Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

Koniec pewnej Polski

Autor informacji: Ziemowit Szczerek

Czesław Miłosz w "Wyprawie w Dwudziestolecie" zamieszcza artykuł międzywojennego dziennikarza, opisującego wyprawę na Polesie. Opisuje on, że mieszkańcy zapomnianych wśród bagien, ledwie jak pokleconych wioseczek nie mieli często pojęcia, jakiego kraju są częścią, a i o niedawnej wojnie światowej mieli mgliste pojęcie.

Polscy podróżnicy wędrowali przez tę zapomnianą, podmokłą, pozbawioną dróg krainę z kawalkadą tragarzy, zupełnie jak podróżnicy w Afryce.

Stolicą Polesia było niewielkie miasteczko Pińsk. Oddajmy głos najsłynniejszemu pińszczaninowi w Polsce - Ryszardowi Kapuścińskiemu.

"Na Polesiu nędza była straszna, wprost niewyobrażalna" - mówił w wywiadzie dla "Przekroju" w 1992 roku. I dalej: "Polacy stanowili ledwie kilka procent mieszkańców Pińska. 10 procent - to byli Białorusini i Litwini, reszta, około 73 procent - Żydzi. Według przedwojennych statystyk Pińsk należał do najbardziej żydowskich miast polskich.

Tamtejsi Polacy stanowili przeważnie - jak byśmy dziś powiedzieli - element napływowy, właściwie bez szans na zapuszczenie korzeni. Jeżeli ktoś zapuścił korzenie w poleskiej ziemi - to szlachta przeważnie z polskim rodowodem lub na tyle spolonizowana, ze uważająca się za Polaków. Owa szlachta poleska nie była za bogata, w porównaniu z ziemiaństwem małopolskim chociażby - wręcz biedna. Bogaci byli Radziwiłłowie, którzy posiadali sporo włości na Polesiu. Ale to już zupełnie inna sfera.

Natomiast tych zwyczajnych, pińskich Polaków należałoby podzielić na trzy kategorie. Pierwszą, najliczniejszą, tworzyli wojskowi [...]. Oprócz wojskowych, liczną grupę Polaków stanowili duchowni [...].

Wreszcie trzecia kategoria, chyba najmniej liczna, to nauczyciele. Moi rodzice przynależeli do tej trzeciej kategorii. Nie byli Poleszukami. Matka pochodziła z Krakowskiego, z Bochni, a ojciec - z Kieleckiego.

Po powstaniu II Rzeczypospolitej władze przystąpiły do repolonizacji Polesia. Młodym ludziom, którzy gdzie indziej nie mogli znaleźć zajęcia, oferowano posady na Polesiu, między innymi w szkolnictwie".

Mit Kresów

Kresy już w II RP były mitem. Zamki, warownie i strażnice, kurhany "obrońców kresowych stanic" - broniących rubieży państwa przed najazdami Tatarów, Moskwy czy Kozaków - stanowiły część romantycznej legendy pogranicza - fascynującej ziemi bohaterów, patriotów, przygody i przelewania krwi w imię Rzeczpospolitej.

Sienkiewicz, pokrzepiając serca, dodał do tego swoje trzy grosze. Dlatego etos "kresowego rycerza", obrońcy nie tylko Polski, ale całej łacińskiej kultury, trwał przez całe zabory i dotrwał w świetnej formie do II Rzeczypospolitej.

W czasie wojny z bolszewikami odezwy Józefa Piłsudskiego do żołnierzy zaczynały się od słów: "Rycerze Rzeczypospolitej!". Czujecie ciarki? Widzicie? To nadal działa.

Miejska kultura kresowych miast - Wilna, a szczególnie Lwowa - również była w II RP popularna. Wilno było rodzinnym miastem "Dziadka" Piłsudskiego, miastem "kaziuków", polskiego romantyzmu i tych, którzy "wielkimi poetami byli", a także stolica wchodzącej w skład Rzeczypospolitej Litwy (bo w międzywojniu, tak, jak i teraz, większość Polaków traktowała pojęcia I Rzeczpospolita i Polska wymiennie).

Czesław Miłosz o Wilnie: "W niedzielę tłumy pobożnych zapełniały wąską ulicę, nad którą w kaplicy, zbudowanej na bramie, był umieszczony obraz Matki Boskiej słynący cudami. Włoska architektura i Bliski Wschód mieszały się w Wilnie. W wąskich uliczkach żydowskich dzielnic w piątkowe wieczory widziało się przez okna rodziny zasiadające w blasku świec. W starych synagogach rozlegały się słowa hebrajskich proroków. Był to jeden z najpoważniejszych ośrodków literatury i studiów żydowskich w Europie. Wielkie jarmarki w uroczyste katolickie święta ściągały do miasta chłopów z okolicznych wiosek, którzy wystawiali na sprzedaż na placach wyroby z drzewa, zioła lecznicze i małe obwarzanki, nizane na sznurki; te obwarzanki, gdziekolwiek je wypiekano, zawsze nosiły tę samą nazwę, pochodzącą od małego miasteczka, które tym tylko wsławiło się w historii, że miało dobre piekarnie, a ongiś "niedźwiedzią akademię" - zakład, w którym tresowano niedźwiedzie. W zimie strome ulice zapełniały się chłopcami i dziewczętami na nartach; ich czerwone i zielone kurtki migały na tle różowych od mroźnego słońca śniegów".

Lwów był miastem "Semper Fidelis", domem romantycznego, ale tragicznego i całkiem świeżego mitu. O ofierze "Orląt" słyszało każde polskie dziecko.

Ale Lwów to także miasto radosnego zaciągania, rozśpiewanych baciarów (cała Polska słuchała radiowej "Wesołej lwowskiej fali" i oglądała filmy ze Szczepciem i Tońciem).

Jeśli jesteśmy w Galicji Wschodniej, wspomnieć wypada, że w międzywojniu panowała swoista "moda" na huculszczyznę: wschodniogalicyjscy Huculi, otoczeni romantyczną legendą ("skórzany pas, za pasem broń"), noszący ludowe stroje i wcierający masło w długie, czarne włosy, traktowani byli przez polską masową kulturę jak egzotyczne plemię, które jest nam szczególnie bliskie, bo wypadło mu żyć w granicach naszego kraju.

Mit żyznej, zielonej Ukrainy (który przetrwał choćby w piosence "Hej, Sokoły", bez której Polakowi trudno się upić), również funkcjonował. Wspomniany już Kostek Biernacki opisywał sielską polską Ruś, w której prawosławny ludek żyje poczciwie i wierzy w czorty, diabły i utopce, mając mglistą świadomość, że gdzieś w Warszawie żyje "pan Piłsudski - nowy car".

Również "polska Afryka" - Polesie - romantycznie była w międzywojniu opiewana. Tango "Polesia czar" tańczono na wszystkich dancingach II RP:

"Polesia czar to dzikie knieje, moczary, Polesia czar smętny to wichrów jęk. Gdy w mroczną noc z bagien wstają opary, serce me drży, dziwny ogarnia lęk i słyszę, jak w głębi wód jakaś skarga się miota, serca prostota wierzy w Polesia cud".

Koniec Kresów

17 września Armia Radziecka - głosząc, że występuje w obronie żyjących w "pańskiej Polsce" Białorusinów i Ukraińców, działając na podstawie umowy z hitlerowskimi Niemcami - zajęła Kresy.

z arch. użytkownika "Youtube" "Pathe1939"

Polakom pozostał wyłącznie ich mit. Wycieczki do kresowego "raju utraconego" to mały przemysł, obsługiwany najczęściej przez pasjonatów.

Kresy już nie są polskie - ale pamiętajmy, że nie zniknęły. Należą do Białorusi, Litwy i Ukrainy - ale istnieją. A ich obecni gospodarze coraz częściej czują się częścią naszej wspólnej historii i tradycji - tradycji Rzeczypospolitej. Choć - co prawda - mają na jej temat czasem zupełnie inne opinie.

Ziemowit Szczerek

Oddać Suwałki, odzyskać Lwów?

Jak wyglądała II RP? Rozmowa INTERIA.PL ze znawcami kultury popularnej międzywojnia - Haską i Stachowiczem

80 lat lemu umarł Witkacy. Przeczytaj, jaki numer wykręcił po śmierci

Kukiz o sowieckich zbrodniach

L.U.C i jego historyczny projekt muzyczno-filmowy: "Zrozumieć Polskę"

Źródło informacji: INTERIA.PL

więcej o:
"Rzeczpospolita",
żydzi,
Ukraina,
biernacki,
17 września,
ludność,
piłsudski,
Ukraińcy,
Wilno,
dmowski,
procent,
Lwów,
RP,
youtube

Oceń artykuł:

zobacz ranking »
  • tak 69%
  • nie 31%
Ocen: 197
Zamknij

Dodatki

Warto przeczytać

 


Informacje dodatkowe