorując obowiązujące przepisy, sam wystawił się na cel Mieczysława Moczara.

Główny rywal Gierka szukał w siedzibie na Woronicza kompromitujących kwitów i - jak łatwo się domyślić - szybo je znalazł. Przeprowadzona przez NIK kontrola wykazała, że przez konta spółek Radiokomitetu przepływały miliony, z czego zaledwie znikoma część przeznaczana była na telewizyjny sprzęt, a największych matactw dokonano przy obsłudze pielgrzymki Jana Pawła II - z uzyskanych na ten cel z budżetu 100 mln zł legalnie wydano 30. Dowody winy były ewidentne, a losy pławiącego się na co dzień w luksusach prezesa TV przesądzone. Kozioł ofiarny został wystawiony na całopalenie, a ekipa Jaruzelskiego zademonstrowała, że będzie bezlitośnie tępić wszelkie nadużycia.

Największy burzyciel systemu

Podczas pokazowego procesu, który rozpoczął się w styczniu 1982 roku, orzeczono, że Szczepański złupił telewizję na miliony i przyjmował pokaźne łapówki. Kara musiała być surowa - zawodowy propagandysta trafił za kratki na osiem lat, z czego odsiedział cztery.

Po latach wspominał, że plan rywali Gierka tak chytrym wcale nie był, a ich zwycięstwo mocno przerysowane. "Ja i moich trzech współpracowników z Radiokomitetu dostaliśmy wyroki, trzech dyrektorów zmarło podczas przesłuchań, a dyrektorka kadr popełniła samobójstwo. Taki był bilans tego procesu. [...] Z początkowych zarzutów o zdefraudowanie miliarda dwustu milionów złotych do aktu oskarżenia trafiło ze 200 mln, a po około 280 rozprawach sądowych skazano mnie za 10 mln złotych" - wyliczał w rozmowie z Teresą Torańską.

Szczepański za przekręty zapłacił więzieniem, ale talentem menedżerskim wyprzedził epokę. - Jego zasługi dobrze podsumował Jerzy Urban. Podkreślał, że Szczepański niechcący zrobił więcej dla demontażu komunizmu nie wiedząc o tym, niż wielu opozycjonistów. Prezentował masę zachodnich filmów i ludzie wiedzieli, jak żyje się na Zachodzie i jak bardzo to się odróżnia od siermiężnego PRL-u - zaznacza Koper.

Iwaszkiewicz podporządkował sobie artystów, Szczepański widzów, a Sokorski kobiety. Na miarę czasów, w których żyli.  Nierzadko z pogwałceniem wszelkich zasad.

-----

Źródła:

Koper S., "Życie prywatne elit władzy PRL"

Torańska T., "Byli"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje