Pan, który uratował szkołę

To prawdziwy bohater - mogą powiedzieć o panu Januszu Stańczaku uczniowie VIII LO w Poznaniu. Mężczyzna jest szkolnym dozorcą. Dzięki jego szybkiej interwencji pożar w szkole został szybko ugaszony i nikomu nic się nie stało.

Ogień pojawił się w szatni VIII LO wczoraj około godziny 11. - Siedzieliśmy sobie z portierką - panią Ulką normalnie w dyżurce i jedliśmy śniadanie. Trwały lekcje - opowiada pan Janusz. - Nagle przybiegł do nas jeden z uczniów i powiedział, że w szatni się pali. Zaraz pobiegliśmy na dół zobaczyć, co się dzieje.

Reklama

Kiedy pan Janusz i pani Urszula zbiegli do szatni, w pomieszczeniu było już mnóstwo dymu. - Było tak ciemno, że nic nie widzieliśmy - opowiada dozorca. - Na szczęście na miejscu była już jedna z uczennic, która trzymała w ręce gaśnicę i próbowała ją odbezpieczyć. Zaraz poprosiłem ją o wyjście z szatni, a sam zająłem się uruchomieniem gaśnicy.

Dzięki szybkiej interwencji pana Janusza ogień został stłumiony niemal natychmiast. Podczas gdy mężczyzna gasił pożar, w szkole trwała ewakuacja.

- Uruchomiłam alarm i pobiegłam po kierowniczkę administracyjną i dyrekcję - mówi przejęta pani Urszula Jakubowska, portierka. - Oni zarządzili ewakuację, bo dymu przybywało z każdą chwilą. Wszystko przebiegło bardzo sprawnie, uczniowie byli bardzo spokojni i opanowani. - Wszystko trwało może 20 minut - dodaje pan Janusz.

Rzeczywiście, kiedy na miejsce dotarli strażacy, ogień był już ugaszony. W szkole nadal było jednak mnóstwo dymu.

- Do teraz czuć go w szatni - mówi pani Urszula. Dzięki szybkiej reakcji pracowników technicznych szkoły w zajściu nikt nie ucierpiał. Pan Janusz trafił co prawda do szpitala z objawami zatrucia dymem, jednak po krótkim badaniu został wypuszczony do domu i dziś pojawił się już w pracy. Kurtki 700 uczniów zostały uratowane, a wraz z nimi zapewne czapki i rękawiczki, a także cenniejsze przedmioty pozostawione w kieszeniach.

Dziś lekcje w VIII LO odbywały się już normalnie. O wczorajszym pożarze przypominają jedynie osmalone ściany szatni i wciąż wyczuwalny zapach dymu. Nadal przejęci są także pracownicy. Pani Teresa Smoczek, która na co dzień pilnuje szatni, w czasie zdarzenia była akurat w toalecie.

- To był dosłownie moment - wspomina. - Wyszłam tylko na chwilę, a jak wróciłam, było już pełno dymu. Do teraz jestem trochę roztrzęsiona, ale na szczęście nic się nie stało. Przyczyny pożaru na razie nie są znane.

Anna Przybył

Wiadomość pochodzi z portalu Tutej.pl

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje