Trzeba powiedzieć dość

Kanclerz Schröder przedstawiał się jako przyjaciel polski, a podczas zjazdu wypędzonych publicznie powiedział: "cicho siedźcie, póki Polska nie wejdzie do Unii, potem sama nam wpadnie w łapy" - przypomina wicemarszałek Sejmu Janusz Dobrosz.

Krzysztof Różycki: Skargi, jakie Powiernictwo Pruskie złożyło do Trybunału w Strasburgu, wywołały wśród polskich polityków wielkie zaskoczenie. A przecież patrząc, jak w Niemczech narasta fala nacjonalizmu, jak w oczach Europy Niemcy z oprawców usiłują przedstawiać się jako ofiary, powinniśmy być na to od dawna przygotowani.

Reklama

Janusz Dobrosz: Dla mnie nie było to zaskoczeniem. Jednak podjęcie przez Niemców konkretnych kroków prawnych należy traktować jako pewnego rodzaju granicę, po przekroczeniu której trzeba zrewidować wiele obowiązujących opinii i poglądów. Najbardziej szokujące jest dla mnie haniebne uzasadnienie, którym Powiernictwo Pruskie motywowało swoje skargi. Pisanie, że Polska i Polacy dopuścili się w stosunku do Niemców zbrodni wobec ludzkości jest absolutnie skandaliczne. Nawet jeżeli podczas ich przesiedlania z naszych Ziem Zachodnich i Północnych doszło do jakichś nieprawidłowości, nawet gdy kilku lub kilkunastu za przesiedlenie zapłaciło życiem, to jak to można porównać z ulicznymi łapankami, masowymi rozstrzeliwaniami, gettami, obozami śmierci i komorami gazowymi. Jestem też ciekaw, czy wśród członków Powiernictwa Pruskiego, także tych składających skargę lub ich przodków, są ludzie, którzy podczas wojny mieli na rękach polską lub żydowską krew. Warto to zbadać. Przed laty niemieckie ministerstwo finansów wysyłało do niektórych polskich gmin rachunki z żądaniem zapłaty odszkodowania za utracone mienie. Teraz eskalacja idzie o wiele dalej. Powiernictwo Pruskie nie domaga się odszkodowania, lecz zwrotu mienia. Nie wiem, dlaczego żaden polski polityk nie zwrócił uwagi na fakt, że chociaż organizacja pana Pawelki ma w nazwie słowo "Pruskie", to przecież nie wysuwa żadnych roszczeń wobec Rosji. A przecież to Rosja po wojnie przejęła ziemie, na których pozostaje Królewiec, stara stolica Prus. Nie twierdzę, że to jakaś wymierzona w Polskę wspólna niemiecko-rosyjska akcja, ale taką teorię da się uzasadnić.

Sześćdziesiąt lat po zakończeniu wojny Niemcy mówią, że nie można stosować zbiorowej odpowiedzialności.

Ale rozstrzeliwując na ulicach złapanych przypadkowo Polaków, robili to przez całą okupację. Warto też przypomnieć, że gdy Hitler podbijał kolejne kraje, gdy jego wojska weszły do Paryża, popierało go 99 proc. jego rodaków, którzy na co dzień korzystali z rozkradania podbitej Europy. W przeciwieństwie do Stalina Hitler nie był uzurpatorem. Zdobył władzę w legalnych wyborach. A wracając do przesiedleń, pamiętajmy, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem międzynarodowym, gdyż w momencie podpisania bezwarunkowej kapitulacji Niemcy całkowicie scedowali swoją suwerenność na rzecz czterech mocarstw i to cztery mocarstwa, a nie Polska podjęły decyzję o ich przesiedleniu.

Wielu naszych polityków, na przykład senator Wittbrodt, twierdzi, że nie ma się czego obawiać, gdyż stanowisko rządu kanclerz Merkel jest takie samo, jak rządu Jarosława Kaczyńskiego.

To wcale nie znaczy, że tak będzie zawsze. To nie oznacza nawet, iż stanowisko niemieckiego rządu jest zbieżne z niemieckim systemem prawnym. Pamiętajmy, że wewnętrzne prawo niemieckie stoi na stanowisku, że przesiedlenia były nielegalne. Mało tego: w uchwale z 1998 roku Bundestag stwierdza wprost, że kwestie własnościowe, jak oni nazywają "wypędzonych", wymagają zadośćuczynienia. Do tego Niemcy cały czas bezprawnie ingerują w wewnętrzne sprawy Polski. Bo jak inaczej nazwać 116 artykuł ich konstytucji, który stwierdza, że kto jest urodzony na terenach należących do Rzeszy w granicach z 1937 roku i czuje się Niemcem, ten ma prawo do niemieckiego obywatelstwa. Gdyby analogiczny zapis istniał w naszej ustawie zasadniczej, jak zareagowałyby na to Litwa, Białoruś czy Ukraina? W przeszłości większość niemieckich rządów grała na dwóch fortepianach. Kanclerz Schröder przedstawiał się jako przyjaciel polski, a podczas zjazdu wypędzonych publicznie powiedział: "Cicho siedźcie, póki Polska nie wejdzie do Unii, potem sama nam wpadnie w łapy". Niemcy wielokrotnie w przeszłości nie dotrzymywały międzynarodowych zobowiązań, że przypomnę tylko łamanie konwencji haskiej z 1907 roku, traktatu wersalskiego czy polsko- niemieckiego paktu o nieagresji z 1934 r.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy