Wszyscy płakali, że Adam nie żyje

Rok temu, 19 lipca 2014 roku chory psychicznie Michał L. wjechał czerwoną hondą na Monciak i molo w Sopocie, raniąc 23 osoby. Sprawcę wypadku skierowano na przymusowe leczenie do szpitala psychiatrycznego, poszkodowanych czekało nieraz wielomiesięczne, mozolne dochodzenie do zdrowia. Jakie były ich dalsze losy?

Monciak pękał w szwach. Wieczór był upalny, znalezienie miejsca w ogródku przed jednym z tutejszych lokali graniczyło z cudem. W końcu udało się, ktoś zwolnił stolik, grupa znajomych prędko doskoczyła do krzeseł, zanim zajęli je inni imprezowicze.

Reklama

Adam Ubertowski: - To było prawie niemożliwe: tłum ludzi, ścisk nieprawdopodobny, ale szczęśliwie złapaliśmy stolik. Atmosfera była jak w lunaparku, radość ogromna. Środek wakacji, ta pogoda... Boże, jak fajnie, co nam się może stać złego? Ktoś przewróci się po alkoholu, ktoś dostanie po głowie od agresywnego klienta, to się zdarza, ale żeby coś tak nieprzewidywalnego?

Magdalena Gockowiak: - Zapowiadał się bardzo miły wieczór w gronie znajomych i rodziny, niestety, przeobraził się w najgorszy dzień w moim życiu. Że coś jest nie tak zorientowaliśmy się widząc, że czerwona honda jedzie środkiem Monciaka w kierunku molo, jednak zbagatelizowaliśmy to, będąc w przeświadczeniu, że policja zatrzyma kierowcę. Tak naprawdę dopiero w momencie uderzenia w nas, w sekundę doszło do mnie, że stało się coś strasznego.

Czerwona honda

Michał L. wjechał na deptak przy ul. Monte Cassino, a następnie skierował się na molo. Zanim zdołano go powstrzymać, kierowca czerwonej hondy zdążył staranować 23 osoby. Kilkoro z nich doznało poważnych obrażeń, najmocniej ucierpiał Adam Ubertowski.

Nie pamięta bólu, w jego organizmie buzowała adrenalina. Pamięta za to wyciągnięte smartfony i blask fleszy.

- Słabo to wyglądało. Straciłem prawie trzy litry krwi, nie działały mi nerki, a lekarze oprócz życia ratowali też moją nogę. Miałem szczęście, że zajął się mną genialny chirurg. Nikt nie patrzył na pieniądze. Gdyby wziął piłę i uciął mi nogę, NFZ zaoszczędziłby kilkaset tysięcy złotych... Dopiero jak ochłonąłem, zrozumiałem, że lekarze zrobili więcej niż musieli. Przecież w pierwszej kolejności mieli ratować mi życie, co z medycznego punktu widzenia wcale takie proste nie było - wspomina.

Magdalena Gockowiak: - Adam wykrwawiał się na moich oczach. To było przerażające. W tym dniu przyjechała do mnie córka z narzeczonym, dosłownie trzy minuty przed uderzeniem w nasz stolik Nicole i Andrzej poszli się przejść. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby coś im się stało, to ja ich zaprosiłam na to spotkanie.

Niepoczytalność

32-latek usłyszał zarzut umyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym. Groziło mu do 10 lat pozbawienia wolności, jednak do więzienia nie trafił. Biegli orzekli, że mężczyzna w chwili popełnienia przestępstwa był niepoczytalny. W przeszłości leczył się psychiatrycznie, ale odstawił leki.

Magłorzata Ciuksza, psycholog i adwokat sprawcy: - Większość z nas doświadcza w życiu sytuacji, w której czuje, że nie kontroluje swojego życia, że to "coś wyższego" steruje naszym postępowaniem. A teraz proszę sobie wyobrazić tę sytuację w tysiąckrotnie większym nasileniu. Co się wówczas dzieje? Tracimy kontrolę, steruje nami biologia, nie potrafimy rozpoznać ani nazwać tego, co robimy. Czasem nawet tego nie pamiętamy, tracimy świadomość. Tak można zobrazować niepoczytalność.

A jak należy rozumieć w świetle prawa niepoczytalność popełniającego przestępstwo? - pytam radcę prawnego Michała Pankiewicza.

- Kodeks karny wymienia trzy przyczyny niepoczytalności: upośledzenie umysłowe, chorobę psychiczną, inne zakłócenia czynności psychicznych oraz dwie konsekwencje tego stanu: brak zdolności rozpoznania znaczenia czynu i brak zdolności pokierowania postępowaniem przez sprawcę - odpowiada.

Brak zdolności rozpoznania znaczenia czynu - tłumaczy dalej Michał Pankiewicz - dotyczy zarówno jego znaczenia prawnego, jak i faktycznego. Sprawca nie uświadamia sobie, że np. potrącenie samochodem człowieka może wyrządzić mu krzywdę. Brak zdolności pokierowania własnym postępowaniem polega na tym, że sprawca nie może podjąć decyzji o określonym zachowaniu i poddać tego zachowania kontroli intelektualnej.

Obecnie Michał L. przebywa w szpitalu psychiatrycznym w Starogardzie Gdańskim. Postępowanie w jego sprawie zostało prawomocnie umorzone.

Rehabilitacja

Magdalena Gockowiak: - Po uderzeniu ocknęłam się na środku Monciaka, tak bardzo mnie odrzuciło. Wstałam oszołomiona i zaczęłam się rozglądać, gdzie jest reszta moich znajomych. Miałam złamaną lewą nogę, prawą trzeba było zszywać w kilku miejscach. Noga zrosła się w ciągu sześciu tygodni, bez żadnych komplikacji.

- Nie wiedziałem, że w szpitalu wszystko jest takie drogie. Byle taboret medyczny to tysiące złotych, a leki? Miałem lek, jakiś antybiotyk trzeciej generacji, jeden z kilku, jakie dostawałem: trzy woreczki kroplówki dziennie. Niech pan zgadnie, ile jeden kosztował? 600 złotych! Wszystko pokrywał NFZ. Jakbym nie był ubezpieczony, musiałbym mieszkanie sprzedać. Łącznie postawienie mnie na nogi jakieś pół miliona kosztowało. Tylko kule są tanie, już za 40 zł można je kupić - przyznaje Adam Ubertowski.

Rehabilituje się pan jeszcze?

- Cały czas. Codziennie siłownia, ćwiczenia. Nawet w domu. Mieszkam na trzecim piętrze, bez windy. Człowiek jednak nie ma wyobraźni, nie przewiduje, co go może spotkać. Liczyłem kiedyś, że z garażu mam do drzwi 69 stopni. Ponad pół roku nie mogłem tam mieszkać, ale świadomie wróciłem, bo te schody to też forma rehabilitacji. Prawą nogę już mam zdrową, lewa ma się ku dobremu, ale to trwa. W szpitalu straciłem 20 kg, głównie mięśni: obwód ud zmniejszył się o 10 cm. Dobrze, że działa pamięć mięśniowa. 

Legenda I: Adam nie żyje

Wydarzenia w Sopocie trafiły na czołówki gazet i otwierały programy informacyjne. Niestety, nie wszystkie podawane informacje były prawdziwe. Tak jak komentarze w internecie, gdzie zaroiło się od rewelacji dotyczących poszkodowanych i sprawcy wypadku.

Adam Ubertowski: - Jedna ze stacji telewizyjnych podała, że najbardziej poszkodowany zmarł. Słyszał to mój kolega, też uczestnik zdarzenia. Rozryczał się, wpadł w histerię. Zadzwonił do znajomych, wszyscy płakali, że Adam nie żyje.

Legenda II: Adam sprzedaje kwiaty

- Leżę w szpitalu, dzwoni siostra. Mówi, że w mediach mylą mnie z kwiaciarzem, że starszy handlarz najmocniej ucierpiał w wypadku. Rzeczywiście, niedaleko nas był pan, od lat sprzedaje na Monciaku kwiaty, ale co ja mam z nim wspólnego? Jakiś czas później przekonałem się, jak działa plotka. Podeszła do mnie pielęgniarka i pyta: "Panie Adamie, czym się pan właściwie zajmuje? Słyszałam, że jest pan właścicielem kwiaciarni"...

Legenda III: Matka z prokuratury

Ogłoszenie niepoczytalności Michała L. wzburzyło internautów. Pojawiły się teorie spiskowe dotyczące wpływów jego matki, bo przecież siedząc przed klawiaturą najłatwiej orzec, czy sprawca wypadku cierpi na chorobę psychiczną czy też nie.

- Internauci raz mówią, że jego matka jest prokuratorem, innym razem sędzią... bzdura kompletna! Sprawdziłem, robi coś zupełnie innego. To też pokazuje wyobrażenie ludzi o naszym wymiarze sprawiedliwości, myślą, że szeregowy prokurator może zablokować proces syna. Nawet prezydent Polski nie mógłby tego zrobić - mówi Adam Ubertowski.

Pytam, czy sam wierzy w zapewnienia biegłych o niepoczytalności Michała L.

- Dwóch poważnych psychiatrów mówi: "jest niepoczytalny". Też mi się tak wydaje, nie mam podstaw tego kwestionować, ale wiem, że ludzie wierzą w teorie spiskowe. Chociaż wśród moich znajomych też nie wszyscy to kupili. Lud tego kompletnie nie kupił. W internecie, jak się moje pierwsze wypowiedzi pojawiły, naczytałem się sporo hejtu, oburzenia: "Jak to wybaczyć? Jaka choroba? Przecież trzeba go powiesić".

Psychoterapia

- 16 czerwca Sąd Rejonowy w Sopocie orzekł o stosowaniu w dalszym ciągu wobec Michała L. środka zabezpieczającego w postaci umieszczenia w szpitalu psychiatrycznym, orzeczonego prawomocnym postanowieniem tegoż sądu z 16 grudnia ubiegłego roku - mówi Tomasz Adamski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Jak długo Michał L. pozostanie w szpitalu w Starogardzie Gdańskim? Nie wiadomo. Nie jest natomiast możliwa zmiana orzeczenia sądu, w razie powrotu do zdrowia, i skierowanie mężczyzny do zakładu karnego.

Małgorzata Ciuksza: - Czasu stosowania leczenia, a mówiąc językiem kodeksu środka zabezpieczającego w postaci pobytu w zakładzie psychiatrycznym, sąd nie określa z góry. Ma natomiast obowiązek, nie rzadziej niż co sześć miesięcy, orzekać o przedmiocie dalszego stosowania tego środka. Innymi słowy, sąd może stosować wobec sprawcy leczenie do końca jego życia, jednak co sześć miesięcy orzeka na podstawie opinii biegłych o kontynuowaniu leczenia.

- Postępowanie wobec Michała L. jest prawomocnie umorzone. Aktualnie zatem przedmiotem postępowania nie jest skierowanie go do zakładu karnego, tylko kontrolowanie konieczności jego dalszego umieszczania w zakładzie leczniczym, przedłużanie jego pobytu, czy też zwolnienie, w zależności od wyników leczenia, na podstawie opinii biegłych psychiatrów - wyjaśnia Tomasz Adamski.

- Michał L. nie jest traktowany wyjątkowo. Tak jak każdy inny pacjent odbywa psychoterapię - zarówno indywidualną, jak i grupową - która ma na celu zrozumieć przeszłe wydarzenia, pomóc w codziennym funkcjonowaniu w zastanej sytuacji i zaplanować przyszłość zarówno jego jak i jego rodziny. Przyjmuje też leki zgodnie z zaleceniami lekarzy. Proszę pamiętać, że każda poważna choroba, w szczególności choroba psychiczna, jest sama w sobie wyrokiem, nie tylko dla osoby chorej, ale i dla jej rodziny. Tu nie ma prawa łaski, to choroba na całe życie - dodaje Małgorzata Ciuksza.

Powrót na Monciak

- Często wracam do tamtego dnia myślami, ale żadnej traumy nie mam. Jeden mój kolega, również ciężko poszkodowany, do tej pory na Monciaku nie był. Mówi, że nie daje rady. A ja? Nic, zero dodatkowych emocji. Nie potrafię tego wytłumaczyć... Mniejsze przeżycia czasem człowiek bardziej zapamiętuje i przeżywa - mówi Adam Ubertowski.

Jest psychologiem biznesu. Może dlatego łatwiej przyszło mu poradzić sobie z wypadkiem? Mówi, że to kwestia dobrych genów i temperamentu: "Albo się takie rzeczy bierze na klatę albo nie" - swoje wspomnienia z wydarzeń sprzed roku opisał w książce pt. "Sopocki rajd" (wyd. Oficynka).

- Długo mówiłem, że książka nie była dla mnie rodzajem terapii, ale na pewno pomogła. Nadała mi cel, a lubię do czegoś dążyć. Miałem ustalony kierat: budziłem się rano, 2-3 godziny pisałem, potem zaczynała się codzienna bieganina w szpitalu.

Magdalena Gockowiak: - Został mi duży uraz psychiczny po tym wypadku, przechodząc przez ulicę obawiam się jadących samochodów, a kiedy sama prowadzę, bardzo często mam przeświadczenie, że w każdej chwili może wydarzyć się coś złego. Całkiem niedawno byłam w miejscu wypadku. Z jednej strony czułam spokój, bo wszyscy żyjemy, ale takiego zdarzenia nie da się wymazać z pamięci.

Największa ofiara

Czy Michał L. wie, co wydarzyło się w Sopocie? - pytam jego adwokata.

- Obecnie jest świadomy tego, co zrobił. Żałuje, że wyrządził krzywdę innym - odpowiada Małgorzata Ciuksza.

Czy to prawda, że rodzina się od niego odwróciła?

- Nie, kontakt z rodziną to ważny element terapii. Michał L. rozmawia z rodziną i bliskimi przez telefon, odwiedzają go również w szpitalu. Podano, że rodzina odwróciła się od niego pewnie dlatego, że odcięła się od mediów i unika kontaktu z dziennikarzami - wyjaśnia obrońca Michała L.

Magdalena Gockowiak: - Nie czuję do niego żalu, ale jeżeli ten wypadek skończyłby się inaczej, gdyby ktoś z moich znajomych zginął, gdyby coś stało się mojej córce, to prawdopodobnie nigdy nie wybaczyłabym Michałowi L., nawet jeżeli stwierdzono, że jest chory psychicznie.

- Nie powiem, że jestem mu specjalnie wdzięczny, ale coraz częściej jest mi go żal - mówi Adam Ubertowski.

- To on jest największą ofiarą tego wszystkiego. Do końca roku wszyscy będziemy zdrowi, 2-3 nas zostało z różnymi dolegliwościami, funkcjonujemy już w miarę normalnie. A on? Jak sobie poradzi w życiu? Kiedy wyjdzie? Kto go przyjmie do pracy? Ludzie mu tego nie wybaczą, chyba będzie się musiał spakować i wyjechać, gdzie nikt go nie skojarzy - dodaje.

Wszyscy, poza Michałem L., wracają do normalnego życia. Wśród poszkodowanych pojawiają się nawet przebłyski czarnego humoru. - Kilka osób chce wynająć ten sam stolik, posiedzieć przy drinku. Taka makabreska... Wielu nie chce. Czy pójdę? Nie wiem, nie zdecydowałem jeszcze - wyznaje Adam Ubertowski.

Dowiedz się więcej na temat: Sopot | Monciak | wypadek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje