Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

Oddać Suwałki, odzyskać Lwów?

Autor informacji: Ziemowit Szczerek

Jeśli jednak chodzi o etniczną, bałtyjską Litwę - w czasach Wielkiego Księstwa Litewskiego odgrywała o wiele mniejszą rolę, niż "Litwa rusińska". Po I wojnie światowej Litwa ograniczona została do tego właśnie etnicznego, bałtyjskiego obszaru. Obecnie wielu Litwinów uważa, że Polska okupuje część rdzennie litewskich terenów, a Suwalszczyzna - mimo że bez Suwałk - to jedna z krain historycznych i etnograficznych Litwy; coś, jak nasza Małopolska czy Mazowsze.

Niemieckie Kresy

A kresy niemieckie? Nasze obecne "Ziemie Zachodnie", "Ziemie Zachodnie i Północne", "Ziemie Odzyskane", czy jakkolwiek by je nazywać?

Przez długi jeszcze czas po wojnie w zachodnioniemieckich atlasach przedstawiano niemieckie granice jako te z 1938 roku. Tereny obecnie polskie opisywano jako "Zur Zeit unter Polnischer Verwaltung" - pod tymczasową polską administracją.

Polacy, chcący zalegitymizować swoje prawa do tych terenów, wspominają o słowiańskim osadnictwie, które sięgało nie tylko po Odrę, ale aż po Łabę. Mówią o słowiańskim władcy Jaksie z Kopanicy, która to Kopanica znajdowała się w obecnym berlińskim Koeppenick. Dlatego więc - twierdzi wielu Polaków - "Ziemie Odzyskane" słusznie zwie się "Odzyskanymi", a Niemcy powinni się cieszyć, że nie odzyskano ich znacznie więcej.

W końcu jeszcze pod panowaniem niemieckim pozostają słowiańscy niedobitkowie ziem zaodrzańskich - Serbowie Łużyccy z ich Budziszynem i Chociebużem. Wielu wskazuje na słowiańsko brzmiące nazwy własne we wschodnich Niemczech, jak Pankow, Kathlow, Buckow czy Prignitz - pozostałości po słowiańskich Wieletach i Obodrytach.

W roku 1946, kiedy wielu mieszkańców łużyckich wsi (i to nie tylko słowiańskich) mówiło jeszcze językiem zwanym swojsko "ponaschemu", będącym po prostu mieszaniną języka słowiańskiego i niemieckiego, Karol Stojanowski, antropolog i polityk, wnosił o "reslawizację" części Niemiec.

"Łużyczanie powinni otrzymać dla swego narodu odrębne państwo, gwarantowane przez Organizację

Narodów Zjednoczonych. Nie można i nie należy tworzyć malutkiego państwa ograniczonego do Łużyczan, mówiących dziś po łużycku. Byłby to twór bardzo słaby. Należy obecnie stworzyć wielkie, najmniej dwumilionowe, a nawet trzymilionowe państwo łużyckie, podobne w swej strukturze i w swym charakterze socjologicznym do państwa irlandzkiego. W nowym państwie łużyckim Łużyczanie nie zgermanizowani musieliby posiąść możność reslawizacji swych zgermanizowanych ziomków" - pisał Stojanowski w wydanym w 1946 r. tekście "O reslawizację wschodnich Niemiec".

Niemcy - jak łatwo się domyślić - inaczej patrzą na całą sprawę. Przypominają, że zanim w VI w. w ogóle pojawili się na tych terenach Słowianie, zamieszkiwali je (jak zresztą większość obecnie polskich ziem) germańscy Wandalowie, Goci i Burgundowie, i że niemiecka pamięć historyczna sięga głębiej niż polska. Poza tym - po okresie słowiańskiego osadnictwa - zamieszkiwali je jednak w gigantycznej większości Niemcy, choćby i zgermanizowani - w wyniku kolonizacji - Słowianie.

W 1945 roku dla Niemców skończyła się pewna epoka. Kraje, które zagospodarowali (czego efekty widać przecież do dziś, bo nasze polskie dodatki do starej, niemieckiej architektury na Ziemiach Zachodnich to głównie plastik, drut i blacha), należały do nich i ich rodzin od wieków. Rodzili się tam, odwiedzali groby przodków, żyli w wioskach, miastach i miasteczkach o specyficznej, niemieckiej architekturze.

Gdy - zatwierdzone przez konferencję poczdamską - zaczęły się wypędzenia/wysiedlenia, niełatwo było im zrozumieć, że na ziemi, którą zamieszkują od pokoleń, nie są u siebie. Bardziej logiczne wydawało im się to, że była to - po prostu - kara za hitlerowskie zbrodnie i drugą wojnę światową, którą wywołał ich kraj.

Wbrew pozorom, bardzo wielu Niemców rozumie polskie obawy przed dość jednostronną - jak się wydaje - wersją historii prezentowaną przez ludzi pokroju Eriki Steinbach czy Rudiego Pawelki z Powiernictwa Pruskiego. Na niemieckich forach internetowych, dotyczących polsko-niemieckich spraw, pojawia się bardzo wiele głosów przyznających rację polskiej wizji historii.

Ale prawdą jest też to, że wielu Niemców w dość gruboskórny sposób podchodzi nie tylko do kwestii wypędzeń, ale i do stosunków polsko-niemieckich w ogóle.

Jednym z powodów może być fakt, że przeciętny Niemiec nie wie zbyt wiele o okupacji Polski przez Niemcy. Tym, co dociera do świadomości przeciętnego Herr Schmidta i dotyczy drugiej wojny światowej, jest to, że powinien wstydzić się za to, że jego dziadkowie wymordowali Żydów (choć tak naprawdę Niemcy nie byli jedynymi, którzy ich nienawidzili), i za to, że przez 5 lat zawracali dziadkowie światu głowę wojną światową (przypominającą film telewizyjny). Herr Schmidt niewiele wie o łapankach, o upokorzeniach narodów okupowanych, o psychozie strachu, która panowała w całej prawie Wschodniej Europie pod niemieckim panowaniem.

Zbrodnie, których dokonała III Rzesza na terenie naszego kraju, nie mogą podlegać żadnej próbie wartościowania. Zabitych, rannych, torturowanych, wyzutych z majątku, upokorzonych nie sposób policzyć, a zniszczeń, straconych możliwości nie sposób wymierzyć.

Niemcy, teoretycznie, zdają sobie z tego sprawę i nie negują swojej odpowiedzialności. Tyle tylko, że po prostu niewiele wiedzą. Mało kto wie o kompletnym zniszczeniu Warszawy w Powstaniu (które myli się Niemcom z powstaniem w getcie warszawskim), mało kto wie o masowych rozstrzeliwaniach i o tym, że w Auschwitz ginęli również Polacy.

Poza tym - co nam wydaje się nie do przyjęcia - Niemcy naprawdę mają dość odpowiedzialności za swoich dziadków. Uważają, że choćby przyjęcie m.in. Polski do Unii Europejskiej w wystarczający sposób spłaciło niemiecki dług wobec tego - jak wielu Niemców, niestety, uważa - dość zacofanego i wiecznie zanarchizowanego kraju.

Niestety, wielu Niemców niespecjalnie szanuje Polskę, ale mało który - pytany - przyznałby się do tego. Jest to ten rodzaj braku szacunku, który przedstawiciele bogatszych i bardziej rozwiniętych krajów mają do obywateli krajów biednych. To - tak, tak - ta sama protekcjonalna, pełna wyższości niecierpliwość, jaką Polacy odczuwają w stosunku do Rosjan, Białorusinów, Ukraińców, Mołdawian, Rumunów itd. Coś, do czego nigdy się nie przyznamy, uznając to - i słusznie - za paskudne, ale coś, co w nas siedzi.

Czy rację więc miał PiS, obsesyjnie i agresywnie piętnując niemieckie podejście do sprawy? Nie wydaje się, by polityka pisowskiego nadętego balona w jakikolwiek sposób zmieniała stan rzeczy. Przeciewnie - utrwaliła go tylko, ponieważ podkreślała wszystkie polskie stereotypy narodowe: pieniactwo, buńczuczność bez pokrycia i rozmodlenie. Polityka wściekania się na Niemców nie odniesie żadnego

skutku, bo za słowami - które domagają się, karcą, obrażają, a nie próbują dyskutować - nic nie stoi.

Należałoby raczej edukować, tłumaczyć Niemcom, przypominać o tym, co działo się w latach 1939 - 1945 w naszym kraju, i - niestety - rozwijać nasz kraj gospodarczo, dorównując coraz bardziej Europie Zachodniej.

Tylko zrzucenie kompleksu ubogiego sąsiada, który domaga się zrównania swojego "malucha" z mercedesem, należącym do sąsiada, sprawi, że niemiecka opinia publiczna - jak każda opinia publiczna na świecie, kierująca się dość prostymi, często wręcz prostackimi odruchami - będzie chciała nas rozumieć. To przykra prawda.

Fakt, że Niemcy przestają chcieć przepraszać za wojnę, jest faktem. I jeśli nam się to nie podoba, należy przyjąć taką taktykę, która będzie w stanie odnieść jakiś efekt. Bo - jak widać - żadne krzyki i płacze (cytując klasyka) tu nie działają.

W kwestii drugiej wojny światowej należy więc do Niemców przemawiać tak, by zrozumieli, o co nam chodzi, a nie szukać z nimi zwady i domagać się bezwarunkowego i ciągłego tarzania się w pyle.

Niestety, o Niemcach w obecnej Polsce dyskutuje się trudno. Jakikolwiek polityk, który publicznie pożałowałby niemieckich wypędzonych, byłby napiętnowany. Jakiekolwiek medium, które, zastanowiwszy się nad ostatnim słynnym artykułem w "Spieglu", traktującym o europejskich pomocnikach hitlerowskich oprawców, przyznałby, że jest w tym jakaś prawda - byłoby pod huraganowym ostrzałem.

I tak oto wpadamy w niemiecką paranoję. Sami, na własne życzenie tworzymy nową, niemiecką bestię. A jest to obraz tyle przerażający, co idiotyczny.

Ziemowit Szczerek

Źródło informacji: INTERIA.PL

więcej o:
Ukraina,
RP,
Niemiec,
polityka,
ziemie,
Litwa,
kraj,
Suwałki,
Ukraińcy,
Niemcy,
Lwów

Oceń artykuł:

zobacz ranking »
  • tak 80%
  • nie 20%
Ocen: 298
Zamknij

Dodatki

Warto przeczytać

 


Informacje dodatkowe