Oświadczam, że nieprawdą jest, iż jedno zero przed sygnaturą (na tzw. liście Wildsteina) oznacza funkcjonariusza, a dwa zera - że sprawa dotyczy tajnego współpracownika lub kandydata - mówi gość RMF Andrzej Grajewski z IPN-u.

Zdjęcie

Andrzej Grajewski /RMF
Andrzej Grajewski
/RMF
Tomasz Skory, RMF: To, co zrobił Bronisław Wildstein, pan - członek kolegium IPN-u - uważa za szkodliwe dla Instytutu, lustracji?

Andrzej Grajewski: Było to niewątpliwie pewne nadużycie naszego zaufania, aczkolwiek?

Reklama

Złamaniem prawa?

Wydaje mi się, że nie, ponieważ materiały były jawne. Można sobie wyobrazić sytuację, że ktoś codziennie przychodziłyby do czytelni IPN-u i pracowicie spisywał sygnatury i po jakimś czasie również ogłosił taką listę. Pytanie więc, czy źle oceniamy meritum czy technikum zdobycia tych informacji.

Co do meritum.

Meritum - każdy mógł taką listę zrobić, a technika była może mało elegancka, ale - jak się okazało - skuteczna. Muszę podkreślić, że gdyby nie otoczka medialna, zrobiona przede wszystkim przez "Gazetę Wyborczą" - że oto wypływa z IPN-u jakaś rzekoma lista agentów, ubecka lista. To była skandaliczna manipulacja. To całego tego napięcia nie byłoby wokół tej sprawy.

Wildstein nie ukrywał tego, co zrobił. Na tydzień czy 10 dni przed publikacją w "GW" jakoś nikt się bardzo nie przejął. Dopiero "Wyborcza" rozpętała histerię.

Wokół tej listy jest wiele nieporozumień, bzdury wypisują niektóre media na temat tych zer.

Proszę powiedzieć, jak to jest z tymi zerami, bo lista jest dostępna w Internecie. Ludzie tam zaglądają i gubią się.

Oświadczam, że nieprawdą jest, iż jedno zero przed tą sygnaturą oznacza funkcjonariusza, a dwa zera - że sprawa dotyczy tajnego współpracownika lub kandydata. To są po prostu oznaczenia gryfów tajności. Jedno zero to tajne, dwa zera - ściśle tajne. I nic więcej, reszta jest dorabianą legendą, aby podsycać nastroje emocji oraz dwuznaczności dokumentu, który jest spisem archiwalnym.

Od wczoraj - pewnie dzięki wrzawie, histerii - lista Wildsteina wisi w Internecie. Ciężko się na tę stronę wbić ze względu na ogromne zainteresowanie. Ale powstała nowa sytuacja. Co zdecyduje w sprawie listy kolegium IPN-u? Opublikuje, skoro jest już opublikowana, tylko nie ma pewności, czy to ta?

Ona w jakimś sensie została opublikowana, skoro była dostępna w jawnej czytelni. Nas jest 11 - każdy z nas ma pogląd na tę sprawę. Ja uważam, że trzeba konsekwentnie działać dalej na rzecz odtajniania. Po to powstał Instytut, aby ujawniać, odtajniać, a nie ukrywać. Jakieś bzdurne tytuły robiące z prof. Kieresa strażnika demonów to jest po prostu mistyfikacja. Prof. Leon Kieres w sposób niezwykle rzetelny, uczciwy stara się udostępniać te akta wg procedur zawartych w ustawie o IPN-ie. I myślę, że w dalszym ciągu w tę stronę powinno się iść. Lista powinna zostać porządnie opisana, aby nie było żadnych wątpliwości, i udostępniona w szerszej formie niż teraz.

Ile by to zajęło?

To zajmie trochę czasu.

Tydzień, dwa?

Myślę, że trochę więcej. Jeśli ma to być w sposób poważny opisany i dobrze zrobione, aby nie było żadnej wątpliwości co do tego, ta lista musiałaby zostać raz jeszcze przejrzana, skategoryzowana w odpowiedni sposób.

Gigantyczna praca. Ale idąc dzisiaj na posiedzenie kolegium ma pan pewnie pomysł, jak złagodzić cios, jakim dla niewinnych jest znalezienie się na liście Wildsteina. Jakaś szybka ścieżka wydawania statusu pokrzywdzonego?

Zdecydowanie tak.

Jak szybka jest ta ścieżka? Pani Staniszkis usłyszała wczoraj, wypełniając ten formularz, że poczeka 2 miesiące.

Jeśli tak jest, to jest bardzo źle. Aczkolwiek siły pracujące w archiwach są szczupłe. I tutaj niewątpliwie sytuacja jest nadzwyczajna i trzeba stosować nadzwyczajne środki. Ludzie, którzy znaleźli się na tej liście, a są osobami pokrzywdzonymi, muszą mieć prawo przynajmniej do szybkiego zaświadczenia określającego ich status. Ja nie mówię o dostępie do teczek, ale określenie ich statusu powinno zostać bardzo szybko wydane, aby nie było żadnych wątpliwości, że właśnie ktoś taki, jak pani Staniszkis była osobą pokrzywdzoną. Powtarzam, te dwa zera nigdy nie oznaczały, że mamy do czynienia z tajnym współpracownikiem.

Nie świadczą o czymś ważnym.

Opinii publicznej starano się to wmówić.

Tak na koniec. Pan nie ma wrażenia, że Instytut zaniechał tego, czego od niego oczekiwano, czyli ujawniania i stąd ten cały zgiełk i potrzeba improwizacji? Minęło 15 lat i te akta wciąż budzą emocje i wciąż pozostają tajemnicą. Znamy tylko indeks i to indeks, który wyciekł.

Ale ustawa bardzo wyraźnie określa, kto ma dostęp do tych akt Pokrzywdzeni mieli dostęp, naukowcy mieli dostęp. W skali być może nie tak wielkiej, jak oczekiwano, ale proszę zwrócić uwagę - IPN musiał zbudować te archiwa, przejąć te dokumenty i uporządkować. To jest 80 kilometrów akt. To jest bardzo skomplikowane operacje.

A ustawę która to porządkuje można zmieniać. Dziękuje za rozmowę.

Uwaga, grypa jest już w Polsce 08:09

Przewozy regionalne poza PKP? 07:39

Zamieszanie z teczkami na związek z prezesurą IPN-u 07:14

Starachowice: Protest przeciwko złym przepisom 07:00

Wzmożona aktywność rosyjskich szpiegów 06:57

Polskie ryby skażone dioksynami? 06:29

Papież w szpitalu; nie ma alarmu w Watykanie 00:00

Myślnik niezgody w Jastrzębiu Zdroju wczoraj 21:45

Historia trzech krakowskich studentów wczoraj 21:27

Fatalny stan przejść granicznych na Warmii i Mazurach wczoraj 20:49

To co było tajne i niedostępne dziś stało się jawne wczoraj 20:11

Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady

Więcej na temat:U | wątpliwości | kolegium | dostęp | Tajne | RMF | IPN | czytać