Wyklęty w jedwabnej koszuli

Trzykrotnie uciekał z niemieckiej niewoli. Po zakończeniu II wojny światowej walczył o wolną Polskę. Zginął w 1947 roku w obławie urządzonej przez Urząd Bezpieczeństwa. Córka Jana "Salwy" Dubaniowskiego odsłania zapomnianą historię niezłomnego żołnierza.

Ostatni list od ojca przyszedł w sierpniu. Był napisany na skrawku papieru. "Koło mnie w porządku. Nie mam czasu pisać. Trzymajcie się mocno. Janek". W listopadzie matka zaczęła poszukiwania. Wróciła po kilku miesiącach.

Reklama

W dłoni miała liść brzozy.

Tancerz

Pani Maria Dubaniowska-Guzdek przyjmuje mnie w Przemyślu. W 106-letnim domu mieszka już szóste pokolenie jej rodziny. Na ścianie w salonie kilka zdjęć ojca. Jedno z bratem majorem Dionizym Dubaniowskim, zamordowanym w 1940 roku w Katyniu, jedno na spacerze z żoną, kilka z czasów wojny i partyzantki. Obok wiszą ordery i patent oficerski podpisany przez prezydenta Ignacego Mościckiego.

Jan Dubaniowski był człowiekiem o szerokich zainteresowaniach. Władał biegle niemieckim i angielskim. Grywał na skrzypcach utwory poważne. Nie rozstawał się z nimi nawet w partyzantce.

Skrzypce przetrwały wojnę.

- Bardzo pogodny, pełen życia, wyrozumiały dla swoich podwładnych. Widać to było jeszcze przed wojną w jego relacjach z ordynansami. Mama mówiła, że jak w koszarach wyznaczano ordynansów dla oficerów, większość chciała być u ówczesnego porucznika Jana Dubaniowskiego - opowiada pani Maria.

"Salwa" ukończył korpus kadetów i szkołę artylerii w Toruniu. Po dyplomie rozpoczął służbę wojskową w Przemyślu. Tu się zakochał w Bolesławie z Wachalów. Pobrali się w 1936, rok później przyszły na świat bliźniaki: Jaś i Marysia.

- Nasz dziadek dobrze zarabiał. Był dyrektorem lasów u księcia Leona Sapiehy. W prezencie ślubnym kupił ojcu konia. "Pan oficer na koszarowych jeździł nie będzie" - powiedział. Koń się nazywał Tancerz. Rano przyjeżdżał ordynans, ojciec wsiadał na konia i jechał do koszar, do Pikulic, gdzie stacjonował 10. Pułk Artylerii Ciężkiej. To był ukochany koń ojca - zamyśla się pani Maria.

Tancerz skończył tragicznie. Został włączony do zaprzęgu radzieckiej armii. Przy skrzyżowaniu Krasińskiego i Kołłątaja, w pobliżu domu Dubaniowskich, stanął i ani myślał pójść dalej. Tam Sowieci go skatowali.

Zdjęcie

Kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, "Salwa" był kapitanem artylerii Wojska Polskiego. Brał udział w kampanii wrześniowej. Pojmany przez Niemców, trafił do jenieckiego obozu dla oficerów - Offlagu II b w Choszcznie.

- Uciekał trzy razy. Za drugim razem znaleźli w jego kieszeni nasze zdjęcie. Tylko dlatego darowali mu życie. Kiedy uciekł, przyszedł do nas do domu w Przemyślu ukraiński policjant. Rodzina go nie znała. Zawołał mojego dziadka i kazał mamie się pakować: "Niech weźmie dzieci i idzie na pierwszy pociąg. Jest list gończy za Dubaniowskim". Spakowała kosztowności i zabrała nas na dworzec. Wysiedliśmy w Krakowie - relacjonuje pani Maria.

Zamieszkali przy ul. Starowiślnej, u babci - Karoliny Dubaniowskiej. Ojciec przyszedł po kilku miesiącach. Gubił ślad. Matka go nie poznała. Wkrótce zgłosił się do centrali AK.

Babcia

Karolina Dubaniowska miała trzech synów. Dionizego, który zginął w Katyniu, "Salwę" i najmłodszego, Władysława, który w czasie wojny był nastolatkiem. Jej krakowskie mieszkanie stało się punktem kontaktowym AK.

Przy Starowiślnej, w centrum Krakowa, babcia Karolina i mama Bolesława zapiekały krótką broń w wydrążonym chlebie. Na wypadek kontroli chleb musiał ważyć tyle, co zwyczajny. Tak ukrytą broń dostarczano akowcom.

Po wojnie przesłuchiwana przez UB sąsiadka oświadczyła, że Karolina Dubaniowska pokazywała jej okupacyjną gazetę, w której zamieszczono nazwisko jej syna Dionizego wśród ofiar Rosjan w Katyniu. Rozpowiadała też, że drugiego syna zamordowali ubecy.

Karolina Dubaniowska musiała uciekać z Krakowa. Schronienie znalazła w Szklarskiej Porębie, u ks. Stanisława Bochenka. Duchowny w trakcie okupacji współpracował z AK w Łapanowie.

Garbarnia

- W czasie pobytu w Krakowie AK poleciła ojcu i mamie, żeby zatrudnili się w garbarni na Ludwinowie. Zaczęto tworzyć oddziały partyzanckie. Rodzice mieli wywieźć z magazynu skóry na buty dla leśnych. Mama garbowała, ojciec był portierem. Miał lewe papiery na nazwisko Karol Biegun - wspomina córka Dubaniowskich.

Misja się powiodła. Wywieźli skóry, ale Niemcy zaczęli węszyć w garbarni. Jedna pracownica nieświadomie wskazała im trop prowadzący do "Salwy". - Na pytanie o ojca odparła, że chyba jakiś niedorozwinięty jest. Że siedzi nad książką i mówi w dziwnym języku. Ani po polsku, ani po niemiecku. A on uczył się rosyjskiego - tłumaczy pani Maria.

Kiedy parę dni później Dubaniowscy wracali z Rynku Głównego, w pobliżu kamienicy zatrzymali ich sąsiedzi. W mieszkaniu byli już Niemcy. Tej nocy całą rodzinę w tajemnicy wywieziono do Brzezawy, do Katarzyny Smagi, ciotki "Salwy". Ojciec poszedł do lasu, a rodzina została w Brzezawie do końca wojny.

Komandir

Pani Maria pamięta taką scenę. Ojciec przyszedł z oddziałem do domu ciotki Smagi. Był późny zimowy wieczór. Dzieci - ona razem z bratem Jasiem - były już pod pierzyną. Na łóżku leżała broń. W pewnym momencie do domu weszli rosyjscy partyzanci. Mieli na sobie białe kombinezony maskujące.

- W rogu izby postawili jakieś worki. Jeden z nich wskazał na ojca i powiedział, że jest komendantem. Chwilę posiedzieli i wyszli. Na drugi dzień ojca już nie było. Przyszedł Szymon Padlewski, dziedzic z Wieruszyc. Wysoki mężczyzna z wąsami. Opowiedział, że była u niego rosyjska partyzantka. Darowali mu życie, ale wszystko zabrali. Łup był właśnie w tych workach. Tacy partyzanci też byli - kręci głową córka "Salwy".

Pani Maria zastanawia się, skąd Sowieci wiedzieli, jak wygląda jej ojciec. Skąd wiedzieli, kto był "komandirem"? Przypuszcza, że rozpracowywali podziemie niepodległościowe, ich struktury i dowództwo.

- Partyzantka rosyjska na tym terenie nie stoczyła żadnej walki z Niemcami. W innym wypadku moja mama wiedziałaby o tym. Całą okupację tam przeczekaliśmy - wyjaśnia.

Niemowy

Zastanawia się, kto był większym bohaterem. Uzbrojony partyzant z granatem za paskiem czy ciotka Smaga i jej matka?

Katarzyna Smaga prowadziła w Brzezawie punkt kontaktowy AK. Często stacjonowali u niej partyzanci "Salwy". Zestrzelonym nad Krakowem lotnikom nosiła jedzenie do lasu. Niemcy jej pistolet do głowy przystawiali, ale nikogo nie wydała.

A Bolesława Dubaniowska? Była u boku męża od początku jego życia partyzanckiego, chociaż nie składała przysięgi. Być może "Salwa" ją w ten sposób chronił, nie chciał, żeby figurowała w ewidencjach. Z bronią i rozkazami jeździła w wagonach tramwajowych przeznaczonych dla Niemców. Nie miała dokumentów, ale doskonale znała język. Niczym nie różniła się od Niemek.

- Bardzo często z nią jeździliśmy. Tylko nie wolno się było odzywać. Jak się Niemcy do nas zwracali, mówiła, że dzieci biedne, niemowy - wspomina córka.

Pamięta, jak z matką i bratem jechała do Dębicy. Matka w torbie ukryła rozkazy i mapy. Niemcy prowadzili regularne kontrole drogowe. Nie sprawdzali dokumentów, kiedy dostali łapówkę. Wkładali głowy do samochodów i brali, co się dało: kiełbasę, masło... Brali swoje i puszczali dalej.

- Jechaliśmy kiedyś na beczkach z paliwem, które w pewnym momencie zaczęły się tlić od niedopałka. Matka wyrzuciła nas z auta i skoczyła za nami. Złapało nas gestapo. Na komisariacie matka kazała nam płakać, co rozzłościła Niemca. Krzyknął na nas, wtedy wyskoczyła na niego po niemiecku i kazała wezwać dowódcę. Tak na niego naskoczyła, że rozkaz wydał, żeby nas odprowadzić, gdzie zechcemy. Doszliśmy do ostatnich zabudowań miasta, matka powiedziała do Niemca, żeby nie szedł za nami, bo ludzi straszy. Noc przesiedzieliśmy w krzakach, a rano dostarczyła rozkazy i mapy - relacjonuje pani Maria.

Wojna dodała Bolesławie Dubaniowskiej 20 lat. Za okupacji oślepła. W piwnicach kliniki, gdzie umierali Niemcy, zoperowano jej odmę mózgu. Owdowiała jak miała 32 lata. Drugi raz nie wyszła za mąż. Zmarła z odłamkiem w głowie. Została trafiona na terenie Łapanowa, w trakcie walk Rosjan z wycofującymi się Niemcami.

UPA

Oddział "Salwy" prężnie działał w małopolskiej partyzantce. Najgłośniejszą akcję kierowana przez niego "Żandarmeria" przeprowadziła 31 marca 1946 roku. W zasadzce pod Łapanowem grupa zastrzeliła od 7 do 10 osób. Wśród ofiar był m.in. komendant milicji z Bochni i funkcjonariusze UB. Ranni zostali działacze komunistyczni.

W marcu 1947 roku "Salwa" ujawnił się i na krótko złożył broń. - Przyjechał do Przemyśla po dłuższym czasie. Wcześniej nas odesłał do rodzinnego domu. Ojca odwiedził przedstawiciel Stanisława Radkiewicza, naczelnego szefa bezpieki z Warszawy. Namawiał tatę, żeby objął przywództwo w walkach z siłami UPA. Kategorycznie odmówił - wspomina pani Maria.

- Muszę panu powiedzieć, że w czasach UPA Przemyśl co wieczór był oświetlony tak, że można było szpilkę znaleźć. To płonęły okoliczne wsie. Mordowano Polaków... Ojciec nie chciał służyć w komunistycznym wojsku, które akceptowało sowiecką okupację. Zdawał sobie sprawę z tego, że UB będzie szukało okazji do zlikwidowania go i zrzucenia winy na Ukraińców - dodaje.

"Salwa" wrócił do lasu.

Obława

Ruda Kameralna, niewielka wieś w powiecie tarnowskim. Pan Feliks Matras wskazuje miejsce, gdzie zginął Jan Dubaniowski.

- Tego domu już nie ma, ale dobrze go pamiętam. Narysowałem na kartce. Niech pan patrzy. O, tak to wyglądało. Tu była droga, obok stał drugi dom. Tą ścieżką szło się wzdłuż potoku do domu. Obok pastwisko, śliwy rosły, a tam stał orzech - wskazuje pan Feliks. - Dom? Izdebka, kuchnia, sień i stajnia. Z tego, co mi córka gospodarzy mówiła, UB weszło do kuchni, a on wyskoczył oknem i uciekał - dodaje.

Jan Dubaniowski dbał o wygląd. Żalił się żonie, że ze starej koszuli zostały strzępy. Przesłała mu nową. Białą, jedwabną. Miał ją na sobie rankiem 27 września 1947 roku.

Ktoś doniósł, że widział w Rudzie Kameralnej grupę partyzantów. "Salwa" i jego ludzie ukrywali się w domu Jana i Anny Rysiów. Córka Rysiów miała pięć lat. - Opowiadała, że ojciec poszedł do kuchni zapłacić za wyżywienie. Był w jedwabnej koszuli, spodniach i oficerkach. Nie miał broni. W drzwiach stanęli funkcjonariusze UB. Jeden z nich wystrzelił serię z karabinu - wspomina pani Maria.

Ranny partyzant wyskoczył przez okno. Pobiegł w stronę potoku. Kiedy przeskakiwał płot, dosięgła go kolejna kula. Upadł bez ruchu.

- Są rozbieżności. Jedni świadkowie mówią, że ojciec tak leżał, inni, że został dobity strzałem w głowę. Dotąd nie dotarłam do dokumentu z oględzin zwłok. Nie ma też żadnego wyroku oficjalnego na tatę. W Rudzie Kameralnej strzelano do bezbronnego człowieka. Strzelano, by zabić - pani Maria zawiesza głos.

Kryształ

Mieszkaniec Rudy Kameralnej: - Jedni szli do lasu bić komunistów, inni kraść. Teraz o odszkodowania walczą ci, co Polaków okradali. Podszywają się pod AK, wyklętych. Tylko niech mnie pan z nazwiska nie podaje.

- Partyzantka była u nas bardzo duża. Nic nie można było mówić. Jak ktoś mówił, donosili do UB i były kłopoty. Tutaj dużo wojskowych zginęło. A ja wiem, czy Ryś działał w partyzantce? To na uboczu było. Córka Rysiowa przychodziła do nas w karty pograć, ale człowiek był młody. Głowy sobie nie zawracał historią - mówi Feliks Matras.

Żona Matrasa pokrzykuje z drugiego pokoju: - A kto teraz panu prawdę powie? Każda wersja inna, a sprawdzić, kto ma rację, nie ma jak!

- U nas w rodzinie partyzantów nie było. Ojciec był w okopach na wschodzie. Wrócił. Nie chciał opowiadać. Czytać i pisać nie umiał. Robił w Rożnowie na zaporze u Niemców. Do robót przymusowych brali. Nie było wyjścia. Starsi wszystko wiedzieli, ale przez lata nie chcieli mówić - dodaje pan Feliks.

- Zawaliliśmy. Trzeba było spisać relacje tych, co pamiętali, za ich życia. Dzisiaj świadków już nie ma... Dubaniowski? Człowiek kryształ, proszę pana. O tym, co się stało, we wsi się nie mówiło. Oczywiście, że ktoś doniósł na partyzantów. Kto? Nie wiadomo. Teraz mamy to wyciągać? Teraz rodziny krzywdzić? Za późno. O zmarłych dobrze albo wcale - podkreśla proszący o anonimowość mieszkaniec wsi.

Ciało

- Zwłoki "Salwy" odwoził na cmentarz mój tata. Ukrywał się w wiosce, bo Niemcy na przymus brali. Sołtys kazał jechać, to pojechał. Pewnie go wybrał, bo był przyjezdny. Droga wiodła potokiem, obok był las. W lesie rozmaita partyzantka. Bał się, żeby przypadkowo go nie zastrzelili. Nikt mu nie pomagał. Paskiem od spodni przywiązał ciało i dźwignął z potoku na wóz. Potem przykrył gałęziami i pojechał na cmentarz do Zakliczyna - wspomina Filomena Winiarska.

Rozmawiamy w Brzesku. Pani Filomena w tygodniu pomaga córce. Zajmuje się wnuczką, odprowadza do przedszkola. Do domu w Rudzie Kameralnej wraca na weekend. Pamięta, że ojciec niewiele mówił o partyzantce.

- Nie opowiadał o tym. Może się bał? Nie dopytywałam. Czasy były niebezpieczne... Grupy partyzanckie działały, służby bezpieczeństwa. Ale jedno zapamiętałam. Zawsze twierdził, że Ruscy większe spustoszenie przynieśli niż Niemcy. Konie brali, kradli, łapali i gwałcili młode dziewczyny po wojnie. Mnie w szkole uczyli, że sowieci nas wyzwolili. Jak ktoś mówił inaczej, nauczyciele besztali - dodaje.

Jana Dubaniowskiego pochowano na cmentarzu parafialnym w Zakliczynie.

Liść

Ostatni list przyszedł w sierpniu. Był napisany na skrawku papieru. "Koło mnie w porządku. Nie mam czasu pisać. Trzymajcie się mocno. Janek". I cisza. W listopadzie zaniepokojona żona zaczęła poszukiwania "Salwy". Wróciła po kilku miesiącach. Była zaziębiona. Zawołała dzieci i powiedziała: "Tatuś nie żyje. Pamiętajcie - jest pochowany w Zakliczynie. Koło grobu rośnie brzoza". W dłoni miała liść. Leżał na grobie...

Miejsca pochówku strzegło UB. Rodzina jeździła na grób męża i ojca nocą.

- Mam olbrzymią satysfakcję, że za pierwsze zarobione pieniądze postawiłam ojcu skromny nagrobek wbrew zakazowi UB. Brat go remontował. W tym roku wspólnie z dziećmi postawiliśmy nowy. Przez wszystkie lata komuny co parę miesięcy trzeba było tablicę wymieniać. Ubecy rozbijali. Dlaczego? Napisane było, że to oni go zabili. Pewnie w piwnicy wciąż mam zapasowe tablice z tego okresu - opowiada pani Maria.

Odszkodowanie

Bolesława Dubaniowska przed wojną prowadziła kancelarię swojego ojca. Po wojnie, do 1956 roku, nie mogła znaleźć pracy. Jak ją dostała, zniszczonymi za okupacji dłońmi zawijała plastelinę w papier. Była na utrzymaniu dzieci.

Pani Maria: - Było ciężko. Od 1947 roku chodziliśmy z mamą i bratem do Żurawicy, do pracy w polu. Wychodziliśmy po lekcjach, wracaliśmy w nocy. Nie było połączenia, w jedną stronę z Przemyśla do Żurawicy jest sześć kilometrów. Szliśmy piechotą. Kopaliśmy buraki, paśliśmy krowy. Robiliśmy wszystko, żeby przeżyć. W zamian dostawaliśmy ziemniaki, kapustę na zimę, cukier, słoninę, mleko.

- Chodziliśmy w przyciasnych ubraniach i butach, ale dom był pogodny i radosny. Mama powtarzała, że nigdy nie płakała, żeby ubecy nie mieli radochy... Zapewniła nam średnie wykształcenie, resztę zdobywaliśmy z Jasiem sami. Pamięć ojca była dla mnie i brata zawsze świętością, a jego zasady życiowe skrupulatnie egzekwowane przez mamę. Patriotyzm? Na pewno nie polega na tym, że w jednej ręce niesie się biało-czerwoną chorągiew, a w drugiej wyrwaną płytę chodnikową - dodaje.

Pani Maria ma żal, że za mało tłumaczymy dziś o tamtych czasach. Nie poświęcamy zbyt wiele miejsca historii wyklętych, nie wyjaśniamy, dlaczego poszli w las i dlaczego ginęli z rąk UB. Wie jednak, że nikt tak dobrze nie zrozumie powojennych realiów jak świadkowie tamtych czasów.

- Przekopywano ogródki domowe, przewracano mieszkania. Wdowie po akowcu grożono, że jak coś znajdą, pójdzie siedzieć, a ja trafię do domu dziecka. Zabrano nam część domu i stłoczono na małym metrażu... Odszkodowanie za zamordowanie ojca? Nie dochodziłam - zawiesza na moment głos.

I dodaje po chwili namysłu: - Mój tato walczył o wolną i niepodległą Polskę, nie o pieniądze.

Dariusz Jaroń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy