Poznań: Półtora tysiąca studentów pod sąd?

Taki może być finał zatrzymania przez policję administratorów wewnętrznej sieci komputerowej kampusu Politechniki Poznańskiej, w której masowo wymieniano się pirackimi programami i multimediami - informuje "GW".

Wystarczy, że poszkodowane firmy poproszą o ściganie sprawców. A praktyka pokazuje, że decydują się na to bardzo często - donosi gazeta.

Reklama

W środę rano - jak informuje gazeta - policjanci z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą Komendy Wojewódzkiej zatrzymali sześciu studentów. Wszystkim postawiono zarzuty z ustawy o prawie autorskim. Za bezprawne rozpowszechnianie cudzych utworów grozi im teoretycznie do pięciu lat więzienia.

Tyle z pewnością nie dostaną, ale jak dowiedziała się "GW", nie mają co liczyć na to, że sprawa "rozejdzie się po kościach" - pirackich programów, filmów i gier, które policja zabezpieczyła na ich dyskach i płytach jest po prostu zbyt dużo. - Sprawdzamy dwa terabajty, czyli ponad dwa tysiące gigabajtów danych - przypominają policjanci.

To wszystko było wiadomo już w środę. Jednak, jak ustaliła "GW", jest bardzo realne, że prawne konsekwencje tej sprawy poniesie 1,5 tys. studentów. Tyle bowiem osób jest podłączonych do wewnętrznej sieci kampusu politechniki. I tyle wymieniało się w sieci pirackimi programami i multimediami. W rozmowach z "GW" przyznali to sami studenci. - Nie ma takiej osoby, która choć raz nie ściągnęła lub nie udostępniła komuś pirackich plików - powiedział nam jeden z mieszkańców Domu Studenckiego nr 5.

Potwierdza to nawet Tomasz Kokowski, który jako kierownik centrum zarządzania siecią komputerową politechniki opiekuje się też wewnętrzną siecią kampusu. - Sam wielokrotnie blokowałem wymianę nielegalnych plików - mówi Kokowski. - Trudno z tym walczyć, bo ta sieć została stworzona właśnie po to, żeby mieszkańcy domów studenckich łatwo i szybko mogli wymieniać się plikami. Oczywiście zakładaliśmy, że będą to pliki potrzebne do nauki.

Czy to oznacza, że policja zajmie się wszystkimi użytkownikami sieci? - Na początek musimy ustalić, kto konkretnie wymieniał się pirackimi plikami - mówi gazecie Zbigniew Krela z Komendy Wojewódzkiej, szef zespołu prowadzącego śledztwo.

- To zadanie dla biegłego sądowego, który bada dyski zabezpieczone w pokojach sześciu zatrzymanych. Policjanci przekonują, że z ustaleniem danych wszystkich studentów-piratów biegły sobie poradzi. Tylko co potem? - Teoretycznie, możemy im wtedy postawić zarzuty rozpowszechniania cudzych utworów. Ale tu pojawia się problem natury technicznej. Bo sprawa, w której jest tysiąc, czy półtora tysiąca podejrzanych, zwyczajnie sparaliżowałaby nasza pracę.

- Ustalimy właścicieli praw autorskich utworów, którymi wymieniali się studenci. I zapytamy ich o zdanie. Jeżeli firmy złożą wnioski o ściganie, to nie będziemy mieli wyboru.

Co na to właściciele praw? W czwartek dziennikarze "GW" zadzwonili do kilku firm, które według zebranych informacji znajdą się na liście poszkodowanych. Nikt nie potrafił im jednak powiedzieć, czy będą domagały się ścigania piratów.

Zła wiadomość dla studentów jest taka, że od pół roku polska branża fonograficzna prowadzi ofensywę przeciwko osobom udostępniającym sobie pirackie pliki. Kolejna zła wiadomość - firmy fonograficzne i produkujące oprogramowanie mogą się też domagać się od piratów odszkodowań - informuje gazeta.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje