Ta historia wstrząsnęła wszystkimi

Ta tragedia wstrząsnęła Targową Górką. Duża, licząca ponad 500 mieszkańców wieś, 11 września ubiegłego roku pogrążyła się w żałobie. Wszystko za sprawą wypadku, do którego doszło na pobliskim wiadukcie. Uczestniczyli w nim rówieśnicy, koledzy ze szkolnej ławki. Jeden z nich zginął.

Waldek, nie mdlej

Reklama

Waldemar Chlebowski od dziewięciu lat pracował w Fabryce Mebli w Swarzędzu. W tapicerski fach wkręcił żonę. Dojeżdżali w trójkę, bo zabierali jeszcze kolegę. Feralnego dnia mieli problemy z odpaleniem silnika samochodu. Wyruszyli z kilkuminutowym opóźnieniem. Ujechali ledwie dwa kilometry. Znajdowali się na wiadukcie, gdy z naprzeciwka nadjeżdżał seat ibiza.

- Widzieliśmy go z daleka. Nie wiem, co się stało. Momentalnie skręcił na nasz pas - wspomina wypadek Hanna Chlebowska, żona kierowcy. Choć siła zderzenia była olbrzymia, nie straciła przytomności. Pamięta, że mąż mocno hamował. Ich auto zatrzymało się na barierce.

Bogdan Chlebowski, ojciec Waldka, był jedną z pierwszych osób na miejscu wypadku. Makabrycznego widoku nie zapomni do końca życia. Podbiegł do syna, chciał go ratować, choć nie wiedział jak.

- Miał zmiażdżone nogi. Wrzeszczał, że go bolą. Nie byłem w stanie mu pomóc - opowiada. Poszkodowany z minuty na minutę robił się coraz słabszy. Tracił przytomność.

- Głowa mu opadała, wolno przymykał oczy. Robiłem wszystko, żeby nie zasnął. Krzyczałem: "Waldek, nie mdlej!" - ze łzami w oczach pan Bogdan wspomina dramatyczne chwile.

Pogotowie najpierw zabrało sprawcę wypadku - kolegę Chlebowskich. Tymczasem strażacy próbowali nawiązać kontakt z kierowcą volvo. Półprzytomny powiedział im, jak ma na imię. Wciąż zapadał w śpiączkę. By go wydostać, mundurowi musieli rozcinać samochód. W drodze do szpitala towarzyszyła mu żona.

- Mąż leżał na noszach. W pewnym momencie poderwał się z bólu, tak jakby chciał wstać. Do sanitariusza, który go trzymał, powiedział tylko: "Puść, bo mnie ku... boli!" - relacjonuje 21-latka.

Mateusz wierzy, że jeszcze zobaczy tatę

Pan Bogdan wrócił do domu. Nic nie mówił czteroletniemu wnukowi. Odprowadził go tylko do przedszkola, a następnie pojechał do szpitala. W poczekalni przesiedział półtorej godziny. Zaciskał kciuki, modlił się, płakał. Wszystko na nic. Od lekarzy dowiedział się o najgorszym. Waldek doznał wielu obrażeń wewnętrznych, w tym m.in. pęknięcia aorty. Medycy twierdzili, że nie było szans na uratowanie.

H. Chlebowska długo przebywała w szpitalu. Miała połamane żebra i obojczyk, a także odmę opłucnową. Sprawca wypadku odwiedził ją tylko raz, jego matka - dwukrotnie. Pytali o zdrowie, o samopoczucie. - Jak Waldek jeszcze na OIOM-ie leżał, to Helena, matka sprawcy, przyszła i zapytała, czy nie będziemy mieć do nich urazy. Ale tamten ani słowem się nie odezwał - zauważa pani Barbara, żona Bogdana.

Po kilku dniach poszkodowana opuściła szpital na własną prośbę. Poruszała się na wózku inwalidzkim, ale chciała uczestniczyć w pogrzebie męża.

- Ludzie zachowali się bardzo ładnie - przychodzili, składali kondolencje, pytali, czy mogą jakoś pomóc. Na pogrzeb nawet sklep zamknęli. Takich tłumów tu jeszcze nikt nie widział. Waldek działał w straży, więc ksiądz odprawił mszę w strażackim mundurze - opowiada ojciec zmarłego.

Wdowa często rozmawia z dzieckiem o tacie. Jeszcze do niego nie dotarło, że już go nigdy nie zobaczy. Tęskni za nim.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje