Resovia w Lidze Mistrzów!

Po 34 latach siatkarze z Rzeszowa ponownie zagrają o mistrzostwo Polski. W czterech spotkaniach rozstrzygnęła się półfinałowa rywalizacja pomiędzy Asseco Resovią a ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle.

W sobotnim niezwykle emocjonującym pięciosetowym pojedynku górą byli gospodarze, choć niewiele brakowało, a to zespół trenera Krzysztofa Stelmacha cieszyłby się z wygranej i rywalizacja trwałaby nadal.

Reklama

Rzeszowianie po 21 latach przerwy już mają zagwarantowany medal, a po 34 zagrają w wielkim finale. Rywalem ekipy trenera Ljubo Travicy będzie obrońca mistrzowskiego tytułu Skra Bełchatów. Resoviacy w przyszłym sezonie zagrają w Lidze Mistrzów, bowiem Skra już wcześniej, zdobywając Puchar Polski, wywalczyła sobie miejsce w tych elitarnych rozgrywkach.

- Nie wiem jak opisać tę radość. Do mnie to jeszcze nie dociera. Po raz kolejny pokazaliśmy, że naprawdę jesteśmy bardzo dobrym zespołem i w trudnych sytuacjach nie załamujemy się. W tie-breaku walczyliśmy do końca z wiarą i opłaciło się - mówił tuż po sobotnim meczu uradowany Bartosz Gawryszewski.

Pechowy piątek

Nim jednak doszło to sobotniego pojedynku, ekipa trenera Ljubo Travicy musiała stoczyć dzień wcześniej wcale niełatwy bój z ZAKSĄ. Na domiar złego, już na samym początku przy swoim pierwszym kontakcie z piłką (w ataku) groźnej kontuzji, zerwanie przyczepów mięśni barku, doznał Łukasz Perłowski, który już w tym sezonie nie zagra, podobnie jak Aleksandar Mitrović, którego w poniedziałek czeka artroskopia kolana. Z powodzeniem Perłowskiego zastąpił Bartosz Gawryszewski, który w ataku był nie do zatrzymania (88-proc. skuteczności).

- Nieważne kto jak grał, liczy się zwycięstwo, na które zapracował cały zespół. W konfrontacji z ZAKSĄ każdy element był ważny. Udało się nam ją przełamać i to jest najistotniejsze. Cieszy gra blokiem i oby tak było w sobotę - mówi Gawryszewski, który blokiem zdobył 4 pkt, a cały zespół 15, przy zaledwie 4 pkt rywala. Kędzierzynianie nie tak wyobrażali sobie piątkowy pojedynek.

- Poza tym pierwszym setem nie pokazaliśmy tego, co potrafimy. Nie układała się ta nasza gra i straciliśmy trochę zdrowia - stwierdził Robert Szczerbaniuk. Największą stratą ZAKSY były kontuzje w trakcie meczu dwóch arcyważnych ogniw: Terence Martina i Jakuba Novotnego (kontuzje kolan). - Ich problemy zdrowotne ciągnęły się prawie od pięciu miesięcy i szkoda, że te urazy przytrafiły się nam teraz, kiedy wszystko było na dobrej drodze - mówił załamany trener Krzysztof Stelmach. Brak ww. dwójki szczególnie był widoczny w trzecim i czwartym secie, kiedy to ciężar gry w ataku spoczywał tylko na Szczerbaniuku i Witczaku.

- Nie wiem, czy zagramy w sobotę. Ja może, Terence raczej nie. To na pewno jest duży problem, ale uważam, że nawet w takim zestawieniu stać nas na doprowadzenie do piątego meczu. Resovia nie grała jakoś nadzwyczajnie, tylko my po prostu źle - stwierdził Jakub Novotny, który w sobotnim meczu nie był w stanie jednak pomóc kolegom.

Sobotni horror

- Ból jest tak ogromny, że o grze nie mogło być mowy - kontynuuje Czech. - Zmiennicy spisali się dziś jednak bardzo dobrze i tylko żal, że nie udało się doprowadzić do piątego meczu u nas. Okazja była wyśmienita - mówi Novotny. Sobotni pojedynek dostarczył kibicom w hali na Podpromiu ogromu emocji. Zespół z Kędzierzyna już po raz kolejny w tym sezonie pokazał charakter i ogromną wolę walki. - Myślę, że w naszym zespole w porównaniu z piątkiem niewiele się zmieniło - mówi Michał Ruciak.

- Dzień wcześniej może mieliśmy trochę problemów z atakiem, ale dziś było już lepiej i gra się wyrównała. Kilka elementów wykonywaliśmy nieco lepiej i stąd ta zmiana w porównaniu z piątkiem - twierdzi przyjmujący ZAKSY. Po obu stronach siatki trwał twardy pojedynek atakujących: Dominik Witczak kontra Mikko Oivanen. Z niego zwycięsko wyszedł Fin, choć na duże słowa pochwały zasługuje też zawodnik ZAKSY.

Kluczowy tie-break

Losy awansu do wielkiego finału rozstrzygnęły się w tie-breaku, który praktycznie od samego początku układał się po myśli ekipy trenera Krzysztofa Stelmacha. Resoviacy musieli cały czas gonić rywala. ZAKSA prowadziła już 11:8 i wydawało się, że meczu nie przegra. - Może to teraz zabrzmi trochę buńczucznie, ale cały czas zachowywaliśmy spokój - mówi Paweł Woicki.

- Mieliśmy założenia taktyczne i staraliśmy się je do końca realizować. Wierzyliśmy, że się uda przełamać ZAKSĘ i to nastąpiło po bloku, a później przy zagrywce Ihosa - twierdzi rozgrywający Asseco Resovii. Kubański środkowy z Rzeszowa przyznaje, że w kluczowych momentach był pełen obaw.

- Czułem się tak, jak by mi wszystko nagle uciekło. Wierzyłem co prawda, że może to się odwrócić, ale jakoś tak w połowie. Dlatego moja radość po meczu była ogromna. Na tym etapie mojego życia, gdy powoli zbliżam się do zakończenia kariery, to jest najważniejsze zwycięstwo - mówi Ihosvany Hernandez.

Siatkarze ZAKSY długo nie schodzili z boiska, obserwując, jak awans do finału fetują rywale. - Nadzieja umiera ostatnia, a wiara czyni cuda, tak to można określić - mówi Piotr Łuka. - Z trudnej sytuacji udało się nam wyjść obronną ręką, ale to chyba nie przypadkiem, bo w fazie play-off już trzeci mecz wygrywamy w tie-breaku. To świadczyć tylko może o naszej sile i psychice. Cieszę się, że mogłem po dłuższej przerwie się pokazać i pomóc zespołowi. Teraz pora przełamać wreszcie niemoc w pojedynkach ze Skrą - zakończył przyjmujący Asseco Resovii.

Rafał Myśliwiec

ASSECO RESOVIA - ZAKSA 3-1 (22:25, 25:21, 25:20, 25:18)

Sędziowali: M. Herbik i T. Janik (obaj Warszawa). Widzów 4,5 tys. MVP: Paweł Woicki.

ASSECO RESOVIA - ZAKSA 3-2 (25:27, 31:29, 25:13, 22:25, 15:12)

Sędziowali: A. Lemek (Kraków) i H. Darocha (Gliwice). Widzów 4,5 tys. MVP: Mikko Oivanen.

**

Może być jeszcze lepiej

Przed spotkaniami w Rzeszowie było wiele obaw o formę Mikko Oivanena, bowiem od kilku dni nie trenował z uwagi na przeciążenie i ból pleców. Jednak to, co zaprezentował fiński atakujący, przeszło najśmielsze oczekiwania.

- Na szczęście czuję się dobrze fizycznie - mówi MIKKO OIVANEN. - W tych meczach zagrałem ze stabilizatorem na plecach, a to, że nie trenowałem w pełni przez ostatni tydzień, wyszło mi chyba na dobre, bo grałem na większej świeżości. Mogę chyba też powiedzieć, że ta przerwa w treningach paradoksalnie była moim atutem, bo zagrałem dwa najlepsze mecze w sezonie, więc chyba powinienem częściej odpoczywać.

- W sobotę wystawiliście kibiców na dużą próbę nerwów...

- To był niesamowity mecz, taki thriller w naszym wykonaniu, zwłaszcza w tie-breaku, w którym wyszliśmy z dużej opresji. Po stracie swoich dwóch podstawowych zawodników przeciwnicy robili na boisku, co tylko byli w stanie. My, niestety, nie zaczęliśmy tego meczu dobrze. Podobnie jak w piątek ten pierwszy set w naszym wykonaniu był bardzo nerwowy. Najważniejsze, że dobrze jednak zakończyliśmy.

- Który z półfinałowych pojedynków z Kędzierzynem był w twojej ocenie najważniejszy i kluczowy dla tej rywalizacji?

- Chyba to drugie spotkanie w Kędzierzynie, które wygraliśmy również po bardzo zaciętym tie-breaku. Wiadomo, że w przypadku dwóch porażek na wyjeździe, ciężko grałoby się nam mecze u siebie. Poza tym musielibyśmy wygrać aż trzy spotkania z rzędu. A tak wiedzieliśmy, że mamy dużą szansę zakończyć tę rywalizację w Rzeszowie. Oczywiście trzeba też wspomnieć o tym, że duże znaczenie miały kontuzje Martina i Novotnego, bo bez tej dwójki kędzierzynianom grało się już znacznie trudniej.

- Twoja forma w fazie play-off jest wyśmienita. Chyba jest to dla ciebie najlepszy sezon jak do tej pory?

- To przede wszystkim pierwszy sezon, w którym gram regularnie w profesjonalnej drużynie i w silnej lidze. W minionych latach moja gra z różnych powodów nie była regularna. Przytrafiały mi się też kontuzje. Teraz mam okazję grać przez cały czas na pełnych obrotach. Oczywiście początek sezonu nie był najlepszy w moim wykonaniu, ale z meczu na mecz rozkręcałem się i grałem coraz lepiej. Ogólnie więc jestem zadowolony ze swojej postawy w tym sezonie, choć mam nadzieję, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i z każdym meczem mogę grać jeszcze lepiej.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy