Ciężkie ligowe boje

Bardzo dużo serca w zdobycie kolejnych punktów włożyli piłkarze Arki Gdynia i Lechii Gdańsk. W drugiej kolejce komplet punktów udało się zebrać tylko tym pierwszym.

Inauguracyjna kolejka spotkań pokazała, że rywale naszych ekip nie prezentują się jeszcze z najlepszej strony. Ruch Chorzów i Górnik Zabrze zagrały przeciętne spotkanie w derbach Śląska. Teraz szans na urwanie im punktów szukały zespoły znad Bałtyku.

Reklama

Tutaj przegrywają

Podopieczni trenera Czesława Michniewicza stanęli przed drugą okazją, aby uszczęśliwić kibiców wygraną. W piątkowy wieczór arkowcy podejmowali Górnika Zabrze. Z wielkiego niegdyś klubu został tylko szyld. Ślązacy nie wspominają przecież dobrze zeszłorocznej edycji Pucharu Polski, w której odpadli w konfrontacji z Lechią. Teraz dostali łupnia w Gdyni.

Kluczowymi momentami meczu, podczas którego przez cały czas lał z nieba deszcz, była końcówka pierwszej części. Wtedy to na strzał zza pola karnego zdecydował się Marcin Wachowicz. Napastnik Arki zaskoczył bramkarza Górnika. Chwilę później Tomasz Hajto sfaulował w polu karnym Wachowicza i przed szansą zdobycia bramki stanął Bartosz Ława.

Popularny "Ławka" strzelił jednak bardzo czytelnie, a Sebastian Nowak obronił uderzenie. Ten rzut karny dobitnie pokazuje, że środkowy pomocnik Arki musi jeszcze zrobić wiele, aby wrócić do formy, jaką prezentował dwa sezony temu.

- Moim znakiem z zodiaku jest wodnik, więc deszcz mi nie jest straszny - żartował za to Wachowicz, który pozbierał się po słabym meczu z Jagą. - Przy takiej ulewie zawsze trzeba próbować strzałów z dystansu, bo piłka może nabrać poślizgu.

Gdynianie najedli się jeszcze strachu, kiedy to w 75 minucie dwukrotnie ich bramkę atakowali goście. Wspaniałym refleksem przy strzale Przemysława Pitrego i dobitce Marcina Wodeckiego popisał się bramkarz Norbert Witkowski. Ostatecznie wygrali 1:0.

- Stworzyliśmy bardzo ciekawe widowisko, pomimo fatalnych warunków. Zespól zagrał dobrze od pierwszej do ostatniej minuty, agresywnie, z nastawieniem na zdobywanie bramek - powiedział potem trener Czesław Michniewicz.

Mniej powodów do zadowolenia miał szkoleniowiec Lechii Gdańsk Jacek Zieliński. Biało-zieloni w sobotę po raz drugi z rzędu grali na wyjeździe, tym razem w Chorzowie z Ruchem. Po meczu na stadionie przy ul. Cichej było cicho... w obozie gdańskim.

Pościg za Zającem

Na nasze nieszczęście w bardzo dobrej dyspozycji tego dnia był Marcin Zając. Napastnik niebieskich otworzył wynik meczu w 21 minucie po rajdzie niemal przez pół boiska. Ośmieszył przy tym linię defensorów Lechii.

Nieco nadziei na zmianę wyniku wlał w serca gdańszczan Andrzej Rybski, który po przerwie doprowadził do wyrównania ładnym, plasowanym strzałem. Korzystny wynik nie utrzymał się jednak długo, bo chwilę po tej akcji ponowny błąd obrony wykorzystał Martin Fabusz. Strzelił głową po rzucie rożnym wykonywanym przez Zająca. Gospodarze wygrali 2:1.

- Przejechaliśmy 500 km, a wracamy bez punktu - żalił się Andrzej Rybski. - Jako beniaminek musimy przede wszystkim szukać punktów u siebie.

Rafał Rusiecki

rafal.rusiecki@echomiasta.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje