Policyjne porachunki

W Poznaniu policjanci chcieli wykończyć swego szefa. Ukradli mu więc dokumenty z biurka i porzucili na śmietniku, wyjaśnia "Gazeta Wyborcza". Sprawa stała się głośna. Media trąbiły o ujawnieniu nazwisk świadków koronnych itp.

Policja szybko znalazła winnego. Okazało się, że plik dokumentów zginął - i to dwa miesiące temu - z biurka Jacka Szemraja, wicenaczelnika poznańskiej policji sądowej.

Reklama

Pod koniec stycznia Szemraj miał wysłać kilka tomów akt do archiwum, ale z biurka zginęła jedna teczka z plikiem 38 dokumentów. Szemraj zgłosił to przełożonym, a ci wszczęli kontrolę. Winnego ani teczki nie znaleziono. Szemrajowi włos z głowy nie spadł, bo kontrola ustaliła, że w dokumentach nie było tajnych informacji.

Jeden z podwładnych Szemraja, w rozmowie nagranej przez "Wyborczą" ujawnił, że to kilku jego kolegów ukradło dokumenty. Mieli nadzieję, że Szemraj za to poleci. Jednak gdy wicenaczelnik się ostał, policjanci poszli na całość: podrzucili dokumenty na śmietnik w pobliżu jego domu i zadzwonili do dziennikarza "Faktu". A ten napisał, że w Poznaniu doszło do wycieku.

"Wyborcza" rozmawiała z pięcioma podwładnymi Jacka Szemraja. Każdy z nich potwierdził, że były to porachunki: - To zemsta naszych starszych kolegów. Mieli żal, że Szemraj ma dopiero 32 lata i wydaje im rozkazy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje