Dotyk Boga

Dziecko nie przeżyje dwudziestu czterech godzin - taką diagnozę usłyszeli od lekarzy rodzice Karinki Tórz, zaraz po tym, jak ich córeczka przyszła na świat. Jej serduszko wyglądało tak, jakby właśnie przeszła zawał.

Urodziła się z niedotlenieniem, w zamartwicy, ze skrajnie ciężką niedokrwistością, z zespołem zaburzeń oddychania i niewydolna krążeniowo. Przeszła też wylewy krwi do mózgu. Dzień narodzin Karinki był jednocześnie początkiem walki o jej życie. Ta walka trwa do dziś.

Reklama

Czekali 16 godzin

Dwa lata temu, 25 października leszczynianka Karolina Tórz, która od 31 tygodni nosiła pod sercem swą córeczkę, przestała czuć ruchy dziecka. Był wieczór, ale wraz z mężem Marcinem pojechała do szpitala. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że przeżyje prawdziwy horror drżąc o życie swego dziecka. Lekarze zrobili kilka badań, postanowili wypisać ją do domu. Karolina uparła się jednak, by zostać w szpitalu.

- Przez całą noc nadal nie czułam ruchów dziecka. Następnego dnia rano przeszłam kolejne badania. Lekarz stwierdził, że konieczne jest przeprowadzenie cesarskiego cięcia, bo na teście Manninga, określającego stan dziecka, córka otrzymała 2 punkty na 10 możliwych.

Na cesarskie cięcie czekałam jednak do godziny piętnastej. Wykonano je po 16 godzinach od mojego przyjazdu do szpitala - ze łzami w oczach wspomina Karina Tórz.

Kiedy tylko Karinka przyszła na świat, lekarze pobiegli z nią na oddział noworodkowy. Rodzice wiedzieli jedynie, że mają córeczkę i że dziecko żyje... na razie. Dziewczynka ważyła zaledwie 1490 gram, przy życiu utrzymywał ją respirator.

- Kolejne dni wyglądały tak samo. Najpierw szłam do szpitalnej kaplicy modlić się, by przynajmniej nie było gorzej. Potem siedziałam przy Karince. Na koniec wracałam do kaplicy podziękować Bogu za ten kolejny dzień jej życia - mówi mama dziewczynki. - Nie zrobiliśmy jej wtedy żadnego zdjęcia. Nie chciałam pamiętać mojej córeczki podłączonej do tych wszystkich urządzeń. Była taka maleńka i bezbronna...

Nie dała się

Karinka, choć malutka i ciężko chora, bardzo chciała żyć. Każdy kolejny dzień przynosił jej rodzicom nadzieję, że przewidywania lekarzy jednak się nie sprawdzą. Siadali przy inkubatorze marząc o chwili, w której będą mogli wziąć ją na ręce, przytulić, pocałować?

Na razie całej trójce musiały wystarczyć słowa miłości. Po 24 dniach dziewczynkę odłączono od respiratora, po 54 - opuściła szpital.

- Jeszcze w inkubatorze rozpoczęła się rehabilitacja córki. Zaraz po wypisaniu jej ze szpitala, pojechaliśmy do Poznania, do neurochirurga. Znaleźliśmy też w Krobi rehabilitantkę. Ponieważ wtedy jeszcze studiowałem i nie mieliśmy nawet samochodu, znajomi pożyczali nam auto, żebyśmy mogli 2-3 razy w tygodniu jeździć z Karinką do Krobi - mówi Marcin Tórz.

To był jednak dopiero początek. U dziewczynki stwierdzono dziecięce porażenie mózgowe. Zaczęły się regularne wizyty u neurochirurga, okulisty, neurologa, ortopedy i kardiologa. W czerwcu przeszła w Kowarach koło Karpacza operację zeza.

Od pewnego czasu rehabilitację uzupełnia jeszcze hipoterapia - dwa razy w tygodniu. Rodzice Karinki zaciągnęli kredyt, by kupić samochód, którym mogą dojeżdżać na rehabilitację i do lekarzy. Wpadli też na pomysł, by za pośrednictwem Dolnośląskiej Fundacji Rozwoju Ochrony Zdrowia zbierać fundusze na leczenie córki. Pieniądze wpłacali głównie znajomi.

Dziarska Kaczuszka

- Nie widać, jak bardzo jest chora, prawda? - Karolina Tórz z uśmiechem obserwuje, jak ich "Kaczuszka" raczkuje po pokoju. - Od dwóch lat każdy dzień wypełniają nam wizyty u specjalistów, jeździmy na rehabilitację, ćwiczymy w domu. Dzięki temu Karinka zrobiła ogromne postępy. Nie potrafi jeszcze samodzielnie chodzić, wierzę jednak, że i tego się nauczy.

Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka Karinka zdaje się być okazem zdrowia. Niezmordowanie raczkuje po całym mieszkaniu, robiąc krótkie przerwy na oglądanie kolorowej gazety. Tylko leżące w łóżeczku łuski ortopedyczne i opatrunek, który dziewczynka nosi na oczku, pozwalają się domyślać prawdy. Strasznie ją ten opatrunek denerwuje. Kiedy tylko mama nie widzi, próbuje oderwać plaster.

- Od stycznia 2007 roku prowadzę blog, w którym zapisuję wszystkie ważne wydarzenia z życia Karinki i zamieszczam zdjęcia. Chętnie pomagam też mamom, które tak jak my, mają chore dzieci. Wiem, którzy lekarze są godni zaufania, podpowiadam, jak zdobyć sprzęt rehabilitacyjny i gdzie udać się po pomoc. To na razie wszystko, co mogę zrobić dla innych - mówi Karolina Tórz.

Blog zaczyna się od słów "Dotknęłam Boga, Bóg dotknął mnie. Dzięki Niemu jestem?". Karinka jakby na potwierdzenie tych słów uśmiecha się radośnie, a w jej błękitnych oczach czai się radość życia.

ANNA SZKLARSKA

Rodziców Karinki można wesprzeć wpłacając pieniądze na konto Dolnośląskiej Fundacji Ochrony Zdrowia we Wrocławiu. Bank Pekao S.A. I oddział Wrocław, nr 54 1240 1994 1111 0000 2495 6839 z dopiskiem: darowizna na cele ochrony zdrowia "Malwina".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy