Himalaistka Anna Czerwińska: Urubko jest super człowiekiem

- Denis Urubko kiedyś bardzo pomógł. Kiedy nie mogłam dojść do ostatniego obozu, Denis po mnie wybiegł w bieliźnie. Człowiekiem jest naprawdę super - powiedziała alpinistka i himalaistka Anna Czerwińska w Popołudniowej rozmowie w RMF FM.

Marcin Zaborski, RMF FM: Porozmawiamy o miłości?

Reklama

Anna Czerwińska: - No chętnie.

Mówi pani: "Jeżdżę w góry z miłości do nich".

- No chyba tak. Nie dla pieniędzy, bo tam się tylko pieniądze wydaje, a nie zarabia, przynajmniej ja nie umiem.

I to spore pieniądze.

- I to spore pieniądze. Mimo tylu niemiłych zdarzeń, tylu lat, tylu wypadków, to cały czas ta jednak moja miłość do gór trwa.

A czy można pokochać góry bardziej niż człowieka?

- To jest trochę trudne porównanie, ale ja tak sobie myślę, że nie spotkałam na swojej drodze życia mężczyzny, który byłby wspanialszy niż K2.

No właśnie od kilku tygodni patrzymy na K2. Pani patrzy na nią dużo dłużej, czasem z bardzo bliska. Co w sobie ma ta góra, że ludzie się z nią tak bardzo siłują, co ona ma w sobie, że się w niej tak bardzo rozkochują?

- Ja myślę, że ona jest po prostu przepiękna. Każda góra ma jakiś swój urok, ale K2 jest takim monolitycznym, olbrzymim urwiskiem. Po prostu powala. Jeżeli człowiek raz spojrzy na tę górę, to jej nie zapomni. Z niczym się tego nie da pomylić.

Ale dla kogoś, kto nie bywa w górach tak często jak pani, może być tak, że góra jak góra, góry są w różnych miejscach i pewnie są podobne.

- Być może ja patrzę okiem fachowca, ale nie zdarzyło mi się, żeby przechodząc np. jakiś trekker czy turysta, który się zaplącze w ten rejon, nie zachwycił się, nie krzyknął: "O Boże, jaka piękna góra".

Mamy polską wyprawę zimową na K2 i narodową wielką dyskusję na temat gór. Jedni kibicują i trzymają kciuki za Polaków, którzy chcą tę górę zdobyć, inni stukają się w głowę i pytają: "Po co oni się tam pchają?". Po co oni się tam pchają?

- Ja myślę, że każde pokolenie ma jakieś swoje priorytety. Ponieważ Polakom umknęły pierwsze letnie wejścia na ośmiotysięczniki, bo wiadomo, trudności paszportowe i takie tam problemy. Wobec tego Polacy odkryli nową gałąź - zimowy himalaizm. No i bardzo dzielnie pod wodzą Andrzeja Zawady działali i został jeden szczyt niezdobyty, czyli właśnie K2. Dlatego chłopcy tam walczą.

To co będzie w tej walce największym wyzwaniem dla polskiej ekipy?

- Ja myślę, że wysokość i wiatr. I to równo po 50 proc. Nie da się ukryć, że góra jest wprawdzie druga co do wysokości, jest niższa od Everestu o prawie 300 metrów, ale za to jest dużo trudniejsza. I te trudności nie kończą się właściwie aż do szczytu. Nie są to może trudności techniczne, ale za to zagrożenia lawinowe, są szczeliny, są jakieś urwiska. Do końca nie można powiedzieć: "No, to teraz będzie już łatwo, tylko do szczytu dojdziemy". Tam jest po prostu walka do końca.

Spróbujmy sobie jeszcze wyobrazić i poczuć temperaturę i ten wiatr. Jak wygląda teraz K2 o tej porze roku, jak ten wiatr mocno wieje i jaka temperatura na termometrach?

- Ja muszę powiedzieć, że nie widziałam zimą K2, ale widziałam parę innych gór i myślę, że jest mało śniegu. Nad szczytem jest pióropusz, który powstaje niekoniecznie ze zwiewanego śniegu, bo to są po prostu kryształki lodu, które są wywiewane z grani. Na pewno słychać łomot tego wiatru. Ja próbowałam zimą wejść na Makalu, to w bazie na 4800 m słyszeliśmy cały czas jakby leciał odrzutowiec, czyli pod szczytem to tam jest 10 odrzutowców.

Teraz Polacy czekają, żeby pojawiło się okno pogodowe, czyli żeby ten wiatr jednak nie był tak mocny, jak jest teraz, więc czekają. No właśnie, ważna część życia himalaisty to jest to czekanie, kiedy pogoda pozwoli pójść dalej. Co wtedy robią himalaiści?

- Ja myślę, że dobrze by było uświadomić, zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że siedzenie np. w bazie, nieruszanie się, jest bardzo groźne. To niby jest "tylko" 5200 m, baza pod K2, ale jeżeli tam nic nie robimy, to nasza aklimatyzacja wręcz się pogarsza.

To jeśli nie robić nic, to w takim razie co robić?

- Spacery, jakieś przebieżki. Nie każę nikomu biegać oczywiście, ale można np. odwiedzić bazę pod Broad Peakiem, można zejść na Concordię, można pójść na Kopiec Gilkeya - to jest takie miejsce tradycyjne, taki cmentarzyk powiedzmy, u podnóża K2. Także codziennie można kilka kilometrów zrobić i tak powinno być.

Powiedziała mi pani kiedyś, że szczyt K2 stracił dla pani powab, bo to jest miejsce, gdzie zginęło wielu przyjaciół. To jest ta ciemna strona himalaizmu, ale nie da się od niej uciec.

- No nie da się uciec. Dodatkowo jeszcze martwi mnie to, że wprowadzono tam wyprawy komercyjne. Po prostu nie mam ochoty stać w kolejce, prawda? Na Evereście mi się udało nie stać.

Dopiero co mieliśmy dyskusję o Tomaszu Mackiewiczu i Elisabeth Revol. Słyszała pani głosy oburzenia wręcz, że jak można kogoś zostawić tam na górze, zostawić i schodzić samemu?

- Już będąc w Chile usiłowaliśmy śledzić, co się tam dzieje. Jeszcze wtedy nie była wyjaśniona sprawa, jeszcze nie było tej akcji ratunkowej. A jak można zostawić? Ja powiem szczerze: po prostu nikt nie jest w stanie nikogo tam znieść. Można pomóc dobrym słowem, można pomóc popchnięciem, można pomóc kopniakiem, ale nikt nikogo na barki nie weźmie.

Kiedy słuchamy o halucynacjach, o dziwnych stanach emocjonalnych, których doświadczają himalaiści tam wysoko, o niedotlenieniu, trudno nie pomyśleć, że to wszystko to jest igranie z życiem. Może wręcz nawet jakaś obsesja.

- Obsesja to nie jest. Niektórzy mówią, że my jesteśmy łowcami adrenaliny i jak długo siedzimy spokojnie, to nam po prostu tego brakuje, że musimy sobie gdzieś zajrzeć - jak to Maciek Berbeka określił - "za drugą stronę lustra". Ja nie mam takich potrzeb, ale zawsze tak jest, że jak się w górach coś zacznie, to może się zdarzyć, że coś pójdzie źle i wtedy właśnie konfrontujemy się z tą drugą stroną.

Wstrząśnienie mózgu, złamany kręgosłup, kontuzja kolana, wybite barki - dość wysoka cena za tę miłość do gór.

- Ale jak się kocha, to człowiek wszystko zniesie. Ja tylko bym nie chciała od gór dostać jakiegoś trwałego inwalidztwa na przykład. Czegoś, co by mnie unieruchomiło. I mam nadzieję, że jakoś jak dotąd się tak nie stało, to już się może nie stanie.

"Desperacka samowolka Urubki"

"Nie wiem, co tam się stało, ale z tego, co słyszę, była to desperacka samowolka" - tak Anna Czerwińska mówiła w internetowej części Popołudniowej rozmowy w RMF FM o decyzji Denisa Urubki, który, nie uzgadniając tego z kimkolwiek, odłączył się od polskiej zimowej wyprawy na K2 i próbował samotnie zdobyć szczyt. 

"Nie znam Denisa od tej strony, nigdy się z nim nie wspinałam. Chociaż on mi kiedyś bardzo pomógł. Kiedy nie mogłam dojść do ostatniego obozu, Denis po mnie wybiegł w bieliźnie. Człowiekiem jest naprawdę super" - podkreśliła himalaistka.

Jak stwierdziła, dwuosobowy zespół w górach "jest sprawny, działa", ale w większej grupie "zawsze jest jakaś masa bezwładnościowa i to się ciągnie, potem są opóźnienia, spowolnienia, odbija się to na stylu i na całej akcji".

Czerwińska oceniła także, że ludziom, którzy wybierają się w góry, bardzo często wydaje się, że jak mają dobry sprzęt, to nie ma na nich mocnych. "Góra nie odróżnia dobrego sprzętu od złego, mistrza od ucznia" - podkreśliła zdobywczyni sześciu ośmiotysięczników i Korony Ziemi.

Dowiedz się więcej na temat: wyprawa na K2

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje