Tak mi mówił tata

Jest jedną z najmłodszych posłanek, pod koniec lutego będzie obchodzić 32. urodziny. Do Sejmu weszła z ostatniego, 19. miejsca listy wyborczej PO. Mężatka i mama - mąż ma na imię Grzegorz, a syn Grzegorz Marian - po znanym dziadku Marianie Grzegorzu. Beata Bublewicz, sekretarz Sejmu, posłanka PO.

Z wykształcenia jest socjologiem, pracuje w dwóch komisjach sejmowych: Spraw Zagranicznych oraz Kultury Fizycznej i Sportu.

Reklama

Gdy Beata Bublewicz czyta podczas posiedzeń Sejmu kolejne komunikaty dla posłów, wygląda o wiele poważniej niż przy bezpośrednim kontakcie. To pewnie sama funkcja sekretarza Sejmu, ale też elegancki, oficjalny strój i okulary dodają jej trochę lat. "W mojej szafie nie ma ekstrawagancji - przyznaje. Głównie klasyczne kostiumy". Zanim została posłem, marzyła o skórzanej kurtce i spodniach na motor, na którym jeździ od 12. roku życia. Teraz - pochłonięta pracą w Sejmie - i tak nie miałaby zbyt wielu okazji, by je na siebie włożyć.

Z bliska widzę jednak uśmiechniętą, atrakcyjną dziewczynę - podziwiam nieskazitelną cerę, dobrą fryzurę, subtelny makijaż. Robi wrażenie beztroskiej studentki, która w pogodne przedpołudnie "urwała się" na chwilę z zajęć.

W sportowym stroju, na polu golfowym czy w sali treningowej już w niczym nie przypomina statecznej posłanki. "Jestem zakręcona na punkcie sportu - śmieje się, i każde hasło, które mi ktoś rzuci, mogę sprowadzić do sportu".

Pasję do życia, z którego chce czerpać garściami, odziedziczyła po tacie, znanym kierowcy rajdowym Marianie Bublewiczu. Tak samo energiczna, przebojowa, pełna optymizmu i wciąż nowych pomysłów. "Zawsze tworzyliśmy zgrany duet - wspomina dziś pani Beata, uważaliśmy, że możemy fajnie razem działać. Planowaliśmy, że kiedy tata skończy karierę sportową, to zostanie politykiem".

Byłam córeczką tatusia

20 lutego 1993 roku Marian Bublewicz miał do pokonania swoim fordem sierrą cosworth kolejny odcinek specjalny Rajdu Dolnośląskiego. Jechał z numerem jeden, to tradycyjnie przywilej mistrza. Pilotował Ryszard Żyszkowski, podawał kolejne komendy. Padał śnieg, było wyjątkowo ślisko. W pewnym miejscu, po jakichś dwóch kilometrach od startu droga pnie się łagodnym łukiem pod górę. Za zakrętem przy szosie stał od lat samotny jesion. Auto Bublewicza uderzyło w niego ze straszną siłą, dosłownie owinęło się wokół pnia. Żeby wyjąć zakleszczonych w samochodzie rajdowców, trzeba było ściąć drzewo.

"Byłam córeczką tatusia, wielbił mnie absolutnie". Dzień po pogrzebie Beata Bublewicz skończyła 18 lat. Postanowiła, że przejmie firmę ojca (olsztyńskie przedstawicielstwo Opla), bo lepiej się do tego nadaje, niż mama, która nigdy wcześniej nie pracowała, a liceum skończy eksternistycznie. Dorosła z dnia na dzień i na długie lata zapomniała, co jej mówił tata: że warto marzyć i że to od marzeń wszystko się zaczyna.

Po ośmiu latach ciężkiej pracy pani Beata miała wciąż dobrze prosperującą firmę, a w szufladzie zdaną zgodnie z planem maturę i - na dodatek - dyplom magistra socjologii. Wreszcie, przed ostatnimi wyborami do parlamentu poczuła, że przyszedł czas, by zrealizować dawne, zapomniane plany. Sprzedała firmę i wystartowała do Sejmu z ostatniego miejsca olsztyńskiej Platformy Obywatelskiej: "Pomyślałam, że mogę w ten sposób zrealizować plany taty".

Niektórzy zarzucali jej, że dostała się do parlamentu tylko dzięki znanemu nazwisku i wciąż wielkiej wśród olsztynian sympatii dla jej ojca. "To prawda - odpowiada szczerze swoim krytykom i dodaje - jestem z tego dumna, chcę być kontynuatorką jego marzeń i planów".

Beata Bublewicz dojeżdża na posiedzenia Sejmu z rodzinnego Olsztyna, gdzie zostają jej dwaj Grzegorze - duży i mały. W samochodzie słucha ulubionej muzyki. Przez 10 lat uczyła się w szkole muzycznej, i wciąż darzy sentymentem klasyczne utwory - Mozarta, Beethovena, Bacha, Chopina. Wciąż umie zagrać ulubione nokturny i walce Chopina, choć - jak sama mówi - od dawna nie ćwiczy i "palce nie chodzą jak należy". Ma też płyty współczesnych wykonawców: "Od najmłodszych lat słucham U2 i Dire Straits, uwielbiam saksofonistkę Candy Dulfer. Moją idolką jest Gwen Stefani z zespołu No Doubt i to nie tylko ze względu na samą muzykę, ale i z racji charakteru, w jakim wykonuje swoje utwory. Gwen jest bardzo drapieżna, przerysowana, ma w sobie cechy, których ja nie mam, albo nie chciałabym ich eksponować w taki sposób. Ona, z racji tego, że jest artystką, może je tak uzewnętrzniać".

Dowiedz się więcej na temat: kierowcy | sport | Beata Bublewicz | posłowie | bublewicz | beata

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje