Jacek Michałowski: Raport otwarcia to nagonka na byłego prezydenta

- To jest absolutnie pomówienie i insynuacja - tak na zarzuty o niegospodarność odpowiadał w Kontrwywiadzie RMF FM Jacek Michałowski, szef Kancelarii Prezydenta w czasie kadencji Bronisława Komorowskiego. - Nigdy w historii 26 lat Kancelarii Prezydenta nie było takiej nagonki - uważa Michałowski.

Konrad Piasecki: Czy pan już wie, panie ministrze, i przyzna pan, że swoboda dysponowania sprzętem i groszem zwłaszcza w końcówce prezydentury Bronisława Komorowskiego była jednak nazbyt wielka?

Reklama

Jacek Michałowski: - Absolutnie się z tym nie zgadzam, to jest absolutnie pomówienie i insynuacja. Ja myślę, że gdyby się porównało ten okres prezydentury z innymi okresami prezydentury w tym samym czasie roku, to by wyszło na to samo.

Raport otwarcia przygotowany przez kancelarię Andrzeja Dudy, czyli pańskich następców, przynosi dosyć jednak ponury przykład nieliczenia się z publicznym groszem, albo bardzo ochoczego sięgania po nie.

- Ja myślę, że to przygotowali politycy - nie jest podpisany ten raport, nie wiadomo więc, kto go przygotował tak naprawdę - ale myślę, że nie robili tego urzędnicy kancelarii, bo gdyby robili to urzędnicy kancelarii, to widać byłoby jasno, że jest to w zgodzie z prawem, w zgodzie z lege artis wszystko.

Ale w czym różnią się urzędnicy od polityków w tej sprawie? Jeśli chodzi o traktowanie publicznego grosza to i urzędnicy i politycy powinni traktować go z wielkim umiarem i rozsądkiem.

- To bez wątpienia, ale urzędnicy wiedzą, jak się wydaje publiczny grosz, a politycy mają pewne wyobrażenie na ten temat i używają tych różnych argumentów właśnie do celów politycznych. Tak jak to zostało zrobione z tym raportem.

No to sięgnijmy po konkrety: co się stało z wyposażeniem willi w Klarysewie? Dlaczego to wyposażenie zniknęło?

- Ono nie zniknęło. Każdy element willi, wyposażenia ma swoją historię. W związku z powyższym można prześledzić, co się stało z każdym elementem.

Ale historia części tych sprzętów skończyła się na śmietniku albo w jakiejś spalarni śmieci?

- Część z tych sprzętów skończyła się rzeczywiście zlikwidowaniem ich, ale to wszystko było w zgodzie z prawem.

Ale po co je likwidowaliście?

- Bo w każdej instytucji, normalnej instytucji, co jakiś czas robi się takie rzeczy - że się po prostu sprzęt zgniły, popsuty likwiduje. Nie ma się magazynów, gdzie można składać wszystkie stare rzeczy. Proszę zwrócić uwagę, że kancelaria trwa już 26 lat i w związku z powyższym te rzeczy się wykańczają i trzeba je zlikwidować.

Ale natychmiast rodzi to podejrzenia, że komuś się to do czegoś przydało. Krótko mówiąc, że skorzystał z tego prywatnie, a nie zgodnie z etyką i estetyką.

- Ale to jest tak, że to trzeba robić, to jest normalna rzecz w każdej instytucji, każdy dyrektor generalny każdego urzędu panu to powie.

Raport mówi o likwidacji 1 246 składników majątkowych na kwotę 1,3 mln zł. Gigantyczne liczby.

- To jest absolutne przekłamanie. Kwota, która jest podawana, to jest kwota zakupu tych rzeczy. Te likwidowane rzeczy były wartości od kilku groszy do kilkudziesięciu złotych. To jest kwota zakupy tych rzeczy, a nie w czasie likwidacji.

To następna historia - dlaczego w końcówce kancelaria podpisywała takie umowy z pracownikami, które dawały im dużo wyższe odprawy?

- Proszę pana, to jest tak, że niezależnie od tego, w którym momencie funkcjonowania kancelarii jesteśmy, pewne rzeczy się zmieniają. Ludzie mają np. umowę na czas określony, ona się kończy i trzeba z nimi podpisać dalszą umowę.

Ale jeśli to jest ktoś, kto wiadomo, że za chwilę odejdzie, to jak można mu podpisać zgodę na podwyżkę, jeśli wiadomo, że ten człowiek za miesiąc czy dwa miesiące nie będzie pracował, a ta podwyżka w gruncie rzeczy da mu tylko wyższą odprawę. Jest przykład szefa centrum obsługi, który na koniec dostał nową umowę, podwyżkę, wypowiedzenie, odprawę - razem 280 tys. zł.

- To jest normalne funkcjonowanie kancelarii, w której możemy pozwolić sobie na pewne rzeczy. Ten człowiek przez pięć lat pracował w sposób nienaganny. Ten człowiek doprowadził do tego, że kancelaria miała oszczędzone ileś pieniędzy.

To trzeba było mu dawać premie przez te pięć lat, a nie na koniec 280 tys. zł.

- Są pewne ograniczenia w dawaniu premii. Niestety, nie można takich rzeczy robić. To było danie temu człowiekowi satysfakcji z tego, że przez pięć lat wspaniale pracował.

Ale satysfakcji za 280 tys. zł publicznych pieniędzy?

- Może za dużo.

Jest następna historia - gigantyczne wydatki na upominki. Półtora miliona. Co się działo z tymi laptopami, sokowirówkami, ekspresami do kawy?

- W ciągu pięciu lat funkcjonowania kancelarii, kancelaria przy wielu okazjach daje upominki.

Ale podobno w końcówce - tak wynika z raportu otwarcia - rozdawanie upominki zyskało zdecydowało na mocy.

- Nie, dementuję to absolutnie. To nieprawda.

Ale komu daje się np. sokowirówkę jako upominek?

- To jakaś bzdura konkretna.

W raporcie otwarcia jest: sokowirówka, ekspres do kawy.


- Nic nie poradzę na to, że to jest w raporcie otwarcia. Nie wyobrażam sobie po prostu czegoś takiego. To jest po prostu jakaś bzdura. Sokowirówka? Bzdura.

Czyli nie było rozdawania żadnych sokowirówek i większego obrotu upominkami w końcówce?

- Nie, absolutnie nie.

Dlaczego to pan podpisał umowę użyczenia sprzętu dla biura Bronisława Komorowskiego jako eksprezydenta?

- No bo byłem wtedy szefem Kancelarii Prezydenta i zależało mi na tym, żeby były prezydent został wyposażony, tak jak każdy były prezydent, bo to dotyczyło już - dotyczy - prezydenta Kwaśniewskiego, prezydenta Wałęsy, prezydenta Jaruzelskiego, też miał sprzęt po kancelaryjny.

Tyle że to zawsze jest tak, że to kancelaria aktualnie urzędującego prezydenta wyposaża biura byłych prezydentów, a pan to zrobił w końcówce prezydentury Bronisława Komorowskiego, w ostatnich godzinach tej prezydentury.

- Nie, nie, ja to zrobiłem w pierwszych godzinach prezydentury Andrzeja Dudy.

Jest pan z tego dumny?

- Ja uważam, że należało się byłemu prezydentowi wyposażenie w dobry sprzęt i uważałem, że trzeba to zrobić.

I że powinien to zrobić szef kancelarii odchodzącego prezydenta?

- Byłem wtedy jeszcze szefem kancelarii, wszystko się stało lege artis. Tak - uważałem, że trzeba zabezpieczyć byłego prezydenta.

A dzisiaj pan wie, że to był błąd?

- Nie.

Nie uważa pan, że to z etyką, estetyką nie ma wiele wspólnego?

- Wie pan, to jest trochę tak, że ja miałem wrażenie - współpracując z kancelarią, z ludźmi Andrzeja Dudy jeszcze jako prezydenta elekta - że rozmawiamy i dogadujemy się, że wyszliśmy im naprzeciw, że wynajęliśmy pałacyk na Foksal właśnie dlatego, żeby prezydentowi elektowi pomóc w sprawowaniu tego jeszcze nie urzędu. Wynajęliśmy hotel na Klonowej na jego mieszkanie. Zwolniłem gabinet o miesiąc wcześniej, niż oni by to zrobili, żeby oni mogli z marszu wejść w pracę.

Ale to tym bardziej należało poczekać, aż to oni dadzą eksprezydentowi wyposażenie. Tak to zawsze działało.

- Właśnie nie zawsze. Z tego co ja wiem, to wcale tak nie było.

Jakieś biuro byłego prezydenta wyposażała kancelaria, kiedy on jeszcze był prezydentem?

- Z tego co wiem - nie wiem dokładnie kiedy, jakiego dnia i tak dalej - ale prezydent Kwaśniewski miał, że tak powiem, przygotowywane dużo wcześniej.

Czyli też tutaj pan nie ma sobie nic do zarzucenia?

- Nie.

A co z kwestią wynajęcia mieszkania dla Bronisława Komorowskiego? Czy naprawdę prezydent musi wynajmować mieszkanie od Kancelarii Prezydenta?

- Proszę pana, no to jest oczywiście pytanie. Sprawdziliśmy to w przeszłości - takie sytuacje były. Prezydent Kwaśniewski wynajął ten sam lokal zresztą, który w tej chwili zajmuje prezydent Komorowski, wynajmował na swoje biuro. Prezydent Komorowski musiał gdzieś mieszkać.

Ale może wynająć mieszkanie rynkowo. Naprawdę - to nie jest tak, że Kancelaria Prezydenta musi nad życiem prywatnym prezydenta sprawować opiekę do ostatnich jego dni.

- Ale może, ale może. Jest byłym prezydentem. To jest tak, że prezydenci mają to, że są byłymi prezydentami. Ich rola nie kończy się w momencie skończenia kadencji.

Panie ministrze, można iść do każdego biura nieruchomości i wynająć rynkowo mieszkanie za kilka tysięcy. Ja wiem, że ono będzie droższe, ale to naprawdę nie jest tak, że podatnik musi dopłacać do mieszkania byłego prezydenta, prywatnego mieszkania. Do biura tak, ale nie do mieszkania.

- Ja rozumiem pana punkt widzenia.

I pan się z nim zgadza.

- Nie, nie zgadzam się.

Bo w różnych pana oświadczeniach pojawia się sformułowanie: "myśmy nie rozliczali tak poprzedników". Za czym to ma być właściwie argument?

- Jak pan spojrzy na przeszłość - nigdy w historii 26 lat Kancelarii Prezydenta nie było takiej nagonki. Bo to nie jest rozliczanie, to jest nagonka polityczna na byłego prezydenta i na byłą kancelarię. Takiej nagonki po prostu nie było.

Pan mówi: nagonka, ale widać, że popełniono błędy. Widać, że robiono rzeczy, które z punktu widzenia... znaczy dziennikarze nie mieli o nich pojęcia, że takie rzeczy się dzieją. Może dobrze, że je się właśnie nagłośniło. Pan mówi, że to jest nagonka. A ja jestem zadowolony, że o takich rzeczach wszyscy się dowiadują.

- Ja wiem, że jest to wielka pożywka do mediów, a Kancelaria Prezydenta zrobiła bardzo wiele, żeby nagłośnić to, zanim jeszcze ogłosili ten raport. Przygotowanie medialne tego raportu było naprawdę perfekcyjne. Mam pretensje do aktualnej Kancelarii Prezydenta o to, że puszczała do mediów przecieki. Żeby chociaż raz ktoś przyszedł do mnie i zapytał, dlaczego ja to zrobiłem. Ani razu nikt do mnie nie przyszedł.

A do siebie pan ma pretensję?

- Do siebie? Nie.

Żadnej...

- Wie pan, w całym moim życiu zrobiłem parę głupstw.

Nie, mówię oczywiście o pana urzędniczych doświadczeniach jako szefa kancelarii.

- Proszę pana - przez pięć lat kierowałem Kancelarią Prezydenta. Byłem najdłużej pracującym i szefującym tej instytucji szefem. Przez cztery lata Najwyższa Izba Kontroli dawała nam najwyższą ocenę. Ja uważam, że to jest dowód na to, że pracowaliśmy dobrze.

-----

Michałowski kontratakuje

Jacek Michałowski, odpowiadając na pytania słuchaczy, powiedział: "Kancelaria na początku mojego urzędowania zapłaciła 30 tys. za noclegi pana Dubienieckiego w hotelu Klonowa. Kancelaria płaciła za noclegi osób, które nie powinny tam mieszkać (...)".

- Za czasów Lecha Kaczyńskiego kancelaria zbudowała salę kinową za 2 mln złotych, która kompletnie nie jest używana. My za 2 mln naprawiliśmy system przeciwpożarowy. Kancelaria od 2008 roku nie miała certyfikatu przeciwpożarowego - powiedział Michałowski.

Zapytany o szafy pancerne, które zostały po prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, odpowiedział: "Znaleźliśmy w zamkniętych magazynach kilka szaf pancernych, które Antoni Macierewicz wykorzystywał wtedy, kiedy zajmował się likwidacją WSI". Dodaje: "Za grube pieniądze musieliśmy je otwierać, bo nie przekazano nam kluczy. Trzeba było je rozwiercić". Co tam było? "Nic!" - mówi Michałowski.

Zapytany przez słuchaczy, czy kancelaria Bronisława Komorowskiego zamierza się bronić w związku z raportem otwarcia, powiedział: "Prawnicy pracują nad ewentualnym pozwem".

Dowiedz się więcej na temat: Jacek Michałowski | kontrwywiad RMF

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje