Zaradne dzieci złomu

Gdy w końcu wyschną źródła przemysłowych surowców i zgodnie z wizją Philipa K. Dicka, nowe rzeczy z metalu, drewna czy plastiku staną się towarami luksusowymi, historia być może spojrzy na nich inaczej.

Dzisiaj są jeszcze "szmaciarzami", którzy biorą to, co inni wyrzucają.

Reklama

We Wrześni robią to nawet dzieci.

Obeszli już całą ulicę, ale jak na razie mają słabe szczęście. Na pewno miewali w swojej karierze lepsze dni. Jadą jak zwykle na dwa wózki. Na większym opierają się o siebie worki pełne zakrętek od słoików, a obok rdzawo szczerzą się pogięte żebra zniszczonej anteny telewizyjnej.

Na mniejszym pojeździe, prowadzonym przy w akompaniamencie klekotu puszek upchniętych w foliówkach, chyboce się stary wózek dziecięcy.

Wózkarze, dwaj nastoletni chłopcy, są ubrani zbyt cienko jak na tę deszczowo-śnieżną pogodę. To jeszcze dzieci, chociaż już ciężko pracują. Idą przez płytkie kałuże zgarbieni, szurając przemoczonymi butami i nogawkami wybrudzonych, przydługich spodni. Nie mają rękawiczek. Zimne metalowe drążki wózków trzymają przez rękawy luźnych kurtek. Czapki opadają im na rozbiegane oczy. Pociągają nosami. Będą rozmawiać tylko za złom albo za pieniądze.

Na słodkie i na buty

- Złom zbieracie po szkole, czy w ogóle nie chodzicie do szkoły?

- Chodzimy normalnie do szkoły, do "czwórki". Ja chodzę do czwartej klasy, on do piątej. A jak mamy wolne, na przykład w soboty albo święta, to chodzimy po złom.

- Te wózki są chyba trochę ciężkie, co?

- No. Ten ma sto kilo, a ten dziewięćdziesiąt. Ale chodzą lekko, bo są na dobrych oponach. Koła chyba są od TIR-a albo busa.

- Na co zbieracie?

- Mamy taką siostrę małą, to przeważnie dajemy mamie, żeby miała dla niej na pieluchy. A teraz zbieramy na Święta Wielkanocne, na zajączka.

- To nie zbieracie dla siebie?

- Teraz nie.

- A jak zbieracie dla siebie, to co potem kupujecie?

- Słodkie jakieś, nieraz spodnie, buty, takie tam.

- Macie w domu tak biednie, że musicie po złom chodzić?

- Niee? Nie jest tak źle. Chodzimy, żeby sami sobie trochę zarobić.

- Podchodzicie do domu, dzwonicie i pytacie czy jest złom, tak?

- No.

- I często wam dają?

- Często. Mówią: "Poczekajcie", my czekamy, a potem przynoszą, co mają do wyrzucenia. Potem sprzedajemy na Alko, geesach albo na Kosłomie.

- A myśleliście już, co będzie robić po szkole?

- No, lekcje zrobimy?

- Nie nie, jak już skończycie szkołę. Co będziecie robić w życiu, kim chcecie zostać? Bo chyba nie złomiarzami?

- Ja będę pracował w policji.

- A ja chcę być piekarzem.

Pan Jan już od wielu lat jeździ po mieście, gminie, powiecie, a czasem nawet i dalej polonezem przerobionym na pikapa w poszukiwaniu surowców wtórnych. Zbiera wszystko, co można sprzedać: metale, szkła, papiery i plastiki. Bardzo denerwuje go, gdy ktoś mówi mu, że zrobił dobry interes z niczego.

Ludzie Bóg wie, co myślą

- Jaki dobry interes?! Jaki, panie, interes?! Zaraz mnie normalnie szlag trafi! Przecież mi ledwo na życie starcza! - gwałtownie zaprzecza.

- Ludzie to nie wiadomo, co myślą! - dorzuca jeszcze. Gdy już się uspokaja, wyjaśnia, że niektórzy z takich podejrzeń o sukces i z zupełnie bezpodstawnej zazdrości nie chcą oddawać mu swoich śmieci. Chcą, żeby im za nie płacił. A przecież gdyby jego pokiereszowane już auto nie jeździło na gaz, w ogóle nie opłacałoby mu się jeździć.

Choć jako stały dostawca ma w punktach skupu kilka groszy więcej na każdym surowcu, to i tak, by zarobić na gaz, musi przynajmniej raz dziennie zapełnić do ostatniej szczeliny tył, a czasem nawet i przód (siedzenie pasażera, skrzynkę na dachu) swojego poloneza.

Pan Jan dobrze już rozpoznał większość punktów zaopatrzenia. Dla kilku firm i zakładów, które robią mu tzw. wystawki, jest etatowym, regularnym czyścicielem.

Staropolskie tradycje wózkarskie

Młodzi wózkarze wypożyczają swój sprzęt z firmy Alko. Marek Maciejewski, kierownik skupu metali przy ul. Kaliskiej we Wrześni, mówi, że wózkowy interes to żadna nowość.

- Takie tradycje są od lat w całym kraju. Wystarczy wspomnieć film "Edi". Do mnie regularnie przychodzi około 10 ludzi, w tym dzieci. Ale ostatnio wózki pożyczają też tacy, co na przykład usuwają z domu stary piec od centralnego i sami chcą go sprzedać, zamiast oddać zbieraczom. Nic dziwnego, bo taki piec waży 200-300 kilogramów, a licząc po 50 groszy za kilogram, to wyjdzie trochę pieniędzy - mówi pan Marek, który zauważa pozytywną rolę sprzątaczy.

- Według mnie to bardzo dobrze, że mamy we Wrześni zbieraczy. Proszę sobie wyobrazić, co by to było, gdyby tylko te puszki, które oni sprzątają, wciąż leżały w rowach czy parkach - mówi M. Maciejewski.

Puszki są najbardziej poszukiwanym towarem, skupuje się je średnio po 3 zł za kilogram.

Oczywiście nie wszyscy zbieracze surowców wtórnych to pożyteczni sprzątacze. Co prawda ostatnio nie zdarzają się w okolicy kradzieże kolejowych obciążników, ale był okres, kiedy pracownikom PKP spędzało to sen z powiek. Pamiętamy też o kradzieży minitorów do strzeleckiej makiety dzika w Podstolicach. Nawet za granicą są z problemy takimi kradzieżami.

- Parę lat temu pracowałem w Niemczech na budowie - mówi pan Jerzy z Wrześni, z zawodu budowlaniec, który z niejednego pieca chleb jadł.

- Niedaleko kontenera, w którym mieszkałem, był stary, nieczynny most. Jednego dnia zobaczyłem, jak podjechał do niego bus, z którego wysiadło paru ludzi z boszówkami w rękach. Zaczęli ciąć ten most.

Po kawałku zaczęli przerabiać go na złom. Nie zdążyli z tym odjechać, bo wcześniej zawinęła ich niemiecka policja. Potem dowiedziałem się, że to byli Polacy z innej budowy.

Damian Idzikowski

Zaradne dzieci zlomu

Papież błogosławi ich wędrówce. Czy myślą, że jego też dałoby się sprzedać na skupie?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje