Zbliżenie na wojnę. Nie trzeba krwi, żeby było okrutnie

Donieck, zabudowania cywilów /Michał Zieliński /

Jego fotografie nie szokują brutalnością, nie ma na nich dużo krwi. Mimo to bije z nich okrucieństwo wojny. Z fotoreporterem Michałem Zielińskim, autorem zbioru "Konflikt wewnętrzny", rozmawiała Justyna Tomaszewska.

Reklama

Dużo zapamiętałeś z tych wyjazdów?

- Tam, na wojnie, wszystko się zmieniało jak w kalejdoskopie. Raz w debalcewskim worku na Ukrainie, w wielkim pośpiechu wyskakiwaliśmy z samochodu. Kiedy już byłem na otwartym polu, zorientowałem się, że nie mam większości sprzętu i hełmu. A ostrzał pod Debalcewe był gęsty.

Reklama

- Pamiętam też taką scenę spod Strefy Gazy. Widzimy, jak na niebie rysują się palestyńskie rakiety. Nie wiemy, gdzie spadną, więc kładziemy się na ziemi przy autobusie - to najbezpieczniejsze w takim momencie miejsce, wtedy jest szansa, że autobus nas zasłoni. Rakiety zostały zestrzelone przez izraelski system Iron Dome, czyli Żelazną Kopułę. Okazało się, że obok nas leżał projektant tego systemu, żyd, który przez lata mieszkał w Ameryce. Dowiedzieliśmy się o tym, bo była z nim żona, Ukrainka spod Lwowa, która rozumiała, jak rozmawiamy po polsku.

Na wojnę jednocześnie nie chce się patrzeć i chce się patrzeć. U ciebie wygrało to drugie.

- Nie ma co uciekać od trudnych tematów, które tak naprawdę dotyczą ogromnej liczby ludzi. Jesteśmy szczęściarzami, bo żyjemy w spokojniejszej części świata - a mimo to bardzo się o ten spokój boimy. Odwracanie wzroku od dramatu i cierpienia wojny może sprawić, że taka rzeczywistość nas samych ogarnie zupełnie niezauważenie. Powinniśmy przynajmniej starać się zobaczyć świat takim, jaki jest, i wyciągać z tego wnioski.

- Kiedy kieruję obiektyw w stronę tych trudnych tematów, to właśnie chcę osiągnąć - pomóc ludziom zrozumieć i doprowadzić ich do własnych refleksji.

Trudno pojąć rzeczywistość, która wydaje się taka odległa. Większości z nas jest ciepło, mamy co jeść...

- ...a na przykład jeszcze wiosną zeszłego roku szpital w Selidowie na Ukrainie był odcięty od wody. Jednocześnie przyjmował pacjentów, przeprowadzano operacje. Pamiętam historię jednego z mężczyzn, których tam leczono, ciężko poparzonego. Od wybuchu z Grada stanął w płomieniach. Przeżył tylko dlatego, że pomogła mu sąsiadka, która zobaczyła, że się pali, i wylała na niego wiadro pomyj.

To był żołnierz?

- Nie, cywil.

Dla wielu Polaków - szczególnie młodych - wojna to zupełnie inny świat...

- Znamy opowieści dziadków z czasów wojny, często dramatyczne, ale one działają trochę jak czytanie książki. Kiedy uświadomimy sobie, że te zdjęcia zostały zrobione rok, miesiąc, czy tydzień temu, to - mam nadzieję - łatwiej pojąć, że ten koszmar nie jest taki odległy, mimo dystansu geograficznego czy kulturowego.

Trzy konflikty, różne miejsca, różne kultury, różne religie, ale wspólne mianowniki rzucają się w oczy: gruzy, bieda i karabiny. Co jeszcze?

- Wojna sprowadza życie człowieka do podstawowych potrzeb. Myślimy o tym, żeby było bezpiecznie i ciepło, żebyśmy mieli co jeść i dostęp do opieki medycznej. Niezależnie od tego, w jakiej kulturze się wychowaliśmy, te podstawowe potrzeby są takie same.

- Wyzwalane w skrajnych sytuacjach emocje mocno się krystalizują i obnażają nasze człowieczeństwo. Uwierz mi, muzułmanin, prawosławny czy katolik, Palestyńczyk, Syryjczyk, Żyd czy Słowianin najpierw jest człowiekiem, a dopiero potem przedstawicielem danej grupy.

Jak odbierali cię ludzie, których fotografowałeś? Byłeś dla nich intruzem, atrakcją, może nadzieją?

- Różnie, ale muszę zaznaczyć, że w tych miejscach, które odwiedziłem, nikt nie był wobec mnie agresywny tylko dlatego, że jestem Polakiem czy Europejczykiem, i jako przybysz mogę nie rozumieć. Próbowali wyjaśniać, mówić o problemach.

- Mam wrażenie, że doceniali i szanowali to, że pochylam się nad tym tematem. Wiele z konfliktów, które się toczą dziś na świecie, to wojny zapomniane. Myślę, że moi bohaterowie czuli, że nie traktuję ich jak małpy w klatkach i sposób na zarobienie pieniędzy, tylko szczerze chce pokazać ich historie. Czasem też byłem "nie na rękę" różnym służbom bezpieczeństwa, ale zwykli ludzie byli raczej życzliwi.

Dlaczego akurat konflikty wewnętrzne?

- Bo większość dzisiejszych konfliktów to - mimo obecności różnych zewnętrznych sojuszników - wojny domowe. Chciałem też - co w zasadzie najważniejsze - zasygnalizować konflikt, który zachodzi w ludziach. Wojna rodzi wiele pytań i zmusza do dramatycznych wyborów: bronić dobytku, czy uciekać? Ratować siebie, czy myśleć o społeczności? Zjeść samemu, czy się podzielić?

- To też mój prywatny konflikt i dylemat - skierować obiektyw w tę stronę czy nie? Wytrzymać, czy lepiej się wycofać? Warto czy dać sobie spokój? Te pytania mnożą się bez końca.

Jak wtedy na Wzgórzach Golan?

- Tam sfotografowałem bucik zawieszony na drucie kolczastym. To było syryjskie pogranicze. Przejeżdżaliśmy tamtędy przed zachodem słońca - o tej porze dnia nie jest tam najbezpieczniej. Chcieliśmy jak najszybciej odjechać, kiedy mój przyjaciel zobaczył ten but.

- Nie wiem, kto go tam zawiesił i w jakich okolicznościach, ale dla mnie kryje się za nim opowieść o tysiącach dzieci. W samej Jordanii mamy 650 tys. zarejestrowanych uchodźców z Syrii - połowa z nich to dzieci. W Libanie 33 proc. z 1 mln 100 tys. zarejestrowanych - a mówi się o 1 mln 800 tys. na miejscu - to dzieci w wieku szkolnym. A ile dzieciaków próbuje dotrzeć do Europy?

A ten chłopiec ze zdjęcia?

- Nasira* spotkałem na pograniczu syryjsko-libańskim. Razem ze swoją matką Zahrą, ojcem oraz przyjacielem rodziny mieszkają w domu, który w naszych realiach uznalibyśmy za schowek na narzędzia. Wolnostojące pomieszczenie z pustaków oddalone jest około 100 metrów od granicy z Syrią, którą w tamtym miejscu stanowi rzeka Nahr al-Kabir al-Janoubi.

- Rodzina Nasira uciekła z Syrii, z wioski, która jest  widoczna z ich obecnego domu. Niestety, reszcie rodziny - w tym siostrze Zahry - nie udało się przedostać. Tuż przy granicy obóz rozbiło wojsko syryjskie, które pilnowało bezwzględnego zakazu opuszczania kraju. Zahra znajduje się jakieś 300 metrów od ukochanej siostry i innych członków rodziny. Od pięciu lat wychodzą na podwórko i machają do siebie.

Ale nie mogą się dotknąć ani przytulić...

- Jeśli patrząc na zdjęcie, odnajdziemy w nim ten "znajomy" pierwiastek i na przykład w umęczonej muzułmance zobaczymy swoją matkę, córkę, kobietę, być może wtedy będziemy w stanie więcej zrozumieć. Albo zastanowić się, jakie emocje targałyby nami, gdyby nasz syn, mąż czy ojciec walczył na froncie.

- Jeśli komuś uda się przez moją fotografię znaleźć ten wspólny element, to praca była warta wykonania. 

***
* Imiona zostały zmienione

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje