Dymna: Nie wezmę udziału w maglu wokół Starego Teatru

To, co się dzieje wokół Starego Teatru w Krakowie, to medialny magiel. Każde słowo zamienia się w kamień, którym ktoś kogoś chce zabić. Nie będę brała w tym udziału - mówi Anna Dymna, Gość Krzysztofa Ziemca w RMF FM. - Kiedy to się uspokoi, bardzo chętnie, nawet przy Janku Klacie opowiem, dlaczego zrezygnowałam z udziału w "Nie-Boskiej komedii" - podkreśla.

Krzysztof Ziemiec: Aktorka teatralna i filmowa, od dłuższego czasu także działaczka charytatywna, założycielka i prezes fundacji "Mimo wszystko", kobieta o anielskim głosie i gołębim sercu...

Anna Dymna: Tak? "Anielskim głosie"? To muszę się jakoś postarać dzisiaj.

Reklama

Anna Dymna jest gościem poranka w RMF FM. Dziękuję, że pani przyjęła zaproszenie, bo taki czas przedświąteczny dla każdej Polki, dla kobiety jest trudny, prawda?

- Nie, to jest piękny czas. Rzeczywiście, trzeba się nabiegać, jeszcze jak się ma fundację i tyle dzieci po całej Polsce, więc ten czas jest bardzo, bardzo aktywny. Ja już od października kleiłam aniołki na aukcję. Ale wszystko się udało i wysyłaliśmy paczki.

- Wczoraj odebrałam pocztę głosową. Strasznie ktoś tam krzyczał, myślałam: "Boże Święty, jakiś mój podopieczny zwariował". Nieprawda, to dzieci z Bierunia dostały paczkę z fundacji "Mimo wszystko". Wysłaliśmy 130 paczek, bo każdy z pracowników też kupuje coś i wysyłamy takim naszym podopiecznym z całej Polski. To jest taka radość...

- Ja nie wpadam w żaden popłoch, wszystko sobie wcześniej robię. Choinkę na przykład mam, drugą też, już mam wymyślone, kiedy pójdę na cmentarze, mam wszystko powymyślane. Jeszcze Salon Poezji dzisiaj - trzeba będzie poczytać. Gram żonę Heroda, także mam bardzo poważną sprawę.

Będzie 12 potraw? Da pani radę?

- Zawsze jest. Ja na Wigilię idę do brata. Potem jadę na pasterkę do Radwanowic, mimo że w tym roku nie robimy takiego widowiska, bo moi podopieczni częściowo wyjeżdżają, ale tam pojadę, żeby przytulić kogoś, kto tam został. Oni się zawsze cieszą, nawet jak zasypiają. W pierwszy dzień świąt robię kolędowanie w domu - co roku, żeby nie wiem, co się działo w moim życiu, przychodzą przyjaciele, rodzina, ja robię taki wielki gar żurku, sałatki. Zawsze jest to samo. Zawsze sobie siedzimy, śpiewamy i naprawdę się zatrzymujemy.

Czyli nie barszcz, nie grzybowa, a żurek u pani gości...

- Nie, w pierwszy dzień świąt jest żurek. Barszcz jest zawsze w Wigilię.

Czyli pani raczej za barszczem, nie za grzybową?

- My jesteśmy ze wschodu, więc mamy barszcz z uszkami, kutię mamy i oczywiście pierogi ze słodką kapustą - je się je tylko raz do roku, nie wiem czemu, bo są takie pyszne, że codziennie bym jadła. Dbam o to, żeby co roku było tak samo, żeby było tak, jak było u mamy, żeby tak samo pachniało, żeby tak samo smakowało. Dopóki tak jest, to jest dobrze.

Zna pani takie zjawisko jak szał przedświąteczny, szał zakupów? To dotyczy takich osób, jak pani czy nie?

- No jest coś takiego... Widzę to przecież. Ja prezenty na przykład już kupiłam dawno, żeby właśnie nie biegać po sklepach, bo ja w ogóle nie lubię biegać po sklepach. W głowie mi się kręci.

Pewnie też nie ma pani czasu na to.

- No czasem gdzieś tam wejdę, jak mi się coś spodoba, to kupię. Staram się nie wpadać w popłoch, jakkolwiek tu nie ma co ukrywać, jestem kobietą - trzeba wszystko zrobić, trzeba pokroić, ugotować, przemielić. Tylko że ja traktuję te przedświąteczne rytuały jako coś mistycznego. U mnie to nie jest takie normalne, że jestem urobiona po łokcie - to jest misterium całe, to się inaczej kroi, to się z kimś specjalnie robi... Tak to traktuję i dzięki temu nie czuję, że to mnie wykańcza, tylko odwrotnie.

I to jest w wigilijny poranek, czy jeszcze wcześniej?

- Wcześniej, wcześniej. Ja biorę syna i razem sobie kroimy, wszystko przygotowujemy, gotujemy, rozmawiamy sobie. Nie mamy kiedy się spotykać tak na co dzień, bo strasznie dużo pracujemy i biegamy, dlatego to są dla mnie cudowne chwile.

Chyba niełatwo jest podzielić ten wigilijny wieczór między rodzinę a podopiecznych w Radwanowicach?

- Bardzo trudno... to jest bardzo trudne. Wigilia na przykład była wczoraj, a ja byłam tu w Warszawie, bo grałam przedstawienie, więc cały czas tylko do nich dzwoniłam i ominęło mnie coś najpiękniejszego, taki moment, kiedy najpierw tam siedzimy z księdzem Isakowiczem-Zaleskim i z jego fundacją, wszyscy się dzielimy opłatkiem i sobie składamy życzenia. Ja to robiłam telefonicznie, no bo się nie rozdwoję. Potem jest taki piękny moment, jak moi podopieczni dostają od nas prezenty i ta ich radość... Mnie to ominęło tym razem.

Pani fundacja już jakiś czas temu wysłała paczki. One doszły do wszystkich, którzy potrzebowali, przed świętami.

- Wysyłamy paczki do takich ludzi, którym naprawdę jest ciężko. W całej Polsce mamy takich podopiecznych i zawsze pamiętamy, żeby nie zostali sami. Oni się naprawdę cieszą... A moi podopieczni - te dzieci z Radwanowic - to są moje specjalne dzieci. Tam mogę sama pojechać i mogę ich uścisnąć.

Jak wielka to jest grupa?

- Około 40 osób. Nawet jest więcej, ale to też podopieczni księdza Zaleskiego. Ja tam robię teatr z podopiecznymi obu fundacji, w związku z tym mamy wspólnych...

Jakich życzeń oczekują takie osoby jak pani podopieczni? Czego chcą w ten czas świąteczny?

- Oni nie wszystko rozumieją, ale to bardzo wrażliwe osoby. Oni w jakiś taki szczególny sposób czują wtedy samotność, zresztą to dopada nas również. To są takie święta, które są dziwne, bo są z jednej strony radosne i niosą nadzieję, a z drugiej strony czuje się okropny brak, czuje się straszliwie samotność. Nigdy się tak jej nie czuje jak w ten dzień i dlatego moi podopieczni chcą, żeby ich przytulić, strasznie potrzebują kogoś. W ten dzień wszyscy mają takie dołowanie. Mam wielu podopiecznych, takich znajomych, którzy mają ze sobą kłopoty psychiczne. Oni teraz mają najtrudniejszy czas. Ja cały czas mam jakieś SMS-y od nich i też sobie myślę: "Nie dam się zwariować". Przecież nie zaproszę wszystkich do brata na Wigilię. Ale rzeczywiście tak czuję, że powinnam do każdego zadzwonić i do każdego coś powiedzieć. Jeszcze na Salonie Poezji się spotkam z kimś tam, żeby się podzielić opłatkiem, bo to są najtrudniejsze momenty dla tych ludzi.

Łatwo jest być dzisiaj taką osobą jak pani i opiekować się tyloma osobami?

- Nie wiem. To w ogóle nie w tych kategoriach się mierzy. Ja myślę sobie, że jeżeli mogę się im na coś przydać i póki mam siły, to robię to z ogromną radością i nie wiem, czy to jest łatwo czy nie. Wiadomo, że jestem tylko człowiekiem i też muszę czasem spać. Czasami sobie z tym nie radzę i też mnie boli kręgosłup. Zresztą pan coś wie na ten temat, bo jak pan był u mnie...

Spotkaliśmy się u pani w pięknym domku na wzgórzu, który przypomina raczej jakieś Włochy, a nie okolice Krakowa. Pani powiedziała: "Pomagam także dlatego, że kiedy widzę uśmiech na ich twarzach, ten uśmiech ładuje moje akumulatory na wiele miesięcy".

- Ale wie pan co, ja nie wiem, czy ja bym sobie ze sobą poradziła, gdyby nie oni. Także tego się nie da w żaden sposób zmierzyć, czy to ja im coś daję, czy oni mnie. Mi się wydaje, że oni mi dużo więcej dali, że gdyby nie oni wszyscy i ich cierpienie, i to, że oni mi ufają i potrzebują ode mnie pomocy... może dzięki temu ja sobie ze sobą radzę. Bo ja nie wiem, czy ja bym się nie zamieniła w taką grubą, starą, zgorzkniałą babę, co mówi: "O Jezus! Nie mogę wstać, o Boże, nie dam rady!". Czasem mam taką ochotę, ale jak sobie przypomnę, chociażby o moim Świtaju, to wtedy wszystkie narzekania zamierają mi w ustach.

Pani dała mu drugie życie. Taka jest prawda.

- Ale oni mi też dają. Oni mi dają siłę, energię. My sobie nawzajem dajemy. Moje największe odkrycie życia jest takie, że my jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Jak się od takich ludzi odwracamy to nawet nie wiemy, ile sobie zabieramy.

To dlaczego tak wiele osób dzisiaj nie myśli w ten sposób?

- Bo to jest trudne.

Raczej zamykają się w czterech ścianach i jedyne, o czym myślą, to własny interes czy interes własnej rodziny, co najwyżej.

- Ale nie wszyscy. Ja myślę, że jest lepiej. Że coraz bardziej się budzi taka świadomość, że obok są ludzie, którzy mają inne życie niż my. Mają inne problemy. Dzieje się coś dobrego. Być może na przekór temu wszystkiemu, co się dzieje w naszym życiu społecznym - jednak ludzie potrzebują czegoś innego i być może właśnie na zasadzie kontrastu... My mamy już tamtego dosyć, my chcemy coś innego. Trochę uśmiechu, trochę zaufania. Ja myślę, że to są takie wartości, o które naprawdę trzeba walczyć. W ogóle ludzie się wstydzą być dobrzy, mimo że chcą być dobrzy. Moja mama mi mówiła, że każdy człowiek jest dobry. Ona oczywiście była bardziej naiwna niż ja. Ale ja to sprawdzam i ona naprawdę w większości ma rację.

Pani Aniu. Zagra jeszcze pani kiedyś w Starym Teatrze w Krakowie?

- Ale ja cały czas gram, proszę pana, w sześciu przedstawieniach gram.

Ale tak było głośno, że pani się wycofała, nie tylko pani. Anna Polony i wielu innych aktorów także.

- Wie pan co, ja coś panu powiem. Chce mnie pan wypuścić tutaj na rozmowę, w której ja nie będę brała udziału. To, co się w tej chwili dzieje w mediach wokół Starego Teatru, to jest taki medialny magiel, w którym nie wolno powiedzieć ani jednego słowa. Ja teatr kocham. Teatr Stary kocham, jestem w nim 40 lat, w tym roku mi stuknęło. A każde słowo, które w tej chwili powiem, za lub przeciw, wszystko jedno komu, zamienia się w kamień, którym ktoś kogoś chce zabić. Ja w tym nie będę brała udziału.

- To, że się wycofałam z "Nie-Boskiej Komedii", to jest sprawa, która nie dotyczy w ogóle tej całej afery. My jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy prawo rezygnować z ról. Mamy takie prawo, jeżeli mamy powód. I jeżeli się to wszystko uspokoi, ja bardzo chętnie, przy Janku Klacie nawet opowiem, dlaczego niektórzy aktorzy i dlaczego ja zrezygnowałam. Przecież ja nie jestem ubezwłasnowolniona. Ja w niektórych rzeczach nie mogę brać udziału, bo jak się jest aktorem, to we wszystko się wkłada serce. Jeżeli ci serce pęka i nie możesz czegoś robić, to po prostu musisz powiedzieć i nie bierzesz w tym udziału. Mój dyrektor to zrozumiał i nie ma do mnie żadnego żalu.

- Ja jestem w radzie artystycznej tego teatru i uważam, że dopóki gram w tym teatrze, to stoję za tym teatrem. W tej chwili oczywiście jest, co jest. Jest okropna afera, jest jakiś kij w mrowisku, wszyscy się okropnie cieszą. Tylko że ja ten teatr kocham, tak jak i moi koledzy. Wie pan, po każdej burzy przychodzi słońce. Ja wierzę, że to będzie najlepszy teatr na świecie, że to się musi uspokoić. To chyba jest dosyć trudny czas.

- Natomiast ten magiel... Moje nazwisko jest użyte przez wszystkich. Jedni mówią, że jestem zdrajcą, drudzy, że bohaterem. Ludzie nic nie wiedzą, nie wiedzą, o co chodzi. A ja w tej chwili tego nie będę tłumaczyła, bo to się na nic nie zda. Kocham teatr, mam fantastycznych kolegów i życzę temu teatrowi najlepiej na świecie po prostu.

A my życzymy pani spokojnych, zdrowych, rodzinnych świąt.

- No to ja wam też miłości i szacunku. I w ogóle życzliwości i dobrych aniołów nad głowami.


Dowiedz się więcej na temat: Anna Dymna

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje