Szczęście znaleźliśmy w domu dziecka

30 maja obchodzimy Dzień Rodzicielstwa Zastępczego. Ma on nam przypomnieć o tym, jak wiele dzieci czeka z utęsknieniem na nową rodzinę w domach dziecka. Taką właśnie rodzinę dla 5-letniego dziś Pawełka stworzyli Edyta i Michał*.

Marzena Hadała, INTERIA.PL: Jak to się stało, że zdecydowaliście się na adopcję Pawełka?

Reklama

Edyta: - Podejrzewam, że nasza historia nie różni się bardzo od historii innych rodzin zastępczych. Staraliśmy się kilka lat o dziecko. Były próby, badania, leczenie, w końcu zaproponowano nam in vitro. Ja jednak już wcześniej uprzedziłam Michała, że jeżeli do tego dojdzie, wycofamy się i pomyślimy o adopcji. Jest tyle dzieci, które tylko czekają, aby je ktoś pokochał . Dziwnie to zabrzmi, ale teraz tak sobie myślę, że bezdzietność wcale nie była najgorszym nieszczęściem, jak o niej na początku myślałam. Gdybyśmy mogli mieć dzieci, prawdopodobnie nigdy byśmy Pawełka nie poznali, a przecież teraz nie wyobrażamy sobie już życie bez niego. Wypełnia je w całości.

Jak to było, kiedy zobaczyliście pierwszy raz swojego synka?

- Pawełek miał 2 lata, kiedy go adoptowaliśmy. Jego matka była alkoholiczką, ojca nie znamy. Pawełek został więc odebrany matce i tak znalazł się w domu dziecka. Kiedy go poznaliśmy, był jeszcze malutkim, nieco zagubionym dzieckiem, jednak ciągle się uśmiechał. Już przy pierwszym spotkaniu złapał nas za ręce i ścisnął mocno. Wtedy już poczułam się jak jego mama - cudowne uczucie, nieopisane, jakby odnaleźć po latach cząstkę duszy...

Czyli miłość od pierwszego wejrzenia?

- Tak, można tak to ująć (śmiech). Pawełek od urodzenia choruje na astmę, więc miał mniejszą szansę na adopcję. Wiele rodzin chce adoptować zdrowe niemowlę. Oczywiście nie potępiam tutaj nikogo, jednak warto pamiętać, że każde dziecko, nieważne w jakim jest wieku, tak samo potrzebuje mamy i taty.

Jak przebiegał proces adopcyjny, czy napotkaliście na jakieś trudności?

- Najłatwiej nie było, ale szczerze mówiąc, byłam przygotowana na znacznie więcej problemów. Wszyscy mnie straszyli, że to masa formalności i cały proces może długo potrwać. Pawełek jednak, jak już wspomniałam, miał uregulowaną sytuację, matka całkowicie pozbawiona praw rodzicielskich, brak innej rodziny. Przeszliśmy oczywiście całą masę wizyt, rozmów, badań psychologicznych, a później szkoleń. Jednak kiedy człowiek ma świadomość w jakim celu to wszystko, taki proces może być prawdziwą przyjemnością. Chociaż przyznam, że moment oczekiwania na decyzję komisji był niezwykle stresujący, pomimo tego, że spodziewaliśmy się raczej pozytywnego wyniku.

A jak wyglądały początki już we trójkę?

- Przez kilka pierwszych miesięcy często było tak, że Pawełek budził się w nocy przestraszony lub nagle w trakcie zabawy smutniał i siadał gdzieś w kąciku na parę minut. Serce mi się krajało, myślałam wtedy, że mój mały chłopczyk w tak krótkim życiu już tyle przeszedł. Dlatego poświęcaliśmy mu maksymalnie dużo czasu, bardzo często przytulaliśmy i mówiliśmy mu jak bardzo mama i tata go kochają. Na szczęście w miarę szybko się zaaklimatyzował. Najbardziej zestresowana chyba byłam ja (śmiech). Wszystkiego musieliśmy się nauczyć i pomimo tego że Pawełek nie był już niemowlakiem, ja na każde jego kichnięcie reagowałam strachem. Przez pierwsze tygodnie nie spuszczałam go w ogóle z oczu, szczególnie w nocy. Patrzyłam czy jest przykryty, czy oddycha, czy nie obudzi się zaraz z płaczem i będę musiała go przytulić. Taka nadwrażliwa mamuśka. Chociaż nie mogę powiedzieć, żeby mi to zupełnie przeszło.

Jak na Waszą decyzję zareagowała reszta rodziny?

- Cudownie, wszyscy byli małym zachwyceni, szczególnie dziadkowie. Od początku popierali naszą decyzję. Rozpieszczają małego na każdym kroku, a on też bardzo szybko się do nich przyzwyczaił. Pawełek w ogóle jest bardzo kontaktowym dzieckiem, ciekawym świata, trudno za nim czasem nadążyć. Potrafi w trymiga doprowadzić całą rodzinę w stan totalnego wyczerpania fizycznego, a sam ma jeszcze mnóstwo energii. Chyba dlatego już dopytuje się kiedy będzie miał braciszka, z którym będzie mógł się bawić.

Planujecie spełnić jego prośbę?

- Kiedyś na pewno. Nie chcemy, by Pawełek był jedynakiem. Póki co jednak skupiamy się na nim, ale jesteśmy w fazie negocjacji...

Czy Pawełek wie, że jest adoptowany?

- Nie, jeszcze nie. Uważamy, że jest jeszcze za malutki i nie zrozumiałby tego. Powiemy mu oczywiście, kiedy już będzie na tyle dojrzały, by to dobrze zrozumieć. Wiemy, że nie będzie to łatwa rozmowa, ba prawdopodobnie najtrudniejsza w naszym życiu, jednak kiedyś i tak by się dowiedział i chcemy, żeby od nas, a nie kogoś przypadkowego. Poza tym wciąż tam gdzieś jest jego biologiczna matka, może kiedyś będzie chciał ją poznać... Po adopcji przeprowadziliśmy się z małej wioski, w której wszyscy się znają, do miasta. Nie ukrywamy tego, że Pawełek jest adoptowany, chcieliśmy tylko uniknąć docinek na podwórku czy w szkole. Dzieciaki potrafią być okrutne, a tak jak już wspomniałam, nie chcielibyśmy żeby Pawełek dowiedział się tego od przypadkowej osoby w momencie, w którym byłby na to zupełnie nieprzygotowany.

Czego Wam zatem życzyć na przyszłość?

- Hmm... chyba tylko zdrowia, bo szczęście i miłość już mamy.

*Na prośbę rozmówczyni nie podajemy nazwiska oraz zmieniliśmy imiona ojca i dziecka.

Marzena Hadała

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje