​Zmartwychwstanie. Co to dzisiaj oznacza?

"Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tu, powstał z martwych" (Ewangelia wg św. Łukasza)

Jak dziś odczytać przekaz o zmartwychwstaniu Jezusa? Oto fragment książki ks. Jamesa Martina SJ "Jezus" (Wydawnictwo Święty Wojciech, Poznań 2016), który zaprasza czytelników, by w zupełnie nowy, inspirujący i poruszający sposób dotknęli tego, o czym mówią Ewangelie - i lepiej zrozumieli Jezusa.

Zmartwychwstał

Z Ewangelii jednoznacznie wynika, że Jezus umarł. (...) Ewangeliści odnotowują, jak długo Jezus przebywał w grobie: trzy dni (piątek, sobotę i niedzielę). Żydzi wierzyli, że dusza pozostawała w pobliżu ciała przez trzy dni.

Wszyscy trzej synoptycy [św. Marek, św. Mateusz, św. Łukasz - przyp. red] odnotowują, że pusty grób odkryły kobiety.

(...) Niewiasty przybywają, by namaścić ciało lub by obejrzeć grób. U Mateusza "powstaje wielkie trzęsienie ziemi" i "anioł Pański" zstępuje z nieba, odsuwa kamień [głaz, którym grób był zamknięty - przyp. red] i siada na nim. Jego postać jaśnieje "jak błyskawica", jego szaty są "białe jak śnieg". Żołnierze, którzy wciąż pilnują grobu "zatrzęśli się ze strachu przed nim i struchleli".

U Marka niewiasty idą do grobu zastanawiając się, kto im odsunie kamień u wejścia, ale zaraz zauważają, że kamień jest już odsunięty. W grobie zaś siedzi młodzieniec "odziany w biała szatę".

W relacji Łukasza niewiasty zastają kamień odsunięty i wchodzą do grobu. Gdy starają się zrozumieć, co się stało, stają przed nimi "dwaj mężczyźni w lśniących szatach".

(...) "Anioł Pański", "młodzieniec" czy też "dwaj mężczyźni" przynoszą tę samą wiadomość. Wiadomość, która zmieni życie tych niewiast, apostołów, uczniów i wszystkich, którzy szli za Jezusem; życie wszystkich, którzy go znali, całą przyszłą historię świata i moje życie. Najpiękniej pisze chyba św. Łukasz: "Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tu, powstał z martwych".

Jezus zmartwychwstał!

(...)

Ewangelia według św. Jana daje nam inną opowieść, i to na niej chciałbym się teraz skupić. A jest to w dużej mierze opowieść o dwojgu przyjaciół - Jezusie i Marii Magdalenie.

(...) Według Ewangelii Janowej rankiem pierwszego dnia tygodnia Maria Magdalena przychodzi do grobu - sama - i widzi, że kamień jest odsunięty. Biegnie więc do Piotra i "do drugiego ucznia, którego Jezus miłował". Wielu przypuszcza, że był to sam Jan Ewangelista, który nie chciał wspominać swojego imienia powodowany pokorą; albo też autor Ewangelii był uczniem św. Jana, który nie chciał, by wymieniano go z imienia.

Zaskoczona Maria mówi Piotrowi, że ciało zniknęło. Piotr razem z drugim uczniem spieszą zatem do grobu. Ów drugi uczeń dobiega tam jako pierwszy, zagląda do grobu, ale nie wchodzi do środka. Nadchodzi również Piotr i - być może realizując swoją przewodnia misję - wchodzi do grobu, gdzie widzi płótna. Wchodzi również drugi uczeń. "I zobaczył, i uwierzył" pisze ewangelista (...). Następnie, co ciekawe, uczniowie wracają do siebie.

A Maria? Według Ewangelii Janowej stoi nad grobem i płacze.

(...) Maria, płacząc, nachyla się do grobu i widzi w nim dwie postaci w bieli. Zauważmy, że znów aniołowie ukazują się nie Piotrowi ani Janowi, którzy byli przecież w pobliżu grobu, ale kobiecie. Jeden z aniołów pyta ją: "Kobieto, dlaczego płaczesz?". Odpowiada: "Zabrali mego Pana i nie wiem, gdzie go położyli".

Następnie Maria się odwraca. Możemy sobie wyobrazić, jak z ciemnego grobu patrzy w światło poranka. Widzi Jezusa, ale nie może Go rozpoznać. "Niewiasto - pyta Jezus - czemu płaczesz? Kogo szukasz?". Zmartwychwstały rozumie jej ból i stara się jej pomóc, zachowując delikatność. Dalej pojawia się tajemnicze: "Ona sądząc, że to ogrodnik", a zaraz potem słowa Marii: "Panie (Kyrie), jeśli to ty go zabrałeś, powiedz mi, gdzieś Go położył, a ja Go wezmę".

Jak Maria Magdalena może nie rozpoznać człowieka, z którym przebywała tak długo? Czy żałoba tak ją przybiła, że nie była w stanie myśleć? Być może. Oczy miała zalane łzami? Być może. W końcu Ewangelista trzy razy wspomina, że płakała. A może prostszym wytłumaczeniem jest to, gdzie i jak stoi? Maria weszła do grobu, a na dźwięk głosu Jezusa odwraca się na zewnątrz. Może więc patrzy w jasny blask poranka, a Jezus stoi pod światło, dlatego trudno Go rozpoznać.

(...) W tym momencie następuje jeden z najbardziej wzruszających fragmentów całej Ewangelii: "Mówi jej Jezus <Mario!>. Ona, obróciwszy się, mówi mu po hebrajsku: <Rabbuni>, to znaczy: nauczycielu".

(...) Maria Magdalena uświadamia sobie z kim rozmawia, dopiero gdy Jezus wypowiada jej imię. (...) Maria znała ten głos, bo był to głos, który mówił do niej z miłością. Wtedy rozpoznaje, kim on jest. Bo czasem nie wystarczy zobaczyć, by uwierzyć. Ale kochać - tak.

*  *  *     

Zmartwychwstanie stanowi centrum mojej wiary. Być może inni chrześcijanie bardziej koncentrują się, powiedzmy, na Wcieleniu - a więc na tym, że Bóg stał się człowiekiem, że rozumie nas w najintymniejszy możliwy sposób. Może koncentrują się bardziej na Błogosławieństwach, widząc w nich wzór chrześcijańskiego postępowania i zbiór wskazówek, którymi się kierują. To ważne aspekty życia Chrystusa. Ale moim centrum duchowym jest Zmartwychwstanie. Codziennie wracam do tej prawdy - albo do całej opowieści o Śmierci i Zmartwychwstaniu Jezusa.

Co Zmartwychwstanie ma wspólnego z nami? Przecież to mało prawdopodobne, byśmy mieli umrzeć na krzyżu - nawet jeśli na całym świecie chrześcijanie wciąż są prześladowani. Pojawia się tu jeszcze jedno pytanie, nad którym, jak dotąd, się nie zastanawialiśmy - bo nie da się na nie odpowiedzieć, nie odnosząc się do Zmartwychwstania: Co oznaczają słowa Jezusa, zapisane w Ewangeliach synoptycznych, o "braniu swego krzyża"? Po tej, wydawałoby się, masochistycznej zachęcie, Jezus wyjaśnia: "Kto chciałby zachować swoje życie, straci je. A kto straciłby swoje życie dla Mnie, odzyska je". Co to wszystko znaczy?

Przedstawię tu kilka myśli na ten temat.

Po pierwsze, nie trzeba szukać krzyży. Życie je przynosi. Czasem młodzi ludzie mówią mi, szczerze, że w ich życiu jest za mało cierpienia. Aż chęć bierze, by im odpowiedzieć: poczekajcie trochę. Problemy się pojawią, w takiej czy innej postaci: ciężka choroba, wypadek, śmierć bliskiej osoby, rozpad związku, kłopoty finansowe, długotrwała samotność, trudności w szkole czy w pracy. A prawdziwy krzyż to ten, którego nie chcesz - bo inaczej nie byłby krzyżem. Jezus nie igrał ze śmiercią, a w Ogrójcu nie błagał o krzyż. Krzyż przyszedł do Niego. I krzyż, oczywiście, nie jest skutkiem grzechu. To prawda, że jakieś cierpienie może być skutkiem złych czy niemoralnych decyzji. Ale większość cierpienia nie. Nawet ten, który był bez grzechu, cierpiał.

Po drugie, Bóg wzywa nas, tak jak Jezusa, byśmy brali swoje krzyże. Nie znaczy to, że mamy coś przyjmować bezmyślnie, jak nieme zwierzę utrudzone jarzmem. Problemu cierpienia nie rozwiążą też frazesy w rodzaju "Ofiaruj to!". Ofiarowanie Bogu bólu czasem pomaga, a czasem nie. Moja matka przez wiele lat odwiedzała moją babcię w domu seniora. W tym samym ośrodku mieszkała wiekowa zakonnica, która z powodu osłabiającego bólu była przykuta do wózka inwalidzkiego. Któregoś dnia odwiedziła ją jej przełożona zakonna. Kiedy siostra wspomniała o doskwierającym jej bólu, przełożona odpowiedziała: - Pomyśl o Jezusie na Krzyżu. - On był na Krzyżu tylko trzy godziny! - odparła staruszka. Czasem pociecha może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Co to zatem znaczy: brać swój krzyż?

Zacznijmy od tego, że wziąć swój krzyż znaczy: zaakceptować to, że cierpienie jest częścią życia każdego człowieka. Wzięcie swojego krzyża oznacza, że w którymś momencie - po początkowym wstrząsie, zdenerwowaniu, smutku czy nawet wściekłości - zgadzamy się na to, że pewnych rzeczy nie da się zmienić. Dlatego też akceptacja nie jest postawą masochistyczną, a realistyczną. W tym miejscu rozchodzą się ścieżki chrześcijaństwa i buddyzmu, który twierdzi, że cierpienie jest złudzeniem. Nie - mówi Jezus z krzyża - cierpienie stanowi część ludzkiej rzeczywistości. Uczniom trudno było to zaakceptować - chcieli przywódcy, który wybawiłby ich od bólu, a nie takiego, który sam by go znosił. My też często mamy z tym trudność. Ale Jezus z krzyża wzywa nas właśnie do tej akceptacji.

Przyjąć krzyż, zaakceptować go, znaczy również nie przenosić swojego cierpienia na innych. Nie znaczy to, że nie wolno nam o cierpieniu mówić, skarżyć się na nie czy nawet płakać z jego powodu w obecności bliskich osób. Podczas modlitwy też nie powinniśmy swego cierpienia ukrywać. Nawet Jezus w Ogrójcu otworzył swoje serce wobec Abba.

Ale jeśli jesteś zły na szefa, szkołę, rodzinę, nie przenoś tej złości na innych, by nie powiększać ich cierpienia. To, że masz kiepskiego szefa, nie znaczy, że masz być niemiły wobec rodziny. Zmaganie się z trudną sytuacją rodzinną nie usprawiedliwia nieuprzejmego traktowania współpracowników. Problemy w szkole nie oznaczają, że masz prawo źle traktować rodziców. Chrystus nie smagał nikogo słowem, nawet kiedy Jego ciało było smagane biczem.

Jak już powiedzieliśmy, nie oznacza to, że nie wolno nam dzielić się naszym cierpieniem z innymi. Bólem i cierpieniem będącym wynikiem np. przemocy czy traumy często wręcz trzeba podzielić się z innymi (przyjaciółmi czy profesjonalnymi doradcami) - tego wymaga proces uzdrowienia. Poza tym osoby zmagające się z długotrwałymi wyzwaniami, takimi jak wychowywanie dziecka wymagającego szczególnej troski czy opieka nad sędziwym rodzicem, często odnajdują pociechę i wsparcie w rozmowie z innymi osobami, będącymi w podobnej sytuacji. Możemy, jak Jezus, pozwolić, by inni pomogli nam dźwigać nasz krzyż. Jezus nie miał w sobie fałszywej dumy, która kazałaby Mu nie odrzucić pomoc Szymona Cyrenejczyka. Jeśli przyjaciele oferują ci wsparcie, przyjmij je.

Czym innym jest zatem źle potraktować kogoś w pracy po sprzeczce z nastoletnim synem, a czym innym podzielić się w grupie wsparcia swoimi trudnościami (i radościami) związanymi z opieką nad dzieckiem specjalnej troski. To pierwsze jest przekazywaniem cierpienia, to drugie - dzieleniem się nim.

Krótko mówiąc, twój krzyż nie powinien być czyimś krzyżem.

Po trzecie, Jezus, mówiąc o tych, którzy "tracą swoje życie", nie mówi jedynie o śmierci fizycznej. Chrześcijanie wierzą, że mają obiecane życie wieczne, jeśli uwierzą w Jezusa i pójdą Jego drogą. Ale są również inne rodzaje śmierci, które przychodzą przed tą ostatnią. Są w życiu każdego z nas sprawy, którym powinniśmy pozwolić umrzeć - po to, by inne mogły żyć. Może w pracy pragnienie pieniędzy blokuje twoje współczucie i zrozumienie dla innych? Jeśli tak, twoje pragnienie wzbogacenia się musi umrzeć. Może twoja własna wygoda tak bardzo cię niewoli, że nie chcesz rezygnować ze swoich potrzeb ze względu na potrzeby innych? Jeśli tak, być może umrzeć powinien twój egoizm, byś mógł doświadczyć odrodzenia w hojności. Czy pycha nie pozwala ci na wysłuchanie czyjejś konstruktywnej krytyki i przez to powstrzymuje twój wzrost duchowy? Może wszystkie te sprawy też powinny umrzeć.

W duchowości chrześcijańskiej nazywamy to "umieraniem dla siebie". Co powstrzymuje cię od większej miłości, większej wolności, dojrzałości, otwartości na Bożą wolę? Czy jesteś gotów pozwolić, by to coś umarło? Jeśli tak, z pewnością "odzyskasz" życie, bo umrzeć dla siebie oznacza żyć dla Boga. Między innymi to ma na myśli Jezus, kiedy mówi o tych, którzy za wszelką cenę chcą zachować swoje życie. Takie "zachowanie" ocala w nas jedynie to, co trzyma w nas niewoli starych nawyków. Próba utrzymania tych elementów swojego życia może prowadzić do śmierci. Pozwolić im umrzeć to pozwolić sobie żyć naprawdę.

Po czwarte, czekajmy na zmartwychwstanie. Każdy krzyż to w jakimś sensie zaproszenie do nowego życia. Czy Jezus wiedział dokładnie, co się stanie, gdy w Ogrójcu powierzy się Abba?

Nie jest to dla mnie takie oczywiste. Z pewnością powierzył się Ojcu całkowicie. Ale czy wiedział, dokąd Go to zaprowadzi? Istnieją poszlaki wskazujące na to, że wiedział; na przykład wyzwanie, jakie rzucił żydowskim przywódcom - "Zburzcie tę świątynię, a w trzy dni zbuduję ją na nowo" - Jan wyraźnie interpretuje jako zapowiedź Zmartwychwstania. Ale Jezusowe konanie w Ogrójcu i Jego okrzyk samotności na Krzyżu mogą sugerować, że nawet On nie wiedział, jakiego rodzaju nowe życie Ojciec mu przygotował. Chyba nawet sam Jezus był w Wielkanoc zaskoczony. W moich oczach czyni to Jego ofiarę z siebie jeszcze bardziej zdumiewającą.

Dlatego właśnie chrześcijanie mówią, że spotykają Boga w krzyżu. Ignorując krzyż, nie przyjmując go, tracimy okazją do głębszego poznania Boga. Często to właśnie w krzyżu spotykamy Boga, bo tam nasza słabość szerzej otwiera nas na Bożą łaskę. Wielu wychodzących z nałogu alkoholików jako moment, od którego zaczęło się ich nowe życie, wskazuje przyznanie się do własnej choroby. Dlatego Tomasz Merton mógł napisać: "On nas uczy przez cierpienie. Najbardziej nieszczęśliwi na tym świecie są ci, którzy nie znają cierpienia".

Po piąte, Bożym darem często jest co innego, niż się spodziewamy. Maria Magdalena odkryła to w Niedzielę Wielkanocną. I niekiedy - podobnie jak ona - potrzebujemy czasu, by zrozumieć, że właśnie doświadczamy zmartwychwstania. Później, jak się okaże, uczniowie będą mieli trudność z rozpoznaniem Jezusa. W Wielkanoc odkryli oni, że Zmartwychwstanie nie przychodzi wtedy, kiedy się go spodziewamy. Mogą minąć lata, zanim nastąpi. I zwykle trudno je opisać - bo to twoje zmartwychwstanie. Inni mogą go nie rozumieć.

Wspominałem już, że jako nowicjusz pracowałem w szpitalu dla ciężko chorych w miejscowości o nazwie Cambridge w Massachusetts. W każdy piątkowy wieczór jako kapelani szpitala prowadziliśmy spotkania grupy dyskusyjnej. Pewna kobieta imieniem Doris, przykuta do wózka inwalidzkiego, powiedziała nam coś, co zupełnie mnie zaskoczyło: wcześniej uznawała wózek za swój krzyż, czego mogłem się spodziewać. Ale ostatnio zaczęła dostrzegać w nim swoje zmartwychwstanie.

- Wózek pomaga mi się poruszać. Bez niego nie mogłabym nic zrobić. Życie byłoby bez sensu - powiedziała.

Minęło dwadzieścia pięć lat, ale wciąż pamiętam jej słowa. Były tak nieoczekiwane. I tak osobiste. I tak trudno było mi je zrozumieć. Krzyż Doris zaprowadził ją do zmartwychwstania, bardzo osobistego. Przypominał, że gdzie świat widzi tylko krzyż, tam chrześcijanin widzi możliwość czegoś więcej.

I myśl ostatnia: dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Bardzo często wracam do tej myśli. Ewangelia według św. Jana mówi nam, że w pierwszym dniu tygodnia większość uczniów schowała się ze strachu w czterech ścianach i zaryglowała drzwi. Po Wielkim Piątku ogarnęło ich przerażenie. Od św. Mateusza i św. Marka dowiadujemy się, że już w Wielki Czwartek wszyscy oni uciekli w popłochu z Ogrójca. Tej samej nocy św. Piotr zaprzecza, by znał Jezusa. Skoro bali się, zanim Jezus został skazany na śmierć, co musieli czuć, gdy widzieli Go prowadzonego ulicami Jerozolimy, przybijanego do krzyża i umierającego na nim. Ich przywódca został stracony jako zdrajca stanu.

Ukryli się za zamkniętymi drzwiami po śmierci Tego, z którym związali wszystkie swoje nadzieje - czy można sobie wyobrazić bardziej wyrazisty obraz lęku?

Uczniowie nie zauważają - po raz kolejny - że chodzi o Boga Żywego, tego samego, który polecił powiedzieć Maryi przy Zwiastowaniu, że "dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych". Nie widzieli nic poza ścianami zamkniętego pokoju. Nie byli gotowi zaakceptować tego, że Bóg jest większy, niż mogą sobie wyobrazić.

Zapewne jest to wybaczalne. Przecież Jezus naprawdę umarł. A kto mógłby przewidzieć, że zmartwychwstanie? A może jednak nie powinniśmy ich tak łatwo usprawiedliwiać? Jezus  z a w s z e postępował inaczej, niż oczekiwali - uzdrawiając chorych, uciszając burze, wskrzeszając zmarłych - więc być może powinni byli oczekiwać nieoczekiwanego. Ale tak się nie stało.

Często nie potrafimy uwierzyć, że Bóg może mieć dla nas nowe życie. Mówimy: Nic się nie zmieni, sprawa jest beznadziejna. I grzęźniemy w tej beznadziei, za którą czasem stoi pycha: przekonanie, że wiemy lepiej niż Bóg. Jakbyśmy chcieli powiedzieć, że Bóg nie zdoła zmienić tej sytuacji. Jakże ciemną i niebezpieczną ścieżką jest rozpacz, o wiele niebezpieczniejszą niż śmierć.

Ilu z nas uważa, że jakaś część ich życia jest martwa? Ilu z nas uważa, że niektóre części naszego kraju, naszego świata, naszego Kościoła nie mogą powrócić do życia. Ilu czuje, że nie ma w nich nadziei na zmianę?

Tu właśnie jest moment, by przypomnieć o Zmartwychwstaniu. Często powracam myślą do obrazu przelęknionych uczniów, ryglujących drzwi. Nie zostaliśmy powołani do tego, by spędzić życie w zamknięciu. Jesteśmy wezwani do tego, by wyjść z ukrycia i towarzyszyć Marii Magdalenie - czasem płacząc, lecz zawsze szukając - aż wreszcie, oślepieni brzaskiem Jezusowego nowego życia, zaskoczeni, zachwycimy się i rozradujemy. Jesteśmy wezwani do wiary w to, co ona widziała: zmartwychwstał.

-----

James Martin SJ “Jezus", Wydawnictwo Świętego Wojciecha, Poznań  2015

Tytuł fragmentu pochodzi od redakcji Interii.

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje