"Śmierć i dziewczyna". Kto stawia granice?

"Śmierć i dziewczyna" - śmiało można powiedzieć, że to tytuł najgłośniejszego polskiego spektaklu ostatnich miesięcy. Sztuka na podstawie tekstów Elfriede Jelinek w reżyserii Eweliny Marciniak, której premiera odbyła się w sobotę w Teatrze Polskim we Wrocławiu, wzbudziła wiele skrajnych emocji jeszcze zanim została wystawiona. Dlaczego?

Przeciwko spektaklowi przed budynkiem wrocławskiego teatru protestowało w sobotę wieczorem kilkadziesiąt osób z katolickiej organizacji "Krucjata Różańcowa". Uczestnicy protestu modlili się, śpiewali pieśni religijne.

Reklama

Oprócz przedstawicieli "Krucjaty Różańcowej" pod Teatr Polski przyszli też m.in. członkowie ONR. Próbowali zablokować wejście, by nie wpuścić widzów na spektakl. Interweniowała policja. Zatrzymano 20 osób.

Dwunastu ma zostać postawiony zarzut wykroczenia związanego z uczestnictwem w niezgłoszonym zgromadzeniu oraz odmowę opuszczenia miejsca, którym zarządza teatr. W niedzielę nieznani sprawcy obrzucili jajami dom matki dyrektora teatru, Krzysztofa Mieszkowskiego. Mieszkowski, który jest od niedawna także posłem Nowoczesnej, jeszcze w sobotę wzywał, by minister Gliński podał się do dymisji.

Oburzenie organizacji "Krucjata Różańcowa" wywołał m.in. plakat spektaklu, na którym widać dziewczynę z ręką w majtkach, oraz przedstawiony przez Teatr Polski opis wydarzenia.

Sztukę zapowiadano tak: "'Śmierć i dziewczyna' to spektakl o tym, jak najsprawniej zadać torturę. Gdzie uderzać i z jaką kulturą? Do jakiej opowieści przywiązać naszą ofiarę? Co zrobić, by kat i ofiara mogli odczuwać się głębiej i intensywniej? Wyobraźmy sobie tę sytuację. Że przykładamy rękę do ciała drugiego człowieka jak do jakiegoś instrumentu. I gramy na nim tak długo i tak mocno, aż nas poprosi o bis". Jak zaznaczono: "Przedstawienie jest przeznaczone dla widzów NAPRAWDĘ dorosłych i zawiera sceny seksu" (pisownia oryginalna).

"Oczekujemy wstrzymania premiery"

Najpierw teatr został wezwany przez administratora do ocenzurowania erotycznego plakatu na Facebooku. Później radni z sejmiku wojewódzkiego protestowali przeciw wystawieniu spektaklu. W końcu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego wezwało marszałka Województwa Dolnośląskiego do odwołania premiery.

"MKiDN nie zamierza ingerować w wolność wypowiedzi artystycznej. Nie zamierza także dążyć do wprowadzenia jakichkolwiek form cenzury. Jednak działalność placówki finansowanej z środków publicznych, w tym rządowych nie może przekraczać norm powszechnie w naszym społeczeństwie obowiązujących. (...) Wobec powyższego Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego oczekuje, że Pan Marszałek w trybie natychmiastowym nakaże wstrzymanie przygotowań premiery w zapowiadanej postaci, łamiącej powszechnie przyjęte zasady współżycia społecznego" - czytamy w piśmie wystosowanym do dolnośląskiego marszałka Cezarego Przybylskiego przez Departament Finansów MKiDN.

Marszałek premiery nie odwołał, ale zamieszanie wokół sprawy spowodowało powrót wielokrotnie poruszanego tematu granic sztuki i pytania, kto je powinien określać i na jakiej podstawie.

Minister kultury i wicepremier Piotr Gliński tłumaczył na antenie TVP INFO taką reakcję resortu podkreślając, że dotyczyła ona "informacji podawanych przez teatr i przez reżyser tego spektaklu. Oba te źródła mówiły o tym, że będzie tam pornografia w rozumieniu pełnym i dosłownym - pełny akt seksualny. To wszystko wzbudziło olbrzymie protesty społeczne".


Pornografia - kwestia sporna, ale czy zakazana?

- Art. 202 kodeksu karnego penalizuje działanie, które nazywamy "publicznym prezentowaniem treści pornograficznych w taki sposób, że może on narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy - wyjaśnia prof. Krzysztof Krajewski, z Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, zapytany, czy pornografia jest w Polsce prawnie zakazana.

- Spektakl teatralny spełnia warunki publicznej prezentacji. Tyle tylko, że do teatru idzie ten, kto chce tam pójść. Jeśli ktoś wie, na co się wybiera, trudno powiedzieć, że narzuca mu się coś, czego nie chce oglądać. Chyba, że idzie w całkowitej nieświadomości - dodaje.

W przypadku spektaklu "Śmierć i dziewczyna" widzowie zostali poinformowani, że widowisko "zawiera sceny seksu". O naruszeniu tego artykułu nie ma więc mowy.

Stanowisko resortu kultury wskazuje, że głównym powodem ich reakcji był fakt, że wydarzenie finansowane jest z pieniędzy publicznych. Potwierdziła je premier Beata Szydło.

Cenzury w Polsce nie ma

Czy mimo to ministerstwo ma prawo zdjąć z afisza spektakl jedynie na podstawie opisu sztuki? 

- Cenzury w Polsce nie ma, ani prewencyjnej ani żadnej innej. Chyba, że dane przedsięwzięcie nosi znamiona przestępstwa. Na przykład, byłby to spektakl nawołujący do przemocy. Padałby przekaz: "idźcie i mordujcie!". Wtedy można wszcząć śledztwo w takiej sprawie - mówi prof. Krajewski.

- Brak cenzury gwarantuje nam przede wszystkim konstytucja, która mówi m.in. wolności wypowiedzi czy działalności twórczej i artystycznej - podkreśla.

Wielu recenzentów i widzów po obejrzeniu sztuki wskazywało, że sceny erotyczne nie były oburzające, a "w to, że oglądamy seks na żywo, musimy uwierzyć na słowo" /Magda Piekarska, wyborcza.pl/.

Pozostaje jednak pytanie, jak daleko może posunąć się teatr i reżyser, by wypromować swój spektakl?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy