Szaleństwo światła i dźwięku

To było prawdziwe szaleństwo muzyczne, pirotechniczne i świetlne. Fajerwerki, efekty specjalne, największe gwiazdy i największy parkiet Europy, w który zamienił się stadion Lecha przy ul. Bułgarskiej.

Fani muzyki klubowej zaczęli ściągać na stadion grubo przed godziną 17. Ustawiali się wokół ogrodzenia czekając na moment, kiedy będzie można wejść.

Reklama

- Na kogo przyszliśmy? No jasne, na Paula! - mówi Mateusz, który ze swoją dziewczyną, Magdą czeka przed wejściem na resztę ekipy. - No i sam klimat: stadion, tyle ludzi. I to nagłośnienie! Bajka!

- To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, najlepsza i największa impreza w Europie, takich powinno być u nas znacznie więcej - uważa "Gacek" z Uzarzewa i prosi, żeby od niego pozdrowić wszystkich ziomków z Teksasu Uzarzewo. - To nie jest miejsce typu Arena, gdzie wejście kilkaset osób i już. Tu będzie z 30 tysięcy ludzi! To jest moc! Można się bawić!

Kasia, Agnieszka i Marcin przyjechali na tę imprezę specjalnie aż z Wisły. I są koneserami masowych imprez klubowych. Poznański Stadium of Sounds już na wejściu oceniają bardzo wysoko: za dobór gwiazd i za organizację.

- Ostatnio byliśmy na Tiesto w Hali Ludowej we Wrocławiu i też było świetnie, ale właśnie nawaliła organizacja - opowiada Agnieszka. - Musieliśmy stać ponad dwie godziny w kolejce do wejścia, no i nie zdążyliśmy na początek. Potem były kolejki do szatni, po napoje? Tu już widać, że nam to nie grozi, kolejki idą naprawdę szybko.

- Klimat, przede wszystkim klimat jest najważniejszy - uważa Marcin. - To już moja trzecia taka impreza i po prostu to widać, że będzie dobrze, to się czuje. To rewelacja, jak jest mnóstwo ludzi i wszyscy się dobrze bawią. To jest coś!

Chętnych z godziny na godzinę przybywa. Dziewczyny zrobione według najlepszej klubowej mody: maksymalnie krótkie spódniczki, maksymalnie odblaskowy makijaż i mnóstwo złota, a znakiem rozpoznawczym tych najbardziej na topie był obowiązkowy złoty pasek i równie złote sandałki lub kozaczki na obcasach tak wysokich, że prawie uniemożliwiały chodzenie, o tańcu nie wspominając... Mężczyźni są ubrani z nieco mniejszym wyrafinowaniem, a odświętność w większości przypadków ograniczyła się do wylania na siebie podwójnej ilości wody toaletowej wspartej solidną dawką dezodorantu. Coraz większymi grupami wchodzą do poszczególnych sektorów - i zamierają.

Ogromny, liczący sobie 11 tysięcy metrów kwadratowych dancefloor naprawdę robi wrażenie, a 90 - cio metrowa scena z mnóstwem sprzętu i ogromnymi ekranami - jeszcze większe. No i ten natychmiastowy atak ściany dźwięku - wprawdzie muzykę słychać daleko poza stadionem, ale to nic w porównaniu z tym, co się dzieje, kiedy stanie się na szczycie trybuny?

Przez pierwsze trzy godziny jednak było jeszcze w miarę spokojnie. Parkiet zajęty był najwyżej w połowie, no i ponieważ świeciło słońce, to światła na nikim nie robiły specjalnego wrażenia, niestety, nie powalali na kolana także pierwsi występujący dj'e.

Ale z godziny na godzinę temperatura imprezy rośnie, i zaczyna się tworzyć ten tak zachwalany przez znawców imprez klubowych - klimat. Na ciemnym niebie zaczyna być widać efekty świetlne, które naprawdę zwalały z nóg. Pokaz ogni sztucznych zapowiadający występ gwiazdy imprezy, czyli Paula van Dyka był perfekcyjnie przygotowany i równie perfekcyjnie dopasowany do muzyki, a sam Paul nie pozostał w tyle za wystrzałowymi efektami i nadał ostre tempo już od samego początku. Nie zawiodły też pozostałe gwiazdy: Erick Prydz, choć momentami był nieco przyciężki, Menno de Jong, Alex M.O.R.P.H., Marc van Linden i naprawdę rewelacyjny Marco V.

A jeśli się jeszcze weźmie pod uwagę doskonałą jakość dźwięku, do czego w Poznaniu na dużych imprezach raczej nie jesteśmy przyzwyczajeni - to trzeba przyznać, że na stadionie Lecha udało się stworzyć raj dla fanów muzyki klubowej?

el

Wiadomość pochodzi z portalu Tutej.pl

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje