Pan Temperaturka i spółka

Morsy z Góry od ponad 30 lat witają Nowy Rok zimową kąpielą. Najwspanialsze jest podobno wyjście z lodowatej wody. To przeżycie, które trudno z czymkolwiek porównać.

Jeśli tylko nie hula zimny wiatr, człowiek oddycha pełną piersią. Czuje się oczyszczony, zrelaksowany, pełen wigoru. Po prostu szczęśliwy. Dlatego ludzie - nie zważając na niską temperaturę - decydują się wejść do wody.

Reklama

- Morsem może zostać niemal każdy człowiek, zdyskwalifikowani są "sercowcy". Pozostali muszą tylko przełamać strach, ale naprawdę warto - przekonuje Bogdan Kaiser z Góry, który od ponad 30 lat praktykuje kąpiele w zimnej wodzie.

Pięciu zdrowych i odważnych

Naukowcy potwierdzają tę teorię. Siedząc w domowych pieleszach trudno to sobie wyobrazić, ale okazuje się, że taka kąpiel nie jest dla ludzkiego organizmu czymś niezwykłym. Trzeba ją tylko poprzedzić rozgrzewką i w wodzie spędzić nie więcej niż kilkanaście minut.

- Zimna woda dodaje zdrowia. Hartuje organizm. Katar, przeziębienie, grypa, a nawet inne, dużo poważniejsze schorzenia są nam zupełnie obce - zapewnia jeden z górowskich morsów, Marek Piesiewicz, którego wielu nazywa Panem Temperaturką, bo zawsze ma przy sobie termometr, sprawdza i zapisuje, ile stopni jest w powietrzu, a ile w wodzie. - Morsy są nie tylko odporniejsze, mają też więcej energii życiowej. Zimno odmładza i dodaje sił - zaręcza Bogdan Kaiser.

Obecnie w Górze mieszka pięciu entuzjastów kąpieli w lodowatej wodzie. Wszyscy to mężczyźni. Mają od 44 do 79 lat. Każdy z nich aktywnie uprawia jakiś sport: tenis ziemny, koszykówkę, siatkówkę, biegi. Wszyscy są też zapalonymi cyklistami. - Niemal co roku latem ktoś pyta, czy może do nas dołączyć. Niestety, ich zapał i zainteresowanie spada wraz z temperaturą - przyznaje Kaiser.

Noworoczna kąpiel

Morsy z Góry kąpią się przez cały rok. Średnio trzy, cztery razy w miesiącu, ale niektórzy zdecydowanie częściej (Marek Piesiewicz tylko w tym roku wybrał się nad Balejkę i Barycz w sumie około 150 razy!). Niestety, bardzo rzadko wspólnie wchodzą do wody. Każdy ma swoje obowiązki i trudno mi się zgrać. Wyjątkiem jest Nowy Rok - wtedy zawsze są w komplecie.

- To już taki nasz rytuał. Kąpiemy się w gliniance na obrzeżach miasta, która przed wojną pełniła rolę miejskiego kąpieliska. W Górze wszyscy nazywają to miejsce Balejka. W 1984 roku zainstalowałem tam nawet drążek do ćwiczeń - zdradza Marek Piesiewicz. - Jeśli mróz jest silny i lód skuje wodę jedziemy do Ryczenia wykąpać się w Baryczy. Mamy tam takie ustronne miejsce pod mostem.

W ponad trzydziestoletniej historii górowianom tylko dwa razy nie udała się noworoczna kąpiel - w 1981 i 2003 roku. Za pierwszym razem z powodu stanu wojennego, za drugim silnego mrozu, który skuł nawet wody rzeki.

- Pamiętam, że 13 grudnia 1981 roku była niedziela. Tradycyjnie wybraliśmy się na krótką kąpiel. Jechaliśmy rowerami do Ryczenia. Na rogatkach miasta stali milicjanci i kazali nam zawrócić. Zdaje się, że nie uwierzyli nam. Nie przekonały ich nasze tłumaczenia ani widok ręczników i kąpielówek - z uśmiechem dziś tę przygodę wspomina Pan Temperaturka. - Musieliśmy na jakiś czas zrezygnować z kąpieli, nie było sensu ryzykować i jechać do Ryczenia w Nowy Rok.

- W 2003 roku pokonała nas pogoda. Mróz był na tyle silny, że skuł nawet wody rzeki. Nie mamy profesjonalnego sprzętu do robienia przerębli. Bierzemy po prostu jakąś większą gałąź, ale wtedy nie daliśmy rady. Nowy rok powitaliśmy kilka dni później, gdy temperatura trochę wzrosła - dodaje B. Kaiser.

Po wyjściu z wody i wypiciu symbolicznej lampki szampana morsy udają się na górowski kort tenisowy rozegrać mecz.

Chcieli tylko sprawdzić

W Górze inicjatorami kąpieli w lodowatej wodzie byli Marek Piesiewicz i Bogdan Kaiser. Obaj są doskonale znani w mieście, przede wszystkim jako trenerzy tenisa ziemnego związani z Górowskim Towarzystwem Tenisowym.

- Pierwsze próby podjęliśmy już w 1975 roku, ale na poważnie do tematu podeszliśmy dwa lata później. Zaczęło się zupełnie niewinnie. Chcieliśmy tylko sprawdzić swoje możliwości, jak długo, nie bacząc na porę roku, możemy się kąpać - mówi Marek Piesiewicz. - Okazało się, że bardzo długo. Od tego czasu dla nas sezon kąpielowy nigdy się nie kończy - dopowiada Kaiser.

W 1996 roku dołączył do nich maratończyk Marek Sady, który jako jedyny z całego towarzystwa jest zmotoryzowany i w Nowy Rok zawozi grupę górowskich morsów na Balejkę lub nad rzekę. Cztery lata później w Górze było już czterech entuzjastów kąpieli w lodowatej wodzie. Przyłączył się do nich amator gimnastyki Edward Rydz. Jako ostatni w 2005 roku morsem został najstarszy z tego grona 79 - letni pasjonat rajdów rowerowych Władysław Mycyk.

mach

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy