Sieroty eboli

Dwoje dzieci bawi się spokojnie w opustoszałym zakamarku sierocińca w Liberii. Nikt do nich nie podchodzi, nikt ich nie dotyka. To dzieciaki osierocone przez ebolę. Każdy grób, w którym pochowano zmarłego na gorączkę krwotoczną, wiąże się z historią małego człowieka skazanego na samotność i społeczne naznaczenie.

4-letni Amadou budzi swoją siostrę o 4:30 nad ranem. Boli go głowa, nie może spać. Pyta, gdzie jest mama. To samo pytanie zadaje prawie codziennie od czasu, gdy dwa miesiące temu opuścił szpital.

Reklama

15-letnia Mary stara się nie denerwować, że brat budzi ją o tej porze. Chce być ciepła, delikatna. Zabiera go do łóżka, przykrywa jego wątłe ciało cienką narzutą.

"Nie wiem, co mu powiedzieć. W jaki sposób mam wytłumaczyć 4-latkowi, kiedy sama nie rozumiem tej sytuacji" - mówi.

Podobną historię przywołuje w swoim reportażu CNN. Po śmierci zakażonej ebolą kobiety obowiązki matki przejęła jej najstarsza córka, która zaopiekowała się czworgiem rodzeństwa. Sama też ma roczną córkę.

Takich przypadków, gdy najbliższe rodzeństwo musi wcielić się w rodziców, jest w Afryce więcej. Zdarza się jednak, że wszyscy krewni odcinają się od "sierot eboli".

Dużo miejsca do zabawy...

W sierocińcu w Liberii mieszkają dzieci, których rodzice zmarli na gorączkę krwotoczną. Bawią się spokojnie w opustoszałym zakamarku domu dziecka. Nikt do nich nie podchodzi, nikt ich nie dotyka.

Chłopiec i dziewczynka stracili rodziców w zeszłym miesiącu. Krewni nie pomogą, bo sami się boją o swoje życie.

Dzieciaki nie są chore. Pastor John Ghartey martwi się, bo nikt ich nie chce adoptować. Próbuje zmienić stosunek do sierot w swojej parafii w Liberii. Bo wtedy, gdy na gorączkę krwotoczną umierali rodzice, strach przed kontaktem z maluchami przybierał na sile. Nawet, jeśli nie miały żadnych oznak choroby. 

Każdy grób, w którym pochowano zmarłego na ebolę, to co najmniej jedno osierocone dziecko...

Ludzki odruch, wyrok śmierci

"Ebola dzieli rodziny. Kiedy jedna z osób zachoruje, już nikt nie chce jej dotknąć, nikt nie chce wchodzić w interakcję" - podkreśla pastor.

Zwykle, gdy umierają rodzice, dziećmi zajmuje się dalsza rodzina. Ale ebola sprawiła, że te relacje zostały całkiem zaburzone.
Ebola zmieniła ludzki odruch pomagania bliskim i sprawiła, że kontakt z takim dzieckiem jest przez wiele osób uważany za wyrok śmierci.

EKM

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje