Lincz we Włodowie: Będzie nowy świadek?

Powołanie w sądzie apelacyjnym nowego świadka, którego zeznania mogą rzucić zupełnie nowe światło na sprawę rozważają Adwokaci braci W., głównych oskarżonych w sprawie linczu we Włodowie.

O planach adwokatów poinformowała Małgorzata Lubieniecka- Chełstowska, obrońca braci W.

Reklama

Świadkiem tym ma być żona głównego oskarżonego Tomasza W., Marlena. Dotychczas - zarówno w czasie pierwszego jak i drugiego rozpoznawania sprawy przez sąd - odmawiała ona zeznań.

Jednak gdy podczas drugiego wyroku w tej sprawie sąd uznał jej męża za winnego zabójstwa i skazał go na 4 lata więzienia, Marlena W. przerwała milczenie i w mediach (TVN i "Newsweek Polska") zasugerowała, że to nie jej mąż Tomasz i jego dwaj bracia Mirosław i Krzysztof zabili Józefa C., ale że zrobił to jej ojciec Wiesław K. i jego kolega Stanisław M., którzy zostali skazani jedynie za znieważenie zwłok Józefa C. na 6 miesięcy więzienia w zawieszeniu.

- Zachowanie Marleny W. i jej opowieści są dla mnie zupełnym zaskoczeniem. Rozumiem jej motyw działania, że chce bronić męża, ale dzieje się to na zasadzie greckiej tragedii: broni męża, a obciąża ojca. Na dodatek przez te wszystkie lata (do linczu doszło latem 2005 r. - przyp. red.) nie powiedziała tego ani nam, ani sądowi, tylko robi to w mediach. Sytuacja, jaka się wytworzyła jest bardzo skomplikowana i niekomfortowa, bo w środowisku tej rodziny zaczynają się waśnie i spory, dzieli się - powiedziała Lubieniecka-Chełstowska. Zaznaczyła jednocześnie, że rewelacje Marleny W. nie pozwalają adwokatom być wobec nich obojętnymi.

Ponieważ w sprawie linczu we Włodowie zapadł nieprawomocny wyrok i strony - zarówno prokuratura jak i obrońcy - czekają na dostarczenie im pisemnego uzasadnienia wyroku, adwokaci mogą w tej sytuacji albo poprosić sąd apelacyjny o przesłuchanie Marleny W., albo wnioskować o skierowanie sprawy do ponownego rozpoznania i dopiero wtedy przesłuchiwać Marlenę W.

W rozmowie z mec. Lubieniecka-Chełstowska przyznała, że obrona skłania się ku temu pierwszemu rozwiązaniu. - Boimy się, że sąd apelacyjny może odrzucić prośbę o przesłuchanie Marleny W. w ponownym procesie argumentując, że mogliśmy ją powołać wcześniej - wyjaśniła. Zastrzegła, że adwokaci nie będą prosić Marleny W. o zeznania. - Rozmawiamy o tym z jej mężem Tomaszem, bo to on jest naszym klientem, a nie Marlena W. - podkreśliła adwokat.

Zauważyła także, że Marlena W. ujawnia mediom takie szczegóły, o jakich dotychczas nikt nie mówił np. fakt, że jej ojciec i jego znajomy bili Józefa C. metalowym przedmiotem tzw. łapką do wyciągania gwoździ. Dotychczas przed sądem ustalono, że Wiesław K. i Stanisław M. mieli ze sobą jedynie drewniane dębowe kije, których nigdy nie udało się policji odnaleźć.

Co więcej, rany, jakie miał na głowie Józef C. biegły medyk sądowy Zygmunt Gidzgier opisał przed sądem jako zadane "przedmiotem o kształcie przypominającym ogon jaskółki - taki przedmiot był wśród zabezpieczonych po zabójstwie, jednak oskarżeni twierdzili, że posługiwał się nim Rafał W., oskarżony o pobicie Józefa C. Zgodnie z ustaleniami sądu przedstawionymi w ustnym uzasadnieniu wyroku Rafał W. tylko kilka razy uderzył C. w nogę.

Marlena W. w rozmowach z mediami utrzymuje także, że jej mąż, jego bracia i Rafał W. bili Józefa C. w krzakach tarniny (tzw. ciarkach), a ojciec z kolegą dobił go w brzezinie, gdzie w kałuży krwi odnaleziono ciało Józefa C. Tę kwestię podnosiło w sądzie wielu świadków i sąd ją badał. Uzasadniając wyrok sąd uznał, że wersja ta jest mało wiarygodna, bo krzaki tarniny mają ostre kolce i gdyby bracia W. bili tam ofiarę mieliby pokaleczone nogi, a tak nie było.

Do linczu we Włodowie doszło 1 lipca 2005 r. Ofiarą sąsiadów był recydywista Józef C., który feralnego dnia pijany wszedł w zatarg z Tomaszem W. i w czasie kłótni skaleczył go nożem. Mimo, iż mieszkańcy Włodowa telefonicznie informowali policję o zajściu a Tomasz W. z żoną Marleną osobiście udał się do komisariatu w Dobrym Mieście, radiowóz do Włodowa nie dojechał - załatwiał inne interwencje. Odpowiedzialni za to policjanci zostali prawomocnie skazani za zaniedbanie obowiązków służbowych.

Z ustaleń sądu wynika, że kilka godzin po kłótni, gdy Tomasz W. ponownie zobaczył w pobliżu wsi Józefa C. skrzyknął pracującego u niego Rafała W. i autem dogonili C. W pobliżu miejsca pobicia do tej dwójki dołączyli Krzysztof i Mirosław W. - i ta czwórka pobiła C. Wszyscy oni w śledztwie twierdzili, że po pobiciu C. żył i nawet im się odgrażał.

Po pobiciu C. Marlena W. zawiadomiła o zajściu swych rodziców. Ci przyjechali do Włodowa z pobliskiej wsi Brzydowo razem z sąsiadami M. Ojciec Marleny W. ze znajomym poszli sprawdzić co dzieje się z Józefem C. we wskazane przez braci W. krzaki. Przed sądem ci oskarżeni zapewniali, że gdy doszli w to miejsce ofiara nie żyła, a oni "w złości" kilka razy uderzyli go dębowymi kołkami.

Po linczu wszyscy zamieszani w sprawę zostali aresztowani, ale po kilku miesiącach z aresztu polecił zwolnić ich ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

W pierwszym rozpoznaniu sprawy bracia W. zostali uznani za winnych pobicia z użyciem niebezpiecznego narzędzia i skazani na dwa lata w zawieszeniu. Rafał W. został skazany za pobicie, a dwaj pozostali oskarżeni za zbezczeszczenie zwłok. Ten wyrok uchylił jednak Sąd Apelacyjny w Białymstoku, który sprawę nakazał rozpoznać na nowo.

W drugim procesie, w którym wyrok ogłoszono w styczniu br., sąd uznał braci W. winnych zabójstwa Józefa C., ale nadzwyczajnie złagodził im karę uznając, że winą za ich zachowanie należy obarczyć także państwo, "a w szczególności brak reakcji ze strony państwa w osobie funkcjonariuszy z Dobrego Miasta".

Sąd ciągle sporządza pisemne uzasadnienie tego wyroku.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje