Skończyły się żarty, zaczęła się służba... zdrowia

Służba zdrowia każdego potrafi wpędzić we wściekłość i ponuractwo. Donald Tusk wyszedł dziś z ramek "spokoju, szacunku, uśmiechu i budowania", zaczął besztać dziennikarzy za to, że piszą o jego konfliktach z Ewą Kopacz. A coś mi się zdaje, że chyba nie miał za co, bo minister zdrowia naprawdę przysporzyła już premierowi parę siwych włosów.

Kociokwik związany z wtorkowym posiedzeniem rządu był naprawdę nieziemski. Od rana politycy Platformy zapowiadali wiekopomne spotkanie rady ministrów, które poświęcone zostanie służbie zdrowia i zaowocuje rewolucyjnym pakietem czterech ustaw, sprowadzających na rozdygotane szpitale, przychodnie i pacjentów błogość i spokój. Nic zatem dziwnego, że gdy o 10.11 w serwisie PAP pojawiła się depesza "Wtorkowe posiedzenie rządu, na którym minister zdrowia Ewa Kopacz miała przedstawić pakiet projektów ustaw zdrowotnych, nie odbędzie się - poinformowało Centrum Informacyjne Rządu" media dostały z podniecenia lekkiego szału. Tworzono hipotezy, spekulowano, próbowano się domyślić co się tak naprawdę stało, a przede wszystkim dzwoniono do wszystkich - rządowych - świętych. I tu następowało bolesne rozczarowanie. Bo telefony wicepremierów, ministrów i rzeczników głosami automatycznych sekretarek obwieszczały, że marzenie o rozmowie z jakimś VIP-em, czy nawet wice-VIP-em to marzenie ściętej głowy.

Reklama

Ten stan rzeczy trwał ponad trzy godziny. Dopiero o 13.28 mogliśmy - przy pomocy tegoż samego PAP-u dowiedzieć się że "we wtorek, od godz. 10.00 w Kancelarii Premiera trwa nieformalne spotkanie członków rządu poświęcone sytuacji w ochronie zdrowia - poinformowało w komunikacie Centrum Informacyjne Rządu". Po czym premier i ministrowie zaczęli tłumaczyć, że tak naprawdę nic się nie stało, że wszystko przebiegało zgodnie z planem i tylko sterroryzowani przez PiS dziennikarze, gdy "jakikolwiek komunikat pojawia, to zaczynają biegać jak w ukropie, bo coś strasznego się dzieje".

Nie wiem oczywiście do końca co się tak naprawdę za zamkniętymi szczelnie drzwiami kancelarii premiera działo. Wiem za to, że stosunki między premierem, a minister zdrowia, nie były w ostatnich tygodniach stosunkami modelowymi. Że słowo dymisja padało już parę razy, że były krzyki, trzaskania drzwiami, łzy. Wiem, że na decydujące dla losów reformy służby zdrowia spotkanie, minister Kopacz nie przyniosła ze sobą tekstów ustaw, czym wywołała mocną konsternację. Wiem, że w nocy z poniedziałku na wtorek nerwowo pracowano nad dokumentami, które miały być podstawą reformy. W tej sytuacji utyskiwania premiera na dziennikarzy nie są - delikatnie mówiąc - do końca zasadne. Bo mam poczucie, że media i obywatele naprawdę mają prawo oczekiwać, iż w pięćdziesiątym-którymś dniu urzędowania, partia, która obiecywała, że "już niedługo będą nas leczyć dobrze zarabiający lekarze i pielęgniarki" nie będzie nerwowo i na kolanie pisała projektów ustaw, tylko wyciągnie je z szuflady i rzuci na stół. A jeśli nie wyciąga, to na miejscu premiera nie obsobaczałbym mediów, że doszukują się konfliktu, a raczej - jeśli tego konfliktu rzeczywiście nie ma i szef rządu jest zachwycony działaniami minister zdrowia - czy wszystko jest tak jak miało być, a perspektywa szczęśliwych lekarzy, pielęgniarek i pacjentów nie była perspektywą budowaną na mocno ruchomych piaskach.

Konrad Piasecki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy