Współcześni uzdrowiciele - mistrzowie szarlatanerii czy nosiciele cudu?

"Nadzwyczajna moc" uzdrowicieli wymyka się wszelkim wyznaczonym przez zdrowy rozsądek granicom. Rozsadza ramy wspartej na doświadczeniach nauki, spędza sen z powiek ekspertom i rzuca wyzwanie dyktującym dotąd warunki fachowcom w białych kitlach. Pewności co do niemedycznych praktyk nadal nie ma, a balans pomiędzy "cudotwórczym" oddziaływaniem a bezpruderyjnym hochsztaplerstwem bywa karkołomny, w skrajnych przypadkach - nawet śmiercionośny. Wielu do drzwi współczesnych znachorów jednak puka i twierdzi, że pomoc od nich dostaje.

Wszyscy ci, którzy liczyli na ostateczny koniec  "lecznictwa niekonwencjonalnego", dopatrując się w nim wyłącznie siedliska ciemnego zabobonu oraz sprytnej szarlatanerii, i wierzyli w ekspansję medycyny klasycznej oraz monopol wypracowanych przez nią technik radzenia sobie bólem i chorobą, mogą poczuć się zawiedzeni.

Reklama

Praktyka i różnego rodzaju badania wyraźnie wskazują, że popularność wszelkich uzdrowicieli nie tylko nie gaśnie, ale przybiera na sile. I to nie wyłącznie wśród "nieokrzesanego, prostego ludu". Gabinety bioenergoterapeutów, radiestetów, zielarzy, homeopatów i im podobnych coraz częściej odwiedzają dobrze wykształceni i świetnie radzący sobie na rynku pracy przedstawiciele klasy średniej, których mianem "zacofanych", choćby z punktu widzenia towarzyskiego obycia czy zasobności portfela, określić nie sposób.

Najskuteczniejsza broń w walce z chorobą

Masowa, obserwowana na całym globie skala tego zjawiska zwróciła uwagę Światowej Organizacji Zdrowia, a eksperci w tej dziedzinie w sposób jasny i czytelny udowodnili, że zarówno korzystanie z usług uzdrowicieli, jak i czerpanie z bogactwa tradycyjnych, ludowych metod stanowi stały element strategii zaspokajania zdrowotnych potrzeb w dobrze rozwiniętych, zamożnych krajach.

Wiek XX niewiele w tej kwestii zmienił, przyniósł za to rewolucję w podejściu do zdrowia, które w świetle postulowanego, holistycznego ujęcia przestało być wyłącznie domeną lekarzy, praktykujących w coraz bardziej zbiurokratyzowanych warunkach. Większe znaczenie zaczęło systematycznie zdobywać otoczenie, w którym jednostka ludzka powinna działać harmonijnie. Wszystko to doskonale wpisywało się w koncepcję "lecznictwa alternatywnego".

Powszechny kult zdrowia, które obok piękna i młodości stało się wartością arcypożądaną, tylko ten trend umocnił. Społeczny, a zwłaszcza medialny przekaz był jednoznaczny: odpowiedni styl życia to najskuteczniejsza broń w walce z chorobą. Atakowany zewsząd takimi komunikatami pacjent szybko dochodził do wniosku, że w doborze dróg prowadzących do osiągnięcia celu wcale nie jest ograniczony do oficjalnych metod, jakimi dysponuje lekarz, a w dbałości o kondycję psychofizyczną może mu równie dobrze - a może nawet lepiej - pomóc niekonwencjonalny terapeuta.

"Nowa kultura zdrowia"

Lawinę, która nadszarpnęła monopol medycyny akademickiej, poruszyła także narastająca popularność ruchów związanych z New Age. Idący z duchem czasu i otwarci na ezoterykę oraz różnego typu duchowe doznania uzdrowiciele doskonale wkomponowali się w lansowaną "nową kulturę zdrowia".

Fascynacji tej uległa także Polska, gdzie odpowiedni dla tego grunt stworzyła transformacja ustrojowa. Po 1989 roku "żelazna kurtyna" opadła, a swobodny dostęp do światowych nowinek sprawił, że rodzimą kulturę zaczęły przenikać zachodnie trendy. W tym czasie nad Wisłą zaczęli pojawiać się także wędrowni, obznajomieni w niekonwencjonalnych technikach znachorzy, napływający głównie zza wschodniej, ale nie tylko, granicy. Do nich dołączyli wkrótce rodzimi adepci takich technik. Entuzjazm Polaków w stosunku do stosowanych przez nich praktyk sukcesywnie rósł. 

Społeczna skala zjawiska

Z przeprowadzonego przez CBOS w 1991 roku badania wynika, że aż 53 procent ankietowanych deklarowało zainteresowanie działalnością uzdrowicieli. Co więcej, aż 78 procent uczestników sondażu uznało niekonwencjonalne lecznictwo za dobre uzupełnienie medycyny. Analiza sporządzona przez CBOS wskazała też na najpopularniejsze techniki "innego lecznictwa". Spośród zainteresowanych nimi respondentów 15 procent wytypowało zielarstwo, 14 procent brało udział w seansach terapeutycznych, a 7 procent zetknęło się z osteopatią.

Respondenci ocenili też skuteczność  poszczególnych technik. Najwyższą notę uzyskało kręgarstwo - 52 procent deklarowało całkowite ustąpienie objawów choroby, a 27 procent - częściowe.

OBOP zbadał też fenomen "teleterapii" Anatolija Kaszpirowskiego, którą emitowała  przez prawie trzy lata (od 1990 roku) Telewizja Polska. Aż 59 procent ankietowanych przyznało, że oglądało seanse niekonwencjonalnego terapeuty. 3 procent z nich deklarowało, że odczuli pozytywny wpływ programu na ich zdrowie, a 73 procent domagało się kontynuacji jego emisji, mimo że nie dostrzegli pozytywnych zmian w swoim samopoczuciu, ale byli przekonani, że  zwiększają w ten sposób zapas zdrowia.

Kolejny, sporządzony w 1996 roku przez OBOP raport dawał odpowiedź na pytanie, co robi chory Polak. Aż 48 procent badanych zadeklarowało, że w sytuacji niepokojących symptomów stosuje samolecznictwo, a bezpośrednio z pomocy lekarza od razu korzystało 31 procent respondentów.

W 1997 roku CBOS zbadał zasięg zjawiska. 35 procent Polaków przyznawało, że oni albo ktoś z ich rodziny "leczył się u osoby nie będącej lekarzem medycyny". Swoistą klamrą spajającą te statystyki mogą być dane przedstawione w 1997 roku przez Główny Urząd Statystyczny, które dowodzą, że ok. 4 procent ludności Polski, czyli 1, 3 mln osób, korzystało z usług uzdrowicieli. Liczba tych ostatnich, tych zarejestrowanych, szacowana jest obecnie na ok. 70 tysięcy i cały czas rośnie.

Ślepa uliczka potocznego myślenia

Kontrowersji wokół działalności uzdrowicieli nie brakuje, a wątpliwości budzi już sama terminologia. Wieloletni badacz zjawiska, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Marii-Curie Skłodowskiej w Lublinie dr hab. Włodzimierz Piątkowski*, kierownik Zakładu Socjologii Medycyny i Rodziny argumentuje, że najtrafniejszym jest w tym przypadku termin "lecznictwo niemedyczne", a jego istotą  fakt, że nie spełnia ono obecnie  żadnego kryterium "bycia medycyną".

- Można w tym przypadku mówić o próbach leczenia, bo trudno nie zauważać, że uzdrowiciele starają się łagodzić skutki choroby i posługują się określonymi metodami, które mają temu służyć. Stąd uzasadniony jest w tym wypadku termin "lecznictwo". Określenie "niemedyczne" akcentuje z kolei, że jest tylko jedna medycyna, podobnie jak nie istnieją "alternatywna chemia, biologia czy fizyka", definiowane jako nauki przyrodnicze, która posiadają swoiste cechy i reguły naukowości. Mowa na przykład o zasadach statystyki, metodologii, stosowaniu "ślepej próby", doświadczeniach na zwierzętach w ramach tak zwanych badań podstawowych, czy wreszcie badaniach z udziałem ludzi, gdy pacjenci dobrowolnie poddają się testom farmakologicznym - wylicza prof. Piątkowski. 

W poszukiwaniu dowodu na cud

Kolejna zasadnicza różnica dotyczy braku transparentności i naukowych dowodów na istniejącą "moc uzdrawiającą" stosowanych w lecznictwie niemedycznym substancji.

- Jeśli stwierdzimy, że jakiś specyfik zawiera czynniki aktywne, to w medycynie jako nauce przyrodniczej musimy udowodnić eksperymentalnie i określić, jaki jest ich skład, jak wpływają na organizm i dlaczego tak się dzieje. Na przykład dowieść, że uśmierzają ból albo obniżają temperaturę. Tu wszystko musi być transparentne, dać się sprawdzić i powtórzyć. Natomiast w lecznictwie niemedycznym uzdrowiciel subiektywnie przypisuje jakimś substancjom "moc uzdrawiającą", na przykład  wodzie - dodaje naukowiec.

- Pan Zbyszek Nowak twierdzi na przykład,  że "energetyzuje wodę", a wspomniana "energia" ma charakter prozdrowotny i leczy wszystkie choroby, włącznie z nowotworami. Wystarczy tylko uczestniczyć w jego w seansie albo kupić płytę CD i powtarzać stosowane przez niego gesty i rytuały. Nowak przekonuje, że dzięki tym działaniom woda zyskuje "moc uzdrawiającą" - wyjaśnia. 

Badania laboratoryjne tezę tę jednak obalają. - Uczestniczyłem w eksperymencie, który był przeprowadzany podczas programu TVP pt. "Rozmowy nocą". Wodę, która była "energetyzowana" przez pana Zbyszka Nowaka, poddano analizom biochemicznym i fizykochemicznym. W finale audycji komisja, w której zasiadali uniwersyteccy fizycy, orzekła, że woda z kranu nie różni się niczym od "żywej wody" produkowanej i sprzedawanej przez pana Nowaka - zaznacza prof. Piątkowski. 

Siła perswazji i sugestia podstawą "efektu placebo"

Wielu pacjentów twierdzi mimo wszystko, że coś w tym jest i bezsprzecznie na nich działa. Co konkretnie? To akurat dość dobrze wiadomo, a teoria wskazująca na cud nie zyskuje potwierdzenia. Wszystko - jak wyjaśnia naukowiec - działa na zasadzie "efektu placebo".

- Jeśli  uzdrowiciel w swoich działaniach wykorzystuje substancję, która jest farmakologicznie neutralna, czyli na przykład czystą wodę albo witaminy w formie tabletek, i do tego uda mu się uzyskać wysoki poziom pozytywnych emocji: uczucie zaufania, wiary, nadziei - dodatkowo ma też znaczenie prestiż terapeuty, to zaczyna  stopniowo działać wspomniany "syndrom placebo" - tłumaczy.

Jakościowe różnice pomiędzy medycyną akademicką a lecznictwem niemedycznym nie kończą się jedynie na statusie naukowym, ale sięgają głębiej i dotykają zagadnień formalno-prawnych oraz kwestii etycznych i deontologicznych.

W świetle obowiązującego w Polsce prawa (Ustawa o zawodzie lekarza), leczyć może tylko absolwent studiów medycznych. - Jeśli zmienimy prawo, to te rozstrzygnięcia legislacyjne stracą znaczenie, ale jak na razie wszystko wskazuje na to, że przepisy w tym zakresie  będą jeszcze bardziej restrykcyjne. Oczywiście, z wyjątkiem samoleczenia, bo w zasadzie każdy z nas może na własną odpowiedzialność obwołać się "lekarzem domowym" i wiadomo z sondaży, że 59 procent polskich pacjentów, zanim pójdzie do przychodni, leczy się na własną rękę, stosując domowe metody w walce z chorobą - zaznacza prof. Piątkowski.

Cienka czerwona linia

Zasadnicza różnica między medycyną a "niemedycyną" dotyczy też braku kontroli nad stosowanymi przez uzdrowicieli metodami. Mimo że narzekamy na postępowanie lekarzy, to ich działalność, jako osób publicznych o szczególnej odpowiedzialności, jest skodyfikowana i monitorowana.

- Możemy  na przykład złożyć skargę na lekarza do Rzecznika Praw Pacjenta albo zwrócić się do rzecznika odpowiedzialności zawodowej funkcjonującego przy izbach lekarskich. Wobec  lecznictwa niemedycznego o takich środkach kontroli nie ma mowy. I tu dramatyczny przykład. Musi umrzeć dziecko, tak jak to miało miejsce w przypadku głośnej sprawy znachora z Nowego Sącza, który zagłodził kilkunastomiesięczną dziewczynkę, żeby spotkało się to z zainteresowaniem i reakcją opinii publicznej - podkreśla prof. Włodzimierz Piątkowski.

- Znam takich przypadków co najmniej kilkadziesiąt. Może, na szczęście, nie śmierci, ale różnego rodzaju uszkodzeń, zwłaszcza rdzenia kręgowego, spowodowanych niefachowymi manipulacjami na kręgosłupie, czy zatruć wywołanych przez stosowanie w tego rodzaju lecznictwie substancji o nieokreślonym składzie, na przykład nieoczyszczonej nafty - dodaje.

Prawda o niepożądanych skutkach będących efektem działalności uzdrowicieli często nie wychodzi jednak na jaw, a powody łatwo wskazać. -  Przede wszystkim ludzie wstydzą się korzystania z usług różnego rodzaju naciągaczy, hochsztaplerów i oszustów. Po wtóre, sprawy cywilne w polskich sądach ciągną się latami i wiążą z dużymi kosztami, dlatego większość osób po prostu z tej drogi rezygnuje. Sprawy te niekiedy nagłaśniają tylko media, głównie wtedy, gdy kończy się to śmiercią pacjenta - wyjaśnia ekspert.

Gdy lekarz nie pomaga, wkracza uzdrowiciel

Społeczeństwo polskie cechuje też niska świadomość zdrowotna. - W Polsce nie ma skutecznej edukacji tego typu i większość błędów jatrogennych (pochodzących od lekarza - przyp. red.), często z powodu ignorancji pacjentów i braku pomocy prawnej, "uchodzi lekarzom na sucho". Popularność "lecznictwa niemedycznego" nie wynika jednak wyłącznie z tego, że medycyna "jest w kryzysie", jeśli chodzi o techniki leczenia, bo w tym zakresie postęp jest ogromny. Wystarczy choćby wspomnieć o sukcesach w kardiochirurgii czy kardiologii - tłumaczy naukowiec.

- Można jednak mówić o niedostatecznej randze kształcenia w zakresie nauk behawioralnych. Jest to wiedza o zachowaniach, postawach, potrzebach, mentalności  pacjenta i sztuce kierowania jego postępowaniem. To właśnie ta druga część medycyny, która w konwencjonalnym ujęciu dzieli się na "science", czyli biomedycynę, i "art", czyli sztukę leczenia. Pod tą ostatnią kryje się na przykład socjopsychologia, której od prawie pięćdziesięciu lat próbujemy na uniwersytetach medycznych nauczać.

Fenomen popularności uzdrowicieli  jest mimo wszystko realnym faktem społecznym.

- Uzdrowiciele nie operują, nie posiadając odpowiedniej wiedzy technicznej ani umiejętności manualnych. Nie mają też do tego prawa. Wśród nich jest, jak się wydaje, jedynie 0,4 proc. lekarzy, chociaż oczywiście można się na nich natknąć na przykład wśród praktyków homeopatii. Nawiasem mówiąc, praktykowanie niezweryfikowanych metod leczenia o nieokreślonej skuteczności jest niezgodne z Ustawą o zawodzie lekarza i Kodeksem Etyki Lekarskiej. Podsumowując, lecznictwo niemedyczne nie oferuje ani rozbudowanej farmakologii, ani zaawansowanych technik operacyjnych, ani jakichś specjalnie wyrafinowanych metod diagnostycznych, a mimo to cieszy się społeczną popularnością -  argumentuje prof. Piątkowski.

Trudności ze zrozumieniem potrzeb i oczekiwań pacjenta

Po stronie medycyny przeszkodą jest nieumiejętność zaspokajania coraz bardziej rozbudowanych i złożonych potrzeb socjopsychologicznych pacjentów.

-  Mimo że studia medyczne obejmują kurs z zakresu socjologii medycyny, to jest to zaledwie 20 czy 30 godzin zajęć, które zaliczyć musi każdym adept studiów medycznych. Wystarcza tylko na tyle, żeby przyszły lekarz wiedział, że istnieje socjologia zdrowia i choroby, ale nie może być mowy na przykład o praktycznych ćwiczeniach czy pokazaniu, jak się pracuje "przy łóżku pacjenta" i z jego rodziną albo jak się planuje skuteczną profilaktykę, która przecież odnosi się do czynników społecznych - przekonuje prof. Piątkowski.

- Profilaktyka jest skuteczna wtedy, kiedy potrafi dotrzeć do świadomości adresatów i zmienić ludzkie zachowania na prozdrowotne. Prewencja nie daje efektów, bo w 99 procentach tworzona jest przez lekarzy, a nie przez ekspertów w dziedzinie psychologii czy socjologii zdrowia. Udane projekty dotyczące zapobiegania chorobom cywilizacyjnym można policzyć na palcach jednej ręki - wskazuje.

"Medyczne szalbierstwa"

Współczesne przemiany społeczno-ekonomiczne, wskazane wcześniej braki w kształceniu behawioralnym absolwentów  medycyny i  luki prawne stworzyły podatny grunt pod "intratny biznes uzdrowicielski".

Miejsce mocno osadzonego w tradycji, na ogół nieszkodliwego dla pacjenta lecznictwa ludowego  i samolecznictwa, przybierającego bardziej formę hobby, zajęło nastawione na zysk i mniej lub bardziej udanie imitujące profesję lekarską "uzdrowicielstwo", nierzadko ocierające się o  szalbierstwo. Tu potrzebna jest tylko "intuicja lecznicza", spora dawka tupetu, pewna, wcale nie tak znowu wygórowana, kwota pieniędzy, by "interes się kręcił".

- Uzdrowicielem może obwołać się w zasadzie każdy. Wystarczy kupić w internecie fantastyczny, drukowany na czerpanym papierze dyplom "Holistic  University of Medicine", oprawić go w piękne ramy i powiesić w gabinecie wyposażonym w odpowiednie rekwizyty, które pozwolą wzbudzić zaufanie pacjentów. Na początku trzeba też zainwestować w kilkadziesiąt ogłoszeń w mediach i umieścić "listy od wdzięcznych pacjentów" -  jest to ulubiona metoda autoprezentacji i autopromocji uzdrowicieli. W krótkim czasie  można taki "biznes" uruchomić - przyznaje prof. Piątkowski.

Oczywiście, uzdrowiciele nie doświadczają trudów studiowania nauk lekarskich na uniwersytetach medycznych, posiadają jednak z pewnością pewną intuicję terapeutyczną, zdolności komunikacji z pacjentem oraz poczucie empatii. - Takie cechy nie wszystkim są dane, a przyznać należy, że niektórzy uzdrowiciele opanowali je do perfekcji.  Przykładem może być choćby wspomniany już pan Zbyszek Nowak. Według opinii jego pacjentów, gdy przychodzi się na wizytę, to po pierwszych pięciu czy sześciu minutach rozmawia się z nim tak, jakby się go znało od trzydziestu lat - dodaje nasz ekspert.

Luka prawna daje szansę uzdrowicielom

Profesor zaznacza, że o ile działalności uzdrowicieli nie można zaliczyć w świetle obowiązujących przepisów do nielegalnych, to ich kwalifikacja prawna może budzić wątpliwości, a kluczowe w tej kwestii rozporządzenie z 1996 roku jest prawdopodobnie obarczone wadą prawną.

- Uzdrowiciele działają w ramach  cechów rzemieślniczych. Po spełnieniu konkretnych, brzegowych warunków, które są, jak słyszę od adeptów, łatwe do osiągnięcia,  stosunkowo szybko i po uiszczeniu określonych opłat stają się czeladnikami, a następnie mistrzami, na przykład w zakresie bioenergoterapii. W ten sposób zaczynają świadczyć usługi w ramach lecznictwa niemedycznego, określanego przez uzdrowicieli najczęściej jako "medycyna alternatywna". Problem polega jednak na tym, że w obowiązującym w Polsce rozporządzeniu ministerialnym można dopatrzeć się proceduralnej luki.

- Każdy tego typu akt prawny powinien przejść tak zwaną konsultację międzyresortową, a wiadomo z wypowiedzi członków Naczelnej Izby Lekarskiej, że ówczesny minister zdrowia na pewno dokumentu w tej formy by nie zaakceptował. Jakimś "dziwnym trafem" jednak  - podobnie jak miało to miejsce w przypadku słynnej afery Rywina, gdy dopisano jeden wyraz, który zmieniał całą konstrukcję tamtych przepisów, dzięki czemu można było zarobić niemałe pieniądze - ów wymóg konsultacji międzyresortowej, jak się wydaje pominięto, i na tym rozwiązaniu bazuje do dziś cała "uzdrowicielska branża" - tłumaczy Piątkowski.

- Uprawnienia rzemieślnicze zduna czy cukiernika, w porównaniu z działalnością związaną ze zdrowiem i chorobą, to jednak zasadnicza różnica. Tymczasem, mówiąc umownie, wszystkie zawody rzemieślnicze wrzucone zostały do jednego worka - dodaje.

"Galwanizacja" guza i pojenie naftą nieoczyszczoną

Nieprzejrzyste rozwiązania prawne i  bezkrytyczna społeczna akceptacja zjawiska są groźne dla  zdrowia, a w skrajnych przypadkach nawet życia pacjenta. - Uzdrowiciele najczęściej nie szkodzą fizycznie, z wyjątkiem skrajnych przypadków głodzenia czy nieudanych manipulacji na kręgosłupie, co skutkuje uszkodzeniami rdzenia kręgowego; zdarzają się też zatrucia pseudolekami - wskazuje ekspert.

Największe ryzyko dotyczy pacjentów onkologicznych, a wyniki przeprowadzonych w tej kwestii analiz są znamienne. Profesor dr hab. med. Marek Pawlicki dowiódł w swoich badaniach, że średnie opóźnienie, wynikłe z winy chorego, wynosi w Polsce sześć miesięcy, to spowodowane przez lekarzy i czynniki organizacyjne - pięć miesięcy, a przez bioenergoterapeutów - nawet dziewięć miesięcy. Zdaniem naukowca, tak długi okres braku kontaktu z onkologiem przekreśla szanse pacjenta na skuteczne leczenie.

Mimo że żadne obiektywne badania nie potwierdziły ani jednego przypadku wyleczenia raka za pomocą wykorzystywanych przez uzdrowicieli  metod, to zmagający się z cierpieniem pacjenci ciągle pukają do drzwi ich gabinetów, nawet jeśli w efekcie takich wizyt zmniejszenie bólu w istocie okazuje się tylko subiektywne.

Onkolog wskazuje na przypadek chorej z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego, która poprosiła o pomoc bioenergoterapeutę. Ulga okazała się pozorna i po trzech dniach, w wyniku powikłań spowodowanych przez zapalenie otrzewnej, kobieta zmarła.

Taki sam tragiczny skutek wywołała "galwanizacja guza" u 39-latki, u której stwierdzono zaawansowanego raka sutka.  Podobnych  przykładów jest więcej. Na nieodwracalne zmiany w wątrobie czy w nerkach narażają się także pacjenci onkologiczni, którzy podczas chemioterapii, godzą się na "leczenie", czyli pojenie naftą lub własnym moczem.

15 "cudownych" seansów w "klinice bioenergoterapii"

Brak zaufania do lekarzy  i leczenia farmakologicznego, a nierzadko przekonanie o zerowych szansach na wyleczenie metodami konwencjonalnymi w warunkach szpitalnych sprawia, że ok. 13 procent pacjentów decyduje się na kontakt z  "nielekarzami".  Wielu z nich już  w trakcie chemioterapii i radioterapii rezygnuje z leczenia onkologicznego, co z punktu widzenia prawnego jest możliwe.

- Ci chorzy wypisują się ze szpitala "na własne życzenie",  pod byle jakim pretekstem, najczęściej  pojawia się argumentacja dotycząca "względów rodzinnych". W praktyce oznacza to na przykład, że ktoś w internecie znalazł ogłoszenie, z którego wynika, że raka trzustki można wyleczyć w ciągu 15 seansów w "klinice bioenergoterapii" albo "medycyny holistycznej". Koszt takiej terapii według opinii pacjentów waha się od sześciu do dziesięciu tysięcy złotych - argumentuje profesor Włodzimierz Piątkowski.

W efekcie takich błędnych decyzji pacjentów na jakąkolwiek pomoc onkologiczną może być jednak  za późno. - Oczywiście, żaden z tych chorych nie uzyskuje trwałej remisji, ale traci szansę na próbę efektywnej terapii. Gdy w końcu pojawiają się dolegliwości bólowe i przerzuty, to z reguły uzdrowiciel umywa ręce.  W sytuacji, gdy ktoś "reklamuje" usługę bioenergoterapeutyczną, twierdząc, że zapłacił za nią 6,5 tys. zł, a stan zdrowia "babci", który miał się poprawić, uległ pogorszeniu, w odpowiedzi może usłyszeć: "widocznie babcia za mało we mnie wierzyła".

- Powstaje pytanie, w jaki sposób można weryfikować to, czy ktoś wierzył za mało czy za dużo? Realne, niemałe pieniądze zostały wydane, pacjentka umiera, a  winnych nie ma. Na tym polega cały dramat pacjentów i ich rodzin, którzy korzystają z usług uzdrowicieli - przekonuje Piątkowski.  

Wypaczenie idei nieprofesjonalnej pomocy w chorobie

Zasada, która przyświecała przez wieki  tradycyjnemu wiejskiemu ludowemu lecznictwu, została przez wielu chcących aspirować do miana "uzdrowicieli" pseudoterapeutów drastycznie wypaczona i dostosowana do czysto partykularnych i merkantylnych potrzeb. Postawiony w krańcowej sytuacji pacjent zrobi wszystko, żeby odzyskać zdrowie, dlatego żaden administracyjno-prawny zakaz w tym przypadku nie będzie skuteczny.

Najskuteczniejszą bronią wydaje się zmiana świadomości zdrowotnej Polaków. - Ludzie mają prawo znać prawdę o lecznictwie niemedycznym, mieć świadomość ograniczeń tych metod, wiedzieć na czym one polegają i czym różnią się od medycyny akademickiej. Zasady i reglamentacje zapewne mogą być nieskuteczne, ale niech każdy pacjent dokonuje świadomego wyboru - puentuje prof. Piątkowski.

-----

* Włodzimierz Piątkowski - prof. nadzwyczajny UMCS w Lublinie, kierownik Zakładu Socjologii Medycyny i Rodziny. Jego główne obszary zainteresowań to: socjologia zdrowia, promocja zdrowia, socjologia medycyny, socjologia lecznictwa niemedycznego, ekosocjologia. Pomysłodawca i kierownik grantu Narodowego Centrum Nauki "Problem zgłaszalności kobiet na badania cytologiczne w Polsce. Próba analizy socjomedycznej". Autor ponad 200 publikacji naukowych oraz opublikowanej w USA i Niemczech monografii "Beyond Medicine. Non-Medical Methods of Treatment in Poland", recenzowanej między innymi w czasopiśmie "Medical Sociology Onnlie". W 2014 roku został wyróżniony indywidualną nagrodą naukową im. E. Prosta, przyznawaną przez Lubelskie Towarzystwo Naukowe.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy