Sąsiedzki spór o cebulę

W Bugaju (gm. Miłosław) po cebuli też śmierdzi. Ten problem podzielił jednak nie muchy, a ludzi. Ale po kolei...

Akcja rozgrywa się w bloku mieszkalnym nr 17 - jednej z trzech bliźniaczych budowli przy drodze do Rudek. W drugiej klatce charakterystyczny zapach drażni nos niemal każdego dnia. I tak już od trzech lat. Właśnie wtedy pani Maria*, lokatorka mieszkania na parterze, zajęła się obieraniem cebuli.

Reklama

Uwagę zwróciła teściowa

- Czuł Pan? - dopytuje wyraźnie podenerwowana pani Lucyna*, sąsiadka przedsiębiorczej kobiety. Specyficzną woń, owszem, czuć, choć nie jest dokuczliwa.

- Każdego dnia obierają po sześć, siedem worków cebuli. Przywożą im to samochodem, pod sam blok - opowiada pani Lucyna. Sąsiadom nigdy nie zwróciła uwagi. Wyręczyła ją teściowa. Mieli powiedzieć, że to ich mieszkanie i mogą w nim robić, co chcą. Tłumaczenie spółdzielni mieszkaniowej też było zawsze to samo: "Nic na to nie poradzimy".

- Tu non stop śmierdzi. W domu, na korytarzu, wszędzie. Każdy o tym mówi, ale jakoś nikt nie śmie zwrócić im uwagi. Ja też nie chcę się kłócić, bo uważam, że sąsiedzi powinni żyć w zgodzie. Ale są granice - twierdzi 28-latka. Dwa miesiące temu urodziła córkę. Nie domaga się, by sąsiedzi rezygnowali z obierania cebuli. Chce tylko, by robili to gdzie indziej, np. w garażu, który posiadają.

"Ja tam nic nie czuję"

W feralnej klatce mieszka sześć rodzin. Dzwonimy do drzwi na pierwszym piętrze. Nikt nie otwiera. Dzwonimy do drugich. Po dłuższej chwili nieufnie uchyla je starsza kobieta w fioletowym pulowerze. O sąsiadach z dołu mówi niechętnie.

- Ja tam nic nie czuję. Mam szczelne drzwi - zapewnia. Najchętniej by je zamknęła, ale próbujemy nawiązać rozmowę.

- Wie pan, jak się wchodzi, to czuć, ale mi to nie przeszkadza. Z tego co wiem, innym też nie - wyraża przekonanie ogółu. - A tak między nami, to ja bym tego dziadostwa za żadne pieniądze nie obierała. Nie miałabym nerwów - ucina.

Z cebuli żyje cała rodzina

Pani Maria przywitała nas w niebieskim fartuszku i gumowych rękawiczkach. Właśnie obierała cebulę. Pomagali jej syn i córka. Znaczy: spółka rodzinna. Warsztat pracy domownicy urządzili sobie w przedpokoju. Było jedno stanowisko - wiadro wyłożone grubą gąbką (tak, żeby nie uwierało w cztery litery), głęboka żółta miska, plastikowe czerwone wiadro i nóż. Nieoczekiwaną wizytę złożyliśmy chałupnikom w godzinach popołudniowych. Na stanowisku przebywał akurat młody, znaczy syn pani Marii. Pod ścianą leżało pięć worków z nieprzerobionym jeszcze surowcem. Kobieta nie kryła zaskoczenia oskarżeniami sąsiadki. Utrzymuje, że zapach przeszkadza nie jej, a jej teściowej.

- Ona tu jest zameldowana, ale mieszka gdzie indziej. Przyjeżdża tylko do synowej. Powiedziałam, że ona ma z mężem emeryturę, a ja nie mam nic. Zamilkła - opowiada pani Maria. Czteroosobowa rodzina utrzymuje się tylko z renty męża. To nieco ponad 500 zł. Garaż mają, ale nieogrzewany. W mrozie robić tam nie da rady.

- A co z dziećmi? Gdzie z nimi pójdę? Do garażu?! - nie wytrzymuje córka pani Marii. - Tu przynajmniej mają ciepło. Są pod opieką - dodaje. Jak może, przyjeżdża pomagać mamie. Właściwie zarobkuje razem z nią. Za kilogram obranej cebuli dostają 23 gr. Pracując na pełnych obrotach są w stanie zarobić nawet po 50 zł dziennie.

- Najwięcej czternaście worków obraliśmy. Ale to trzeba siedzieć nawet do 5.00. Ile razy tylko się zdrzemnę, wstaję i robię dalej - zdradza kobieta. Odór jej nie przeszkadza. Przywykła do niego.

- Niech pan spojrzy, przecież ona ma astmę. I nie dusi się - córka pani Marii wskazuje na dziecko. - Ten zapach oddziałuje na nią. Nie jest już tak chora, jak kiedyś. Praktycznie co tydzień jeździła do doktora - uzasadnia zbawienną moc cebuli.

Pani Maria zdaje sobie sprawę z uciążliwości dla sąsiadów. Poprawy nie obiecuje.

- To jest moja praca. Nie zrezygnuję z niej, bo muszę z czegoś żyć - tłumaczy.

"Możemy tylko poprosić"

Zofia Rządkowska, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej w Chwalibogowie, zapewnia, że nikt nie skarżył się jej na odór cebuli. O zajęciu będącym źródłem utrzymania wielu mieszkańców wie doskonale. Zapewnia, że zdecydowana większość robi to w piwnicy.

- Możemy tylko poprosić, nic więcej. Każdy robi w mieszkaniu to, co uważa za stosowne - kwituje.

* Imiona bohaterek tekstu zmieniliśmy na ich prośbę.

Tomasz Szternel

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy