Kulturalna gra w chińczyka

"Kultura to jest takie cuś ważne dla narodu. Nie ma to tamto, pieniądze nie pieniądze, bo najpierw jest kultura, potem długo, długo nic, i dopiero sztuka" - Janusz Gajos.

Przygnębiająca pustka powiedziała nam "dzień dobry" w Mikuszewie. Świeciło za to słońce, ale nie zachęcało nikogo do spaceru. Zresztą po co łazić, jak zimno i chodnika nie ma.

Reklama

W środku wsi stoi świetlica wiejska, albo, jak kto woli, strażacka; na budynku zainstalowano tablicę OSP Mikuszewo-Chlebowo. A tak naprawdę to i wiejska, i strażacka, i katolicka, bo każdej niedzieli odbywają się tutaj msze święte.

Pleban z Czeszewa nie lubi jednak, gdy w sobotę w sali odbywają się zabawy. Do nabożeństwa miejsce musi być godne, a nie rozpustne (baloniki i serpentyny), więc trzeba wybierać: albo zabawa, albo msza... i co tu dużo pisać - młodzieży to się po prostu nie podoba.

We wtorek przed południem ten problem już nikogo nie obchodzi. Świetlica jest zamknięta na cztery spusty i pilnuje jej łaciaty kot, który liże sobie łapy.

Wygląda na takiego, który ma wszystko gdzieś. Na ulicy nie ma komu powiedzieć "dzień dobry", więc poszedłem się przywitać z panią w sklepie, i zapytać o to, gdzie można znaleźć sołtysa. - Pojedzie pan na Miłosław i po prawej stronie, taki duży dom - informuje miła ekspedientka.

Sołtyska Renata Nowak twierdzi, że w Mikuszewie z kulturą, a właściwie z rozrywką, nie jest wcale źle. Gdyby trochę doinwestować świetlicę albo wybudować nową na boisku sportowym, byłoby znacznie lepiej.

- Niedawno grupa młodzieży własnym sumptem wykonała prace remontowe, dlatego standard się nieco podniósł, ale problemem nadal pozostaje ogrzewanie; w sezonie grzewczym jest zimno. Mimo to sala wynajmowana jest na imprezy okolicznościowe: komunie, osiemnastki, chrzty.

Odbywają się również uroczystości organizowane przez radę sołecką i koło gospodyń wiejskich, jak na przykład Dzień Dziecka. Świetlica udostępniana jest młodzieży szkolnej, są stoły do tenisa, więc dzieciaki grają w ping-ponga - wymienia pani sołtys.

Z potańcówkami jest jednak problem i nie tylko taki, że proboszcz zwraca uwagę na serpentyny. To aspekt ekonomiczny. Otóż na każdej zabawie potrzebni są grajkowie, i jacy by oni nie byli, to trzeba im zapłacić. Dlatego zabawy są biletowane, ale tanio - wstęp to 2-3 zł. W Mikuszewie "uchowała się" biblioteka otwarta trzy razy w tygodniu po trzy godziny. Można odhaczyć, że na odcinku kultury coś się we wsi dzieje.

Kołaczkowo, wieś Reymonta. Już to musi działać na wyobraźnię, albowiem wiadomo: jeśli Reymont, to Nobel, a jak Nobel, to kultura najwyższych lotów.

Noblista Władysław mieszkał tu w latach 20. XX w. Światły był to człowiek, dlatego do pałacu zapraszał miejscową dzieciarnię i czytał im bajki. 80 lat później Edmund Kubis, też z Kołaczkowa, stwierdził, że nie było to złe, dlatego od 10 lat funkcjonują tzw. wieczorki reymontowskie.

Wtorek, około godziny 18.00. W pałacu Reymonta świeci się jeszcze światło.

W drzwiach dostaję czymś plastikowym w twarz. To serw Radka Walczaka spowodował, że piłeczka poleciała w dość nieoczekiwanym kierunku. Na szczęście nie boli, a Radek pozwala się jeszcze sfotografować.

Na piętrze za to trwa pasjonujący pojedynek. Czwórka młodych ludzi gra - jak mówią - w "chiński upadek Japonii" i wcale nie chodzi tutaj o karcianego "chuja", ale po prostu o planszowego chińczyka. Obok nich siedzi chłopiec w czapce Świętego Mikołaja i coś rysuje... Ot, cała kołaczkowska kultura.

- Polega to na tym, że codziennie w sezonie jesienno-zimowym, oprócz środy( Reymont aerobiku nie przewidział - przyp. red.) od godz. 16.00 do 19.00 każde dziecko może przyjść i spędzić pożytecznie czas.

W holu pałacu stawiany jest stół do ping-ponga, a chętni mogą gonić celuloidową piłeczkę do woli. W innych pomieszczeniach są również stoły z piłkarzykami, więc młodzież może tutaj wyładować nadmiar energii. Dla mniej nerwowych są gry planszowe: chińczyk, warcaby albo szachy. Jest również dostęp do komputera i internetu.

Dla cierpliwych i zdolnych manualnie jest modelarnia - mówi E. Kubis, następca Reymonta. - Z frekwencją jest różnie, czasem przyjdą 2-3 osoby, ale zdarza się, że 12 i więcej. To zajęcia dla młodzieży, jeśli chcą skorzystać, to skorzystają, jeśli nie, to nie - wyjaśnia dyrektor GOK.

W Skotnikach stoi dom nie kultury, ale Sztuki, nazwany tak na cześć Franciszka Sztuki, miejscowego sołtysa. Obiekt stoi w polu i dobrze go widać z drogi. Prowadzą do niego pozbrukowe chodniki i zjazdy, a obok jest gigantyczny parking, na którym w zwykły dzień nikt nie parkuje, za to mógłby wylądować jumbo jet.

W perspektywie widać spieszącą się postać. To bibliotekarka - Agnieszka Pawlak. O 14.00 musi otworzyć bibliotekę, choć nie uśmiecha się jej siedzenie w zimnie, bo jak w każdej wiejskiej świetlicy, tak i tu oszczędza się na ogrzewaniu. No, ale do 18.00 kaloryfery zdążą się nagrzać...

Budynek w trzech czwartych stoi pusty, bo większą część zajmują sala balowa, gdzie odbywają się imprezy okolicznościowe, i coś w rodzaju sieni, gdzie stoi jeden komputer, ale za to jakieś 20 krzeseł. Reszta budynku to księgozbiór, miejsce ponoć uczęszczane.

- Przychodzi około 10-12 osób dziennie, a wypożyczeń mamy od 30 do 50. To osoby starsze, jak i młodzież szkolna. Głównie to mieszkańcy Skotnik, Biechowa, Książna, a nawet Miłosławia - wyjaśnia A. Pawlak. - Nasza biblioteka jest popularna, ponieważ mamy zbiór 9 tys. książek i po prostu jest co wypożyczać -dodaje bibliotekarka.

- Podstawowy problem to ten, że nie ma w świetlicy pracownika etatowego, dlatego nie można wykorzystać w pełni tego obiektu. Biblioteka jest czynna tylko trzy razy w tygodniu po kilka godzin, to może być dla mieszkańców za mało - zauważa pani z biblioteki. Kto wie, może ma rację, choć czytelnictwo spada w całym kraju.

Niebawem w Domu Sztuki mają pojawić się nowe komputery, dzięki czemu będzie możliwość przeprowadzania kursów komputerowych. Dom Sztuki zmierza w stronę oświaty. A już wydawało się, że jest jak w dowcipie: najpierw jest kultura, a potem długo, długo nic i sztuka... W Skotnikach wydaje się być nieco inaczej.

Prawdziwą wolnością w Białym Piątkowie cieszą się tylko kury i koguty. Spacerują sobie dostojnie po wsi i nikt nie zwraca na nie uwagi. Tak samo jest w pobliżu świetlicy wiejskiej - wielobarwny kogut co chwila nawołuje: kukuryku! Pewną sensację budzi za to krowa, która stoi sobie nieruchomo za sklepem, w ogródku. Mućka rodem z Alp jest biało-fioletowa, a na boku ma napis "Milka". Krowa nie muczy, a daje oznaki życia dopiero wtedy, gdy podłączy się ją do prądu (sic!).

- To taki gadżet, który wiele razy widziałam. Podobne rzeczy stoją przed supermarketami. Mąż miał okazję ją kupić, dlatego teraz ona stoi u nas za sklepem, to taka ciekawostka, trochę reklama, bo krowę widać z drogi - mówi Hanna Surdyk, właścicielka sklepu.

W Białym Piątkowie pop-art la Andy Warhol jest czymś przypadkowym, ale ciekawym. Sołtys Czesław Lalka też jest ciekawy, ponieważ wie najwięcej na temat kultury w miejscowej świetlicy wiejskiej.

- Jak widać, świetlica jest ocieplona, ale cały czas trwa remont w środku. Obecnie jest ona w gestii OSP. Co do imprez, to staramy się, aby każdy znalazł coś dla siebie. Dla dzieciaków organizujemy mikołajki, Dzień Dziecka, a jak będzie śnieg, to myślę, że będzie również kulig. A dla dorosłych mamy zabawę karnawałową - wyjaśnia sołtys. - Jak ktoś ma jakieś kulturalne potrzeby, to może mi przyjść powiedzieć, przemyślimy każdą propozycję - dodaje.

W Obłaczkowie o 15.00 już prawie ciemno. Bar "Obłeczek", który znajduje się przy świetlicy wiejskiej, otwierają dopiero o 17.00, wcześniej więc depresji nie można podleczyć.

Za to kultura w Obłaczkowie kwitnie za sprawą archeologów.

- Od dwóch lat kopią. Te kilka hektarów przy wiadukcie kupili Anglicy, ale pojawili się archeolodzy, zrobili badania i okazało się, że odkryli przedmioty z okresu 5 tysięcy lat przed naszą erą, a także osadę epoki wczesnośredniowiecznej, około trzeciego wieku naszej ery. Prace wciąż trwają - mówi Jan Drewniak, sołtys Obłaczkowa.

- Udostępniliśmy im świetlicę, gdzie mogli znalezione przedmioty opisać i skatalogować. Z tego, co mi powiedziano, wszystko to posłuży do badań historycznych. Pojawił się pomysł, aby stworzyć gablotę w świetlicy i tam umieścić część wykopalisk, ale niestety nie mamy warunków ku temu, ponieważ po prostu świetlicę dzierżawimy. Dziwię się, dlaczego tymi wykopaliskami nie zainteresowało się nasze muzeum. - zastanawia się Drewniak, ale nie upatruje w tym wielkiej przyszłości.

- Czy u nas będzie drugie Grzybowo? Chyba nie, tutaj mamy płaskie pole i raczej będą tutaj jakieś inwestycje. Przynajmniej ludzie będą mieli pracę. Już teraz mają, bo archeolodzy potrzebują rąk do roboty.

Filip Biernat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy