Dumni anarchiści

Urząd Miasta wyciąga pomocną dłoń do anarchistów ze skłotu Rozbrat, któremu grozi likwidacja. Ci jednak chcą z urzędnikami rozmawiać na swoich zasadach.

Na początku stycznia w skłocie przy ul. Pułaskiego pojawił się komornik. Wycenił jedną z działek, na której znajduje się Rozbrat.

Reklama

Za długi po upadłej hurtowni przejął ją bank, który prawdopodobnie zamierza zlicytować teren. Eksmisja grozi 20 skłotersom oraz całemu środowisku, które od lat prowadzi tam działalność kulturalną.

System wyciąga dłoń

Dyrektor Wydziału Kultury UM Włodzimierz Gorzelańczyk deklaruje chęć pomocy, ale zastrzega, że najpierw musi spotkać się ze skłotersami.

- Jeśli skłotersi mają osobowość prawną, mogą starać się o dofinansowanie działalności kulturalnej. Możemy też rozmawiać o preferencyjnym wynajęciu miejskiego budynku. Przyglądamy się działaniom kulturalnym Rozbratu i są one znaczące. Ich nastawienie ideologiczne jest dla mnie bez znaczenia, zapraszam na rozmowę - deklaruje Włodzimierz Gorzelańczyk.

- W podobny sposób pomogliśmy Stowarzyszeniu Strefa Ciszy. Dostali od nas dofinansowanie na działania kulturalne i preferencyjne warunki wynajmu budynku. W ten sposób powstał Barak Kultury - dodaje.

Przyjmą pomoc?

Związany z Rozbratem Marek "Sancho" Piekarski zarzeka się, że anarchiści nie wykonają pierwszego kroku.

- To urzędnicy są dla mieszkańców, a nie odwrotnie - przypomina. - Miasto powinno być zainteresowane utrzymaniem kultury alternatywnej. Przez lata zorganizowaliśmy ponad 500 koncertów, po kilkadziesiąt wykładów, wystaw i spektakli teatralnych - wylicza.

Gdyby dyrektor przyszedł do Rozbratu z konkretną propozycją, czy jego oferta byłaby przyjęta? Sancho unika odpowiedzi na to pytanie, choć przypomina, że skłotersi mają osobowość prawną w postaci zarejestrowanego w 1997 r. Stowarzyszenia Inicjatyw Społecznych "Ulica".

- Póki co mamy jednak swoje miejsce, mamy też swój dorobek - przypomina Piekarski.

- Miejscy urzędnicy zachowują się, jakby łaskawie godzili się pełnić rolę mediatora pomiędzy nami a bankiem. Jeżeli chcą naprawdę zrobić coś dla kultury, niech rozpoczną dyskusję o Starej Rzeźni, albo o Starej Gazowni. Poznań chce być Europejską Stolicą Kultury, a co ma do zaoferowania poza Maltą, Zamkiem i Browarem? - pyta.

Może dojść jednak do sytuacji, że anarchiści zostaną na lodzie. Co wtedy? W Europie Zachodniej próby zajęcia skłotów często kończyły się wielodniowymi zamieszkami. Anarchiści z Zachodu już zapowiedzieli swój przyjazd.

- Będziemy bronić Rozbratu do samego końca - deklaruje Sancho.

Historia poznańskiej komuny

Na początku był, przyznany w 1992 r. przez władze miasta, poniemiecki bunkier przy ul. Lutyckiej. Anarchiści wyprowadzili się jednak stamtąd już w roku następnym, a w 1994 r. zajęli barak po upadłej hurtowni przy ul. Pułaskiego.

Pierwsze dwie osoby spędziły tu noc z 15 na 16 października i od tego momentu datuje się powstanie skłotu, który później przyjął nazwę "Rozbrat". Jego mieszkańcy żyli w komunie; wspólnie gotowano obiady i wspólnie spędzano wolny czas w świetlicy. Rozpoczęto też działalność wydawniczą i produkcję nadruków na koszulkach.

Zimą anarchiści zasiedlili pozostałe pokoje w budynku, a wiosną kolejne budynki na działce przy Pułaskiego. Od jesieni 1995 r. anarchiści organizują też koncerty.

Najtragiczniejszy moment w historii skłotu to luty 1996 r., kiedy banda kilkunastu skinów napadła na Rozbrat, poważnie raniąc nożem jedną z mieszkanek. Skłotersi przetrwali jednak trudne chwile. Już w 1997 r. założyli Bibliotekę Anarchistyczną, a w 2001 r. doprowadzili wreszcie do swojego mieszkania bieżącą wodę i założyli knajpkę "Kulawy Muł", a następnie galerię. A na początku tego roku na teren skłotu wszedł komornik.

Michał Wybieralski,

współpraca Krzysztof Ulanowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje