"Wieża komunistów" - prawda czy fikcja?

Andrzej Brenner to ambitny dziennikarz śledczy, który jest przekonany, że właśnie znalazł temat życia. Oto wpadł na trop największej afery w postkomunistycznej Polsce - defraudacji pieniędzy pochodzących z Funduszu Budowy Gospodarki. Nie zdając sobie sprawy z ryzyka, postanawia wszcząć prywatne dochodzenie.

Z początku wszystko wydaje się zmierzać w pomyślnym kierunku - udaje mu się nawiązać kontakt z żoną głównego skazanego, Grzegorza Okrzemka, dociera również do informatorów zaangażowanych w nielegalny proceder.

Reklama

Niebawem jednak budzą się siły, które zaczynają zagrażać śledztwu.

Osoby zrazu przychylne dziennikarzowi, wkrótce zauważają jego niechęć do współpracy i postanawiają zniweczyć plan ukazania światu kulis afery gospodarczej. Oto początek powieści Witolda Gadowskiego 'Wieża komunistów"...

Rozdział I

Georg nagle poczuł suchość w ustach, ukradkiem otarł z czoła krople potu. Rozpiął kołnierzyk nienagannie wyprasowanej koszuli i rozluźnił węzeł krawata.

Wydarzenia sprzed wielu lat znów stanęły przed jego oczami.

- Pani Noro, proszę do mnie przyjść! - zawołał matowym głosem.

Drzwi gabinetu natychmiast się uchyliły.

Młoda, atrakcyjna brunetka błyskawicznie spełniła polecenie szefa. Po chwili na biurku Georga stała srebrna taca z czterema pękatymi lampkami napełnionymi trunkiem, którego aromat powoli roznosił się po całym pomieszczeniu.

Georg przytrzymał sekretarkę za ramię i nakazał jej zaparzyć dużo czarnej, mocnej kawy.

Kiedy wyszła, badawczo spojrzał na swojego gościa.

- Jesteś pierwszym Polakiem, który mnie odnalazł - powiedział z uśmiechem do siedzącego naprzeciw szczupłego mężczyzny.

- Wybacz, jeśli cię dotknę, ale muszę o coś zapytać...

Nie spuszczał oczu z przybysza. Dostrzegł jego zaciekawienie, więc wypalił bez ogródek:

- Po jaką cholerę tu przyszedłeś? Nie masz własnych kłopotów?

- Jestem dziennikarzem - odrzekł cicho Polak.

- To żadne wytłumaczenie, normalni dziennikarze piszą o gwiazdach show biznesu, biorą pieniądze od dużych korporacji za pochwalne artykuły, ale nie wtykają nosa w nie swoje sprawy. - Kravczik mówił spokojnym głosem, tak jakby rozważał jakiś matematyczny problem. - Wlazłeś na ścieżkę pełną węży, a nie wyglądasz na takiego, który by sobie z gadami radził. Jeszcze możesz się wycofać.

Odwrócił się na pięcie i podszedł do ogromnego okna. Stanął w bezruchu i zaczął cicho bębnić palcami po parapecie.

Szczupły mężczyzna, siedzący w rogu gabinetu na białej skórzanej sofie, pozostał nieporuszony. Spokojnie wyciągnął przed siebie nogi. Na kilkanaście minut zapadła cisza.

Naraz gość energicznie klepnął się w kolano.

- Jeśli pan myśli, że jechałem tu tylko po to, aby sobie towarzysko porozmawiać, to mocno się pan myli. Wiem, co robię...

Georg nie wyczuł w jego głosie nawet nuty wahania.

- Dobrze, w końcu nie jesteś moim synem, twoje kłopoty, twoja sprawa - mruknął.

Nadal wpatrywał się w widok za oknem. Sprawiał wrażenie, jakby myślami odbiegł gdzieś daleko.

Po szybie spływały krople drobnego jesiennego deszczu.

Z okien biura rozciągał się rozległy widok na rzekę i wysoką sylwetę wieży telewizyjnej. Düsseldorf zanurzał się w sinych światłach zapadającego zmierzchu.

- Dobrze... Zatem czeka nas długa rozmowa. - Kravczik odruchowo zatarł dłonie. - W Polsce był proces, prawda?

- Tak. - Andrzej Brenner nieznacznie skinął głową.

- Ile zarzucono oskarżonym?

- Ile? - Polak zdziwiony uniósł brwi.

- Jak wielką kradzież im zarzucono?

- Bajońską sumę, jakieś pięćset milionów dolarów. - Dziennikarz przygryzł wargi, jakby tym grymasem chciał złagodzić wymowę wypowiedzianych przez siebie słów.

Georg wybuchnął krótkim, tubalnym śmiechem.

Nagle urwał i spojrzał Andrzejowi prosto w oczy spojrzeniem człowieka, który właśnie przestał się wahać. Błękitne, wodniste oczy spoglądały na przybysza z Polski nieruchomo, bez cienia emocji.

- Przez moje ręce poszedł ponad miliard, a takich jak ja było na świecie kilku! - Niemiec wyraźnie bawił się osłupieniem gościa.

Andrzej zastygł w milczeniu. Zbaraniałym wzrokiem wpatrywał się w twarz gospodarza.

- Przepraszam... - wyjąkał. - Czy może pan powtórzyć kwotę? - wymamrotał po minucie.

- Miliard dolarów przeszedł przez moje ręce. - Georg nieznacznie się uśmiechnął. - Nie byłem sam, oni mieli kilku takich finansistów. - Jego ton nieco złagodniał. Widać było, że zdumienie rozmówcy sprawiło mu satysfakcję.

Andrzej wyjął ze starej skórzanej torby notatnik i dyktafon.

- Pozwolisz, że będę notował? - niespodziewanie przeszedł z Niemcem na ty.

- Rób, co chcesz. Opowiem ci, jak to wyglądało, ale w twoim kraju pewnie nikt ci nie uwierzy. - Georg ujął kieliszek w dłoń. - Najpierw jednak napijmy się za nasze spotkanie. Mam już osiemdziesiąt lat i nie przypuszczałem, że jeszcze komuś będę opowiadał tę historię.

Stuknęli się kieliszkami.

- Miałem wtedy polski paszport dyplomatyczny. W Warszawie byłem przyjmowany jak książę. Apartament w "Victorii", rano limuzyna, którą wieziono mnie do siedziby Rady Ministrów. Po południu przejażdżka dorożką i bankiet w dworku pod Warszawą. Stoły uginały się od jedzenia i napitków. Zawsze czekało na mnie kilku ministrów. Byli jak sprzedajne dziewczyny. Jeden przez drugiego oferowali mi swoje usługi. - Twarz Kravczika skrzywiła się, jakby przełknął coś wyjątkowo niesmacznego. - FBG, to był ciekawy pomysł.

- Fundusz Budowy Gospodarki - powtórzył po chwili z naciskiem. - Nigdy wcześniej ani nigdy później nie widziałem, aby polecenia przelewania kilkudziesięciu milionów dolarów podpisywane były na kawiarnianych serwetkach. - Urwał i kolejny raz spojrzał Andrzejowi w oczy. - To były ogromne pieniądze. Tak ogromne, że mogły zabijać!... - szepnął.

- I zabijały! - Andrzej, pomimo rosnącego podniecenia, wytrzymał to spojrzenie.

Niemiec wstał od stołu i podszedł do okna.

- A za tymi pieniędzmi stały następne pieniądze. Miliony, poukładane jak domino. Tu, w tym mieście, jest kilku ludzi, którzy dzięki FBG stali się krezusami. - Wyciągnął dłoń w kierunku szyby i zatoczył nią koło. - Najważniejsi jednak nie mieszkają w Düsseldorfie. Są w USA, Izraelu i oczywiście w Rosji.

Andrzej opuścił głowę i zapisał coś w notatniku.

- Mam dużo czasu - mruknął sam do siebie.

Za jego plecami skrzypnęły drzwi, sekretarka wniosła półmisek ciasteczek.

- Dziękuję, pani Noro. - Georg nawet nie odwrócił się w jej stronę.

Palił jedno cygaro za drugim. Gabinet powoli spowijała ciężka tytoniowa mgła.

Mężczyźni siedzieli w półmroku, który rozświetlało jedynie punktowe światło lampki, wydobywające z ciemności leżące na biurku stosy dokumentów.

Sekretarka dyskretnie spytała o coś Kravczika i bezszelestnie opuściła biuro.

Ulica ucichła.

Mijały kolejne godziny. Noc za oknem błyszczała sodowymi lampami, które zapaliły się na ulicy. Słychać było jedynie dźwięk syren karetek pogotowia i wyjące z oddali alarmy samochodów.

Andrzej rozpiął na piersiach koszulę, był spocony, miał zmierzwione włosy. Georg zdjął marynarkę i dystyngowanym gestem rozwiesił ją na krześle przy biurku.

Jego droga koszula pozostała jednak nieskazitelna.

Przy jej mankietach połyskiwały brylantowe spinki.

Polak czuł napływające do mózgu fale gorąca.

Momentami przestawał się kontrolować i wykrzykiwał:

- To niemożliwe!

- Możliwe, możliwe... Wtedy też myślałem, że śnię, ale forsa, śliczne, okrągłe sumki, zamykały mi usta - odpowiadał mu z dobrotliwym uśmieszkiem Georg.

Dolewał kawy i podróżowali dalej, przez dziesiątki dokumentów, zdjęć, rachunków. (...)

-----

Witold Gadowski, "Wieża komunistów", Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2012

-----

10 października 2012 r. o godz. 18 Witold Gadowski spotyka się z czytelnikami w Klubie Dziennikarzy "Pod Gruszką" (Kraków, ul. Szczepańska 1).

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje