Upadłe kobiety II RP. "To był dziki kraj"

Rozmowa z Kamilem Janickim, autorem książki pt. "Upadłe damy II Rzeczpospolitej", w której autor rozprawia się m.in. z mitem międzywojennej moralności publicznej - wyższej, jak nam się wydaje, od moralności obecnej.


Reklama

Ziemowit Szczerek: Dlaczego w książce nie ma rozdziału dotyczącego najgłośniejszej sprawy kryminalnej międzywojnia, sprawy Gorgonowej?

Kamil Janicki: - Sprawie dzieciobójczyni Rity Gorgonowej poświęciłem prolog, ale nie pełen, osobny rozdział. Mógłbym odpowiedzieć, że ta historia była wałkowana tak wiele razy, że sięganie po nią znowu raczej odstraszyłoby czytelników niż zachęciło. Musiałbym opierać się na cudzych ustaleniach i odgrzewać doskonale znane fakty. Tymczasem zdecydowanie wolę zapełniać białe plamy historii niż powtarzać to, co wymyślili inni. Po co w ogóle pisać książki, jeśli nie ma się nic nowego do powiedzenia?

- No, ale to nie był główny powód. Przede wszystkim zbrodnia Gorgonowej, przynajmniej od strony kryminalnej, jest zupełnie nieciekawa. Już pierwszego dnia było wiadomo, kto zabił, jaki miał motyw, jak to zrobił, a nawet gdzie wyrzucił narzędzie zbrodni. Gorgonowa od początku była jedyną podejrzaną. Zupełnie dosłownie miała krew na rękach! Dzisiaj, z perspektywy czasu i przy całym rozwoju technik kryminalistycznych, nic nie daje podstaw do ponownego roztrząsania jej sprawy. Była winna.

- Historia słynnej dzieciobójczyni jest ciekawa ze względu na gigantyczną społeczną obsesję na jej punkcie. Jednak nawet pod tym względem przed wojną były zbrodnie bardziej interesujące.

W obecnych czasach wiecznie narzekamy na nieudolność policji. A jak wyglądało to przed wojną?

- Myślę, że powinniśmy się cieszyć, że mamy tak bardzo kompetentną policję! Jeśli porównamy ją z przedwojennymi stróżami prawa, aż trudno będzie uwierzyć, że w II RP można było żyć... i przeżyć. Mieliśmy oczywiście pojedynczych utalentowanych, niekiedy wręcz świetnych policjantów i prokuratorów (prokurator Klaudiusz Hrabyk, komisarz Elzesser-Niedzielski), ale to były tylko chwalebne wyjątki. Normą pozostawała przez całą epokę niekompetencja, bezmyślna brutalność i groteskowa wręcz nieudolność.

- W latach 20. policja była często bardziej skłonna do wykorzystywania wróżek i seansów spirytystycznych, niż do badania odcisków palców. Metody przesłuchań ograniczały się często do fizycznych prób wyciągnięcia z podejrzanego odpowiedzi. W głośnej krakowskiej sprawie morderstwa małżeństwa jubilerów Zahnów policjanci zakatowali przypadkowego mężczyznę, który ze zbrodnią nie miał zupełnie nic wspólnego. Później w gazetach napisano, że niejaki p. Amsterdam: "padł ofiarą szczególnej gorliwości czynników śledczych".

- W latach 30. zdarzały się sytuacje nie mniej porażające. W swojej książce opisuję sprawę zamordowania warszawskiego milionera Zbigniewa Gierszewskiego. Zginął on od strzału rewolwerowego w głowę, tymczasem wezwany na miejsce policjant nie zauważył rany, krwi ani pocisku i bez namysłu orzekł, że to... samobójstwo od zażycia trucizny. Zresztą ta akurat sprawa wyciąga na światło dzienne nie tylko prawdę o przedwojennych służbach mundurowych, ale też - o naszych legendarnych elitach.

A jeśli już jesteśmy przy elitach - czy naprawdę było tak wspaniale, jak się mówi? Rauty, bale, wieczorki towarzyskie, honor i patriotyzm?

- Ze świecą trzeba by szukać tych pięknych elit, luminarzy narodu. Oczywiście, zdarzały się pojedyncze wyjątki, prawdziwi patrioci i ludzie do cna uczciwi. O paru takich pisałem zresztą w swojej poprzedniej książce, "Pierwszych damach II Rzeczpospolitej". Ale zasada była zupełnie inna.

- Normą było, że elity chwytały się każdego sposobu, byle utrzymać swoją pozycję, majątek, władzę. Korupcja osiągnęła poziom niespotykany chyba nawet za komuny, wszystkie sprawy urzędowe trzeba było "załatwiać". A kiedy w Polskę uderzył kryzys gospodarczy, śmietanka towarzyska była gotowa zrobić dosłownie wszystko, byle nie spaść z piedestału.

- We wspomnianej sprawie Gierszewskiego jedną z bohaterek jest jego siostra, Julia. Zbankrutowana milionerka, gotowa ukraść pensję własnej służącej, "byle mieć do pierwszego". Aż trudno uwierzyć w dokonywane przez nią - wielką damę! - przekręty. Przy jednej okazji kupiła na raty maszynę do pisana, tylko po to by odsprzedać ją dzień później na targu. Rat oczywiście nigdy nie zaczęła nawet spłacać, była natomiast parę stówek do przodu.

- Kiedy indziej, gdy znalazła się w szczególnie głębokim dołku, sprzedała rodzinny pałacyk. I nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie fakt, że sprzedała go... dwa razy. Najpierw na wolnym rynku, za pokaźną sumę. Następnie, zanim jeszcze transakcja została wpisana do ksiąg wieczystych, Julia opchnęła nieruchomość także swojemu bratu. Nietęgą miał minę, kiedy w urzędzie wyszło na jaw, że zapłacił siostrze za pałacyk mający już innego właściciela...

Obecnie polskie tabloidy z przestępców robią celebrytów. Czy w międzywojniu też tak było?

- Stosowano raczej odwrotną taktykę. Prasa bezlitośnie demonizowała oskarżonych, a przede wszystkim - oskarżone. Na kobiety przedwojenne tabloidy w rodzaju "Tajnego detektywa" zorganizowały prawdziwą, dziesięcioletnią nagonkę. Przy każdej okazji udowadniano, że kobiety są z natury złe, zepsute, skłonne do zbrodni.

- Co charakterystyczne, z tak ostrymi ocenami nigdy nie czekano. Jeśli wieczorem dochodziło do zbrodni, to rano gazety już gromiły głównego - albo po prostu pierwszego z brzegu - oskarżonego. Podawały pełne imię i nazwisko, adres zamieszkania, miejsce pracy, personalia rodziny i przyjaciół i tak dalej, i tak dalej. Słowem - niszczyły człowiekowi życie, zanim jeszcze udowodniono mu jakąkolwiek winę.

- Szczególnie boleśnie przekonała się o tym księżniczka Zofia Zyta Korybut-Woroniecka, która w listopadzie 1931 roku zastrzeliła swojego narzeczonego. Prasa okrzyknęła ją wampirzycą, niewyżytą nimfomanką, nową Katarzyną Wielką. Tymczasem to ona była ofiarą sadysty, która w końcu nie wytrzymała wielomiesięcznych psychicznych tortur. Dziennikarze bez skrupułów ją ukrzyżowali. A potem dołączyło się do nich jeszcze państwo.

Państwo też ją zniszczyło, nie tylko prasa?

- Tak. A konkretnie postanowił ją zniszczyć słynny przedwojenny prokurator, Kazimierz Rudnicki. Nie bez powodu nazywano go "czerwonym prokuratorem" - niczego nie nienawidził tak bardzo, jak rentierów i arystokratów. W procesie apelacyjnym postanowił uczynić z Zyty Woronieckiej przykład zdegenerowania najwyższych warstw społeczeństwa - tak by nie tylko ją ponownie skazać, ale też ośmieszyć przed całym krajem.

A czy arystokracja była naprawdę taka zepsuta?

- Na pewno dwudziestolecie międzywojenne nie było najświetniejszym okresem w dziejach tej warstwy społeczeństwa. To epoka schyłkowa, kiedy wiele arystokratycznych rodów dawno pożegnało się z bogactwem i żyło wyłącznie wspomnieniami o dawnej świetności. To z kolei prowadziło do przeróżnych patologii.

- W przypadku Woronieckich morderstwo dokonane przez Zytę nie było jedynym problemem rodziny. Brat nieszczęsnej morderczyni, Władysław, też miał na pieńku z prawem. Według informacji publikowanych przez prasę właśni rodzice wypędzili go z domu, pozbawili środków do życia, a następnie wytoczyli mu 19 procesów o kradzież chleba, ziemniaków, kurzych jaj i tak dalej i tak dalej...

- Tak, o zgrozo, w najwyższych sferach rozstrzygano rodzinne sprzeczki. Zresztą inne warstwy społeczeństwa też nie były święte. Jeśli ponad roczna praca nad "Upadłymi damami II Rzeczpospolitej" czegoś mnie nauczyła, to tego, że musimy zacząć patrzyć na naszą przeszłość z dystansem. Mieszkańcy II RP wcale nie byli kartonowymi bohaterami w pięknych frakach, z nienagannymi manierami i nieodzownym honorem.

- Przedwojenna polska to był dziki kraj, przesiąknięty patologiami i toczony przez rozliczne problemy. Pod wieloma względami dużo poważniejsze, a pod wieloma - uderzająco podobne do tych, z którymi borykamy się tu i teraz.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje