Maja Włoszczowska walczy z biedą dla SZLACHETNEJ PACZKI

- Moja mama nauczyła mnie, że "muszę" trzeba wykreślić ze słownika. Zamiast niego, zawsze używam "mogę". Właśnie to magiczne słowo i wiara w siebie pomagają mi wygrywać - o swojej drodze do sukcesu i pokonywaniu porażek opowiada Maja Włoszczowska - polska kolarka górska, wicemistrzyni olimpijska z Pekinu, złota medalistka mistrzostw świata w wyścigu elity MTB oraz wielokrotna mistrzyni Europy.

"Maja Włoszczowska wraz z Kross Racing Teamem wręczą medal za waleczność komuś wyjątkowemu. Oglądaj TVP1: środa, 17 marca po godzinie 20:00"

Reklama

Jakub Marczyński: Kiedy odkryłaś, że kolarstwo może być twoim sposobem na życie?

Maja Włoszczowska: - To zasługa mojej mamy i jej ówczesnego partnera Krzyśka Zalewskiego. W Zielonej Górze, gdzie mieszkaliśmy, tereny do uprawiania kolarstwa górskiego są fenomenalne, dlatego cała rodzina jeździła. Później doszło do tego, że to ja moją mamę wyciągałam na rower, a nie odwrotnie. Kiedyś wzięłyśmy udział w amatorskich zawodach rodzinnych i nawet wygrałyśmy w jednej z kategorii.

I co było potem?

- Okazało się, że mam do tego talent. Wygrałam lokalne zawody w Jeleniej Górze, potem amatorskie mistrzostwa Polski. Zawsze miałam takie podejście, że jak coś robię, to z pełnym zaangażowaniem - czy to była nauka, czy sport. Tak też podeszłam do kolarstwa.

- Pierwsze zawody w gronie dziewczyn, które miały już licencję, od razu wygrałam. Wtedy podjęłam decyzję, że jadę dalej. Znajomi namówili mnie, żebym powalczyła na świecie, skoro w Polsce idzie mi tak dobrze. Tak zrobiłam i choć moich pierwszych mistrzostw świata w kategorii juniorek w 2000 roku nie wygrałam, bo byłam druga. Czułam, że to mój sukces.

Sama wyznaczasz sobie cele?

- Kiedyś jeździłam dlatego, że to lubiłam i czekałam, co przyniesie przyszłość. Teraz faktycznie wyznaczam sobie cele - dzięki temu dużo łatwiej się rozwijać i pracować nad sobą. Moja mama nauczyła mnie, że "muszę" trzeba wykreślić ze słownika. Zamiast niego, zawsze używam "mogę". Właśnie to magiczne słowo i wiara w siebie pomogły mi wygrać mistrzostwa świata. Teraz mówię sobie, że mogę wygrać igrzyska olimpijskie w Rio i to jest mój cel na najbliższy czas.


Niewątpliwie odniosłaś wiele sukcesów. Jak reagowałaś na porażki?

- Trzy tygodnie przed startem na igrzyskach w Londynie doznałam kontuzji i był to zdecydowanie najbardziej dramatyczny moment w całej mojej karierze. Dodatkowo w całej Polsce pojawiły się spekulacje czy jeszcze wystartuję w igrzyskach, a ja absolutnie nie widziałam już takiej szansy.

- Najpierw myślałam, że szybko poskładają mnie w szpitalu, dostanę gips, raz dwa go ściągnę i wsiądę na rower. Niestety okazało się, że muszą minąć długie tygodnie zanim zacznę w ogóle chodzić. Teraz mam powód do dumy, że przeszłam to wszystko, nie poddałam się i wróciłam w naprawdę fajnym stylu.

Skąd wzięłaś siłę, żeby się nie poddać?

- Zaraz po upadku pomyślałam: "Oj kobieto, na co ci to wszystko, daj sobie spokój. Teraz stopa, a mogłaś sobie zrobić większą krzywdę! Rzuć to.". Na szczęście ta myśl szybko przeszła. Niesamowite wsparcie dostałam od ludzi - moich przyjaciół i najbliższych, ale też od kibiców, którzy wysłali mi mnóstwo listów.

- Przeczytałam, że dzięki mojej walce oni dostają potężny zastrzyk motywacji. Wtedy poczułam, że mój powrót ma głębszy sens. Czasem myślę, że muszę sobie radzić sama, ale zauważyłam, że im bardziej jestem otwarta na świat i ludzi, tym lepiej działam.

Czyli to dzięki ludziom potrafisz przetrwać sytuacje kryzysowe?

- Tak i dzięki takiej świadomości, że kryzys zawsze mija, gdzieś się kończy. Nawet na wyścigu czy treningu, kiedy mam moment słabości, myślę "Maja, tyle pracy już włożyłaś w treningi, dasz sobie radę!" Wtedy nawet dojechanie do mety jest sukcesem, najważniejsze żeby nie odpuścić w głowie. Zator prędzej czy później puszcza i wreszcie praca zaczyna przynosić efekty. Wierzę, że ten przełom nastąpi, nawet jeśli nic na to nie wskazuje.

To jest tajemnica sukcesu Mai Włoszczowskiej?

- Ważna jest cierpliwa praca i odporność na kryzysy, ale też szybkość reakcji w trakcie samego wyścigu. Najważniejsza jest jednak wiara w to, że ja mogę. Sukces zaczyna się w głowie, gdy stoimy na starcie. Życie potrafi nas zaskoczyć, oczywiście i negatywnie i pozytywnie, ale najbardziej my sami potrafimy siebie zaskoczyć. Drzemie w nas potężna siła. Tak naprawdę nasze życie jest w naszych rękach i warto szukać w sobie siły, aby nim pokierować.

Przekaż 1% na walkę z biedą. Dzięki Tobie potrzebujący wygrają życie. SZLACHETNA PACZKA. KRS: 0000050905

materiały promocyjne

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje