USA naciskają na Polskę. "W naszym interesie jest przestrzegać zasad"

Do tej pory krytyczne głosy pod adresem Polski w kontekście trwającego sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego dobiegały głównie z Brukseli i ze Strasburga. Teraz do chóru niezadowolonych dołącza się Ameryka, którą niepokoi fakt, że nadal nie udało się osiągnąć kompromisu w tak fundamentalnej z punktu widzenia demokracji kwestii. Cena za ewentualną niesubordynację Warszawy może być wysoka, zwłaszcza w perspektywie lipcowego szczytu NATO, którego gospodarzem ma być prezydent Andrzej Duda. Czy PiS ugnie się pod presją Waszyngtonu i zdobędzie na wypracowanie porozumienia?

Z doniesień środowej "Rzeczpospolitej", która powołuje się na anonimowe źródła w Waszyngtonie wynika, że "Ameryka jest zaniepokojona polskim sporem o Trybunał Konstytucyjny i dlatego naciska na porozumienie rządu i opozycji".

Reklama

Koronnym argumentem podjętym w dyskusji jest fakt, że utrzymujący się  paraliż organu władzy sądowniczej stojącej na straży konstytucji godzi wprost w zasadę "check and balance". "Równowaga instytucji, czyli 'check and balance', to fundamentalny element demokracji. Musi być przestrzegany" - wyjaśniał w rozmowie z dziennikiem przedstawiciel amerykańskich władz.

Doktor Tomasz Płudowski, amerykanista i socjolog polityki zwraca uwagę, że o ile już wcześniej zdarzało się, że Stany Zjednoczone "przymykały oko" na  łamanie zasad, jakie powinny przyświecać demokracjom, to najczęściej  ostrze krytyki wymierzone było w kraje trzeciego świata.

Wersja niestrawna dla Ameryki

Reprymenda skierowana pod adresem Polski, która - co znamienne -  działa w ramach sojuszu NATO, nabiera zupełnie innego znaczenia. Nawet jeśli Trybunał Konstytucyjny przedstawia się w Polsce jako "instytucję powołaną jeszcze za czasów generała Wojciecha Jaruzelskiego".  - Z punku widzenia Waszyngtonu najważniejszą zasadą jest trójpodział władzy - na wykonawczą, sądowniczą i ustawodawczą. To jest fundament ustroju i dlatego tłumaczenie, że skoro wygraliśmy wybory, to możemy robić wszystko, dla Amerykanów jest nie do przyjęcia - argumentuje  w rozmowie z Interią.

- Nawet lepiej jest, jeśli któraś z pozostałych władz jest w rękach innej partii, bo to gwarantuje działanie zasady "check and balance". Owszem, różne ośrodki władzy w Stanach Zjednoczonych równoważą się i wzajemnie kontrolują na zasadach odmiennych od tych, które obowiązują w Polsce, ale sama zasada jest zabezpieczeniem. Chodzi o powstrzymanie "tyranii większości" i tak to zostało ujęte ponad 200 lat temu - dodaje.

Ekspert dopytywany o formy nacisku, jakie wobec Warszawy może zastosować Waszyngton, argumentuje, że najczęstszym instrumentem służącym do rozwiązywania spornych kwestii jest konstruktywna rozmowa. Ewentualny brak chęci wypracowania kompromisu może wiązać się jednak ze znacznie poważniejszymi konsekwencjami, zwłaszcza dla państwa o takim potencjale siłowym, jakim jest Polska.

- W przypadku takiego kraju jak Polska, gdzie relację pomiędzy Warszawą i Waszyngtonem nie są symetryczne, bo USA są znacznie silniejszym i potężniejszym graczem na arenie międzynarodowej, zatem Polsce są zdecydowanie bardziej potrzebne niż ona im, wystarczy właściwie, że Stany Zjednoczone zagrożą w sposób bezpośredni, czy niebezpośredni osłabieniem współpracy, w tym także wojskowej - argumentuje.

"Stany Zjednoczone nie muszą nas szantażować"

- Wbrew temu, co się powszechnie uważa, artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego wcale nie gwarantuje, że w przypadku ataku na jeden kraj, wszyscy pozostali członkowie NATO są zmuszeni do bezpośredniej pomocy, zwłaszcza poprzez wysłanie wojsk. Każdy kraj może samodzielnie podjąć decyzję, jak się do tego ustosunkować. Oczywiście, że atak na jednego członka NATO jest taktowany jako napaść na wszystkich sojuszników, ale to nie znaczy, że pomoc bezpośrednia w formie wysłania znacznych wojsk jest bezdyskusyjnie zagwarantowana. W związku z tym w sposób oczywisty powinno nam zależeć na dobrych stosunkach z Waszyngtonem. Stany Zjednoczone nie muszą nas szantażować, bo w naszym interesie jest, żeby tych zasad przestrzegać - dodaje.

W świetle rozłożonych w polityce międzynarodowej akcentów krytyczny głos Ameryki powinien robić większe wrażenie na politykach Prawa i Sprawiedliwości niż ten dobiegający z unijnych instytucji. Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski  w swoim "małym expose" wyraźnie nakreślił, że to Waszyngton, a nie Bruksela jest kluczowym partnerem w rozmowach.

Doktor Tomasz Płudowski wskazuje na wyraźne symptomy dystansu obecnego rządu względem unijnych struktur.  - Rządzący mają wiele podejrzliwości do Unii Europejskiej. To są głównie kwestie związane ze światopoglądem, niepodległością, głównie tą ekonomiczną, czy też z rzekomym utraceniem suwerenności w związku ze wspólnotą walutą, jak i podejmowania części decyzji przez Brukselę, a nie przez poszczególne kraje - wyjaśnia. 

"USA liczą, że Wspólnota Europejska będzie działała dobrze"


Stanom Zjednoczonym zależy jednak na silnej Unii Europejskiej.  - Unia Europejska z amerykańskiego punktu widzenia jest konkurencją ekonomiczną, ale w sensie politycznym i na arenie międzynarodowej pełni rolę sprzymierzeńca. Mimo że Stany Zjednoczone często rozmawiają z poszczególnymi krajami, to jednak liczą na to, że Wspólnota Europejska będzie działała dobrze - argumentuje nasz rozmówca.

- Na pewno łatwiej jest rozmawiać z władzami Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Francji niż liczyć na to, że zostanie osiągnięty konsensus w ramach unijnej wspólnoty w jakiejś międzynarodowej kwestii. Zwłaszcza, że Unia Europejska i tak nie prowadzi wspólnej polityki zagranicznej i nie ma własnych wojsk, w związku z tym kwestie militarne są załatwiane poprzez NATO, a kwestie polityczne z indywidualnymi państwami. To nie znaczy jednak, że USA są negatywnie nastawione do Unii Europejskiej, a Polskę traktują jako element większego układu, który ma zapewnić stabilność w regionie - puentuje ekspert. 

Spór wokół TK

Przypomnijmy, że Trybunał Konstytucyjny orzekł 3 grudnia 2015 roku, że w październiku dwóch z pięciu sędziów powołano niezgodnie z konstytucją. TK wydał orzeczenie w sprawie czerwcowej ustawy o Trybunale, przyjętej przez Sejm poprzedniej kadencji. Powołał on pięciu nowych sędziów, w tym - co wzbudziło największe kontrowersje - dwóch w miejsce sędziów, których kadencja kończyła się po wyborach parlamentarnych. Prezydent Duda nie zaprzysiągł wybranych wówczas sędziów.

Trybunał orzekł też, że brak ograniczenia długości kadencji prezesa TK jest zgodny z konstytucją. Sędzia Zubik zaznaczył jednocześnie, że niezwłoczne odebrane ślubowania od sędziego jest konstytucyjnym obowiązkiem głowy państwa.

Wcześniej, czyli 25 listopada Sejm przyjął pięć uchwał o tym, że wybór sędziów przez Sejm poprzedniej kadencji nie miał mocy prawnej. W środę, 2 grudnia, Sejm dokonał ponownego wyboru pięciu sędziów TK - kandydatów zgłosiło tylko PiS. Prezydent odebrał ślubowanie od czterech z nich.

Politycy PO zwrócili się  z apelem do prezydenta Andrzeja Dudy, by niezwłocznie przyjął ślubowanie od trzech wybranych zgodnie z konstytucją, w poprzedniej kadencji sędziów TK. Zwrócili się też do pięciu sędziów wybranych przez obecny Sejm, by złożyli rezygnację. Spór wokół Trybunału Konstytucyjnego trwa do dziś i nadal czeka na rozwiązanie.





Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje